XI Nie zamykaj oczuStąpał powoli, ostrożnie, jak gdyby bał się zbliżyć do rzeczywistości. Cholewy jego butów zapadały się w podmokłej ziemi, co mniejsze niedopałki pękały z cichym trzaskiem. Strach i groza zagęszczały powietrze dookoła, wiatr niósł lamenty poświęcone ofiarom potwornej zbrodni. Kto śmiał, kto śmiał podnieść rękę na niepisany święty akt sojuszu pomiędzy czarodziejami a mugolami? Kto śmiał ruszyć Talavat?
Westchnął, potrząsając głową. Przybył od razu, kiedy się o wszystkim dowiedział, nie zwlekał ani chwili. Nie mógł, nawet nie chciał. Te wszystkie wydarzenia, które działy się ostatnimi czasy, wpędzały go w prawdziwą trwogę. Ale dotychczas miały one miejsce wyłącznie w Londynie i okolicach, od czasu do czasu na perypetiach Anglii bądź na Wyspach. A teraz nasz napastnik zaczynał wgryzać się w inne, dalsze obszary świata. Wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastowały nadejście prawdziwej wojny; wojny, która pochłonie wszystko i wszystkich. Bez wyjątków, czego najlepszym przykładem był smutny widok dookoła.
Kopnął jedną z belek, która przypałętała się pod jego stopy.
- Nasze służby zareagowały natychmiastowo - tłumaczył się idący obok młody pracownik rosyjskiego wydziału Ministerstwa Magii. - Mugolom podano specjalne eliksiry, będą przekonani, że pożar był tylko wspomnieniem z dzieciństwa, a sama Halabarda snem. Teraz upewniamy się tylko, czy mikstura została podana wszystkim.
Mężczyzna skinął głową, wznosząc niebieskie oczy ku upstrzonemu gwiazdami niebu. Tak naprawdę, to praca go nie pasjonowała. Tak naprawdę, to chciałby wrócić teraz do domu, do żony. Tak naprawdę, to wolałby, żeby to wszystko się po prostu nie wydarzyło.
- Zmarło trzech mugoli. Przypuszczamy, że wszyscy przypadkowo. Sprawdziliśmy ich metryki i drzewa genealogiczne, nie odkryliśmy żadnych pokrewieństw z czarodziejami. Oprócz nich znaleźliśmy truchło Petra Marinina oraz jego starszej córki. Nie mogliśmy już nic zrobić, byli zwęgleni - stwierdził gorzko. - Paskudny widok. Zaklęcie Morsmorde zostało wystrzelone od strony lasu. Nasi ludzie przeszukują teren, ale jaka jest szansa, że znajdą kogokolwiek teraz, dzień później?
Nie odpowiedział, spojrzał w pobliską knieję. Spomiędzy drzew wyłoniło się kilka sylwetek; trójka czarodziejów owiniętych w czarne peleryny, nieśli ciało.
- M... Mają coś! - Pracownik rosyjskich służb wskazał na swoich podwładnych. - Prędko, Alastorze, zobaczmy!
* * *
Popołudniu, kiedy skończyła się już większość zajęć, kiedy te wieczorne zostały odwołane, z zamku Durmstrang uczniowie tłumnie wyruszyli w stronę wioski leżącej nieopodal, gdzie miały się odbyć uroczystości pogrzebowe po świętej pamięci Sashy, naszej drogiej koleżance. Ubrani w ciemne barwy, lecz bez żałobnego wyrazu na rumianych twarzach, plotkując, szepcząc między sobą, śmiejąc się, podążali korowodem.
- To chore - mruknął Victor, kiedy wraz z przyjaciółmi obserwował tę scenę z zamkowego krużganka. Poprawiwszy poły płaszcza, wzdrygnął się z odrazą. - Oni jej nawet nie lubili. - Cisnął niedopałek mugolskiego papierosa przed siebie, w dół, na dziedziniec.
- Szukają taniej sensacji - odparł stojący obok Igor, zakładając ręce na wątłej piersi.
- Nie takiej taniej - wtrącił Antonin. - Po szkole od rana włóczą się redaktorzy Feniksa, na samym pogrzebie pewnie też ich będą całe chmary. Przecież każdy chciałby trafić na pierwszą stronę gazety. Niektóre dziewczyny już niemal oślepły od błysków fleszy, tyle razy zdążyły opowiedzieć swoją wersję wydarzeń.
Victor prychnął pogardliwie.
- Kararovich musi dostawać świra - rzucił gorzko. - Swoją drogą, dziewczyna wcale nie musiała ginąć. Mogliśmy się wcześniej upewnić. Zrobić cokolwiek. Pamiętacie? - Obrócił się w stronę przyjaciół. - Zawsze powtarzała, że pewnego dnia wyjedzie. Że wszystko się ułoży. Że da sobie radę.
Na twarz Antonina wstąpił nieprzyjemny grymas rozżalenia.
- A wszyscy inni mówili, że zostanie tu już na zawsze - kontynuował smętnie młody Chikachev. - Czy to nie zabawne, że mieli rację? Tutejsze czerwie będą trawiły jej mięso przez najbliższe lata. Długie lata.
Jego smukłe dłonie drętwiały, gdy z każdym kolejnym wypowiadanym słowem zaciskał je mocniej na krużgankowej kamiennej balustradzie, krew odpłynęła z jego twarzy; jego ochrypły głos stawał się coraz cichszym.
- Zamknij się - przerwał mu Antonin. - zamknij się, Victor.
Igor niepewnie zerknął w bok ku przyjaciołom.
- Chłopaki... - zaczął spokojnie, odsuwając się o krok od pozostałej dwójki. Kątem oka dostrzegł, jak palce Victora stawały się niemal błękitnawe, tak mocno zaciskał je na chłodnym kamieniu.
- Gdyby nie my... - szeptał Victor.
- Zamknij się!
Przez podłużny, arkadowy korytarz głośnym echem odbił się perlisty, dziewczęcy śmiech; chłopcy jak jeden mąż odwrócili się za siebie. Przechodząca Nadia uwiesiła się na ramieniu Sevastiana.
Victor poczuł się jeszcze gorzej.
- Zamordowaliśmy dziewczynę, która mogła skończyć w przyszłości lepiej, niż my - szepnął, gdy przechodząca para znalazła się dostatecznie daleko, by tego nie słyszeć. - Zamordowaliśmy, zabiliśmy, zarżnęliśmy - wyliczał, akcentując każde słowo z osobna. - Jesteśmy...
- Mówię, żebyś się zamknął! - wrzasnął Antonin, i, odwinąwszy się, chciał uderzyć Victora, ale chybił. Młody Chikachev nie pozostał dłużnym, rozpoczęła się szamotanina. Ich konwulsyjne ruchy zdawały się Igorowi mijać niczym stary film, klatka za klatką, Cios, ciemność, cios, ciemność - zamykał oczy, nie chcąc na to patrzeć. Victor podbił oko Antonina, ten złamał jego nos; krew trysnęła niczym z woda z parkowej fontanny. Rannego aż odrzuciło, przewalił się na bok.
Igor odsunął się od nich obu, kilka czerwonych kropel splamiło jego szatę, a wszystko to działo się tak szybko, trwało ułamek sekundy, może sekundę, dwie, trzy?
Panicz Karkarov wyciągnął ku leżącemu pomocną dłoń, podczas gdy Antonin, oddychając ciężko, wspierając się na balustradzie, przez opuszczone powieki wpatrywał się w zadaszenie. Victor kątem oka dostrzegł Nadię, która przystanęła na drugim końcu krużganka. Z otwartymi ustami, patrzyła na chłopców - zmartwiona, wystraszona, zatroskana. Sorkin coś do niej powiedział, Sorkin objął ją ramieniem i pchnął dalej, Nadia posłusznie ruszyła, kilka razy oglądając się jeszcze za siebie. Wełniany beret tak śmiesznie się przekrzywił i opadł na jej lewe oko.
Krew kapała z nosa Victora na twardą, kamienną posadzkę, ból palił go zarówno od środka, jak i od zewnątrz.
- Przepraszam. - Usłyszał drżący głos Antonina.
- Wszyscy jesteśmy nerwowi - szeptem usprawiedliwił go Igor.
Wrota gdzieś przy końcu korytarza trzasnęły; profesor Nareteva zbliżyła się ku chłopcom szybkim krokiem. Jej suknia z miękkiej tafty nieskromnie szeleściła. Jej upięte w ciasny kok włosy podkreślały delikatne rysy twarzy. Obdarzyła zalanego krwią Victora krótkim spojrzeniem spod gęstych czarnych rzęs, później przeniosła je na pozostałych dwóch.
- Do mojego gabinetu - rozkazała. - Natychmiast.
Nadia zniknęła za zakrętem. I Victor już nie słyszał jej ślicznego śmiechu.
I wiedział, że już nic nigdy nie będzie takie, jakim było wcześniej.
Przepiękny motyl nocy tańczył naiwnie wokół spokojnie płonącej na lichtarzu świecy, trzepocąc raz po raz maleńkimi czarnymi skrzydełkami. To się oddalał, to znów powracał, aż w końcu wleciał w ogień, który spalił go na wiór. Victor przeniósł wzrok na okno; olbrzymie krople deszczu łomotały w chwiejne szyby. Podobnie jak przyjaciele począł wpatrywać się w posadzkę, co chwila przecierając nos brudnym rękawem. Choć krwotok ustał już dawno temu, wciąż wyczuwał drapiące go zakrzepy.
Nauczycielka patrzyła to na jednego, to na drugiego i trzeciego, chłodno, znad wysoko uniesionych brwi, dumnie unosząc głowę ku górze.
- Głupcy - wycedziła przez zęby, opierając się dłońmi o wysokie, stojące za nią biurko, wodząc wzrokiem po skruszonych twarzach chłopców.
Victor potrząsnął głową i, odrzucając z twarzy włosy, zerknął kątem oka na stojącego obok Igora. Przełykał właśnie ślinę, zapewne obawiając się kary, na którą on jeden nie zasłużył.
- Mieszkańcy Talavatu was widzieli, kretyni - rzekła lodowato, ku ich zaskoczeniu.
Umilkła, zbierając myśli. Victor usłyszał szum krwi w uszach, na krótką chwilę czarna kurtyna zasłoniła jego widzenie; wsparł się dłonią o pobliską ścianę. Strach go spiorunował. Jakim cudem...
Igor otworzył usta, Antonin wpatrywał się w nią z niemym podziwem.
- Nie rozpoznali was, ale mogli rozpoznać. Przynieślibyście wówczas hańbę nam wszystkim - oświadczyła lodowato.
Nauczycielka przeszyła wzrokiem każdego po kolei, jej kusząco lśniące bordową szminką usta wygięły się w szyderczym uśmiechu.
- Naprawdę myśleliście, że on puścił was bez smyczy? - zapytała, nie oczekując odpowiedzi, kręcąc litościwie głową. Zmrużywszy ślepia, skierowała wzrok ku światłu bijącego od uwieszonego pod ścianą żyrandola, wydała z siebie ciche westchnienie.
- Ale dość o tym - powiedziała cicho, cieplej. - Ostatecznie wywiązaliście się ze swojego zadania, a tutaj... - urwała, lustrując wzrokiem zakrwawioną koszulę Victora. - Tutaj nawet ściany mają uszy. Miejcie się na baczności.
Dolohov, przez chwilę bezwiednie poruszając ustami, odezwał się do kobiety.
- Ale jak...
- Żadnych pytań - przerwała mu spokojnie, acz stanowczo. - Pamiętajcie, żadnych, nigdy. Szlaban za bójkę odpracujecie u mnie, od jutra począwszy. O osiemnastej trzydzieści.
Czy myśleli, że puszczono ich w las bez smyczy, bez nikogo; czy myśleli, że ot tak im zaufali?
Chyba nie. Chyba po prostu nie do końca rozumieli, ile namieszania wprowadzili.
A przynajmniej nie każdy z nich zdawał sobie z tego sprawę.
Szum wody odprowadzanej kanałami i dźwięk tej uderzającej o brodzik kabiny prysznicowej, zagłuszały wszystkie odgłosy z zewnątrz. Oczy Victora były zamknięte, mokre włosy lepiły się do jego czoła, ramion, szyi.
Bał się.
Zbrodnia, której dokonali, nie miała przybrać tak wielkich wymiarów. Zbrodnia, której dokonali, nie miała być śledzona przez obce oczy. Zbrodnia, której dokonali, miała pozostać pomiędzy nimi a Mishą, a nie wszystkimi, którzy mieli cokolwiek z lordem Voldemortem wspólnego. Nareteva wiedziała, do tego wyrażała się w liczbie mnogiej. Ilu ich tutaj jest? Ich, sługów Czarnego Pana? A ilu takich, którzy tylko czekają na ich ujawnienie? Na ile ta chora wojna zakorzeniła się już w Durmstrangu, chociaż nikt nie był tego świadom? A może wszyscy byli, tylko oni jedni śnili tyle czasu? Jak wiele...
Pytań. Ale żadnych odpowiedzi.
Myśli tłumnie kłębiły się w jego głowie.
Oczy, teraz wszędzie miały być oczy. Teraz wszystkie oczy ich śledziły, pilnowały. Żeby nie popełnili błędu. Żeby uważali. Żeby robili to, co im karzą, i nic ponadto. Oczy. Wszędzie oczy. Zaplątali się w sieci. Stali się bezwolnymi marionetkami. Lalkami, niepotrafiącymi dosięgnąć swoich sznurków. A to wszystko na własne życzenie. Teraz wszystkie oczy miały patrzeć na nich, zawsze i wszędzie.
A może zwyczajnie dramatyzował.
Uderzył się łokciem o kurek z ciepłą wodą, syknął z bólu.
A może przeciwnie, może nawet teraz, gdzieś tutaj, tutaj w łazience, siedzi gdzieś schowany za szafą, pod umywalką, jakiś umęczony skrzat, pilnujący jego czynów na ich zlecenie. Jego czynów, słów. Myśli. Dali się spętać, dali zapiąć sobie obrożę, dali się uwiązać na krótkim łańcuchu. Na własne życzenie.
Zakręcił wodę.
Jak w pajęczynie, zaciskającej oka; ale kto był pająkiem?
Zerknął za okno; światło bijące od tarczy księżyca rozjaśniło jego twarz, ukazując światu jego okrutny uśmiech.
- I wreszcie Dolohov. - Profesor Dratshev położył przed chłopcem poprawioną pracę domową, kiedy niczym sęp krążył pomiędzy ławkami, rozdając ocenione wypracowania. Antonin dostał swoją na samym końcu.
- Najlepszy wynik - pochwalił go nauczyciel, przystając obok jego stolika. - Cieszę się, że wreszcie wziąłeś się do pracy, młodzieńcze. I mam nadzieję, że nie spoczniesz na laurach.
Z surową miną odwrócił się ku reszcie zgromadzonych.
- Mam również nadzieję, że reszta pamięta o egzaminach końcowych. Czasu coraz mniej, a waszej wiedzy tylko ubywa... - Obrócił się zamaszyście i pewnym siebie krokiem zbliżył się do mównicy. - Dzisiaj powtórzymy informacje o rodzajach magii używanych przez poszczególne plemiona Afryki Południowej - powiedział. - Jak wiecie...
- Celujący? - Victor z niekrytym zdziwieniem wziął pracę Antonina do ręki i dokładnie się jej przyglądał. - Odpisywałeś od Igora?
- Nie - rzucił gorzko Karkarov. - Mam tylko piątkę.
- Cisza! - Rozległ się rozzłoszczony głos nauczyciela, chłopcy w jednej chwili pootwierali podręczniki. Victor wodził wzrokiem po literkach, nad rycinami przedstawiającymi sceny z mrożących krew w żyłach rytuałów inicjacyjnych niecywilizowanych ludów, raz za czas zerkając na Antonina, który - siedząc obok - aż promieniował szczęściem. Był z siebie nad wyraz zadowolony, z oceny, z tego, że nauczyciel docenił ciężką pracę, którą wykonał.
Ale Antonin nigdy wcześniej się nie uczył. Nigdy mu się nie chciało.
Sukcesy nie zawsze powinny cieszyć. Czasem mogą wzbudzić zazdrość. A czasem warto się zastanowić, co też do tego sukcesu determinuje...
To trwało może dwa dni, na pewno nie dłużej, kiedy dyrekcja i zarząd Durmstrangu odtajniły informacje dotyczące zagubionej Ariny. Odnaleziono ją niedługo po pożarze, a przybyli aurorzy prędko wzięli ją pod swoje skrzydła. Jak wynikało z informacji, które chłopcy zasłyszeli, stan dziewczyny był ustabilizowany. Leżała w skrzydle szpitalnym, otoczona fachową opieką i lekarską troską. Nie do opisania była mina Igora, kiedy o tym rozmawiali; choć wszyscy - łącznie z nim samym - wiedzieli, że dziewczyna tylko się nim bawiła, on wciąż kochał ją szczerze i nalegał, by pójść się z nią zobaczyć, odwiedzić, przekonać się, że nic jej nie jest. Bo przecież gdyby nie oni... Woleli o tym nie myśleć, woleli nie pamiętać. Nie bali się jej zeznań. Przecież nie miała prawa niczego pamiętać. Lecz bezlitosne sumienie wciąż natrętnie wgryzało się do ich głów.
Siostra Katia, której zadaniem było pilnowanie szpitalnego odcinka wewnątrz twierdzy za dnia, była wysoką i szczupłą, kościstą kobietą o zapadniętych oczach oraz bladej, niemal całkowicie białej cerze. Mogła mieć trzydzieści, trzydzieści kilka lat, a wyglądem przypominała truposza cudem wydostanego z jakiej rozklekotanej trumny, z pajęczyną błękitnych żył pulsujących pod jej przeźroczystą skórą, z wyblakłymi włosami, nieprzytomnym spojrzeniem, niezmiennym wyrazem twarzy i staromodnym umundurowaniem. Pacjenci jej nie lubili, przywodziła na myśl najczarniejsze z czarnych myśli i wyglądała trochę jak straszydło z horroru klasy B.
Chłopcy nawet nie zastanawiali się, czy uda im się ją wyminąć, przez myśl im też nie przeszło, że mogliby zwyczajnie wzruszyć ją jakąś górnolotną mową i poprosić o widzenie z przyjaciółką, o którą się tak strasznie martwili, siostra Katia była zwyczajnie odporna na wszelkie uczucia wyższe. Zamiast tego zadecydowali wkraść się w owe miejsce pod osłoną nocy - i tak też zrobili.
Skrzydło szpitalne rozciągało się na kilka komnat, wszak kontuzjowanych podczas żałosnej parodii quidditcha granego w jednej z sal wewnątrz zamku, rannych podczas co trudniejszych zajęć, czy po prostu wykończonych stresem szkolnym uczniów nie brakowało. Odnalezienie pośród nich wszystkich Ariny wcale nie było wyzwaniem, ją jedną przysłonięto materiałowym parawanem. Wszyscy pogrążeni byli w głębokim śnie, zarówno pierwszoklasistka z włosami zaplątanymi w dwa grube warkocze, jak i łysawy uczeń klas starszych ze złamaną nogą, a także otyły chłopiec przykryty kocem w granatowe pasy i rumiana blondynka o napuchniętych dłoniach, która najwyraźniej straciła przytomność nad książką, która upadła otwarta pod jej łóżko. Przechodząc obok, Victor podniósł ją i otworzył pośrodku.
- To pamiętnik - szepnął rozbawiony do przyjaciół. - Chcecie posłuchać?
- Czytaj. - Wyszczerzył się Antonin, obserwując, jak Victor podchodzi pod okno, do światła.
- Z dwudziestego czwartego marca, przedostatni wpis - zaczął bez wahania. - Alexander z Domu Wilka...
- Mamy jakiegoś Alexandra? - przerwał mu zamyślony Dolohov.
- Jest jeden - przytaknął Victor, unosząc głowę znad pamiętnika. - Dwa lata młodszy, strasznie pryszczaty - podpowiedział. - Rudy.
Antonin parsknął.
- Bardzo śmieszne - syknął rozeźlony Igor z krzesła dostawionego do łóżka prześlicznej Ariny. Leżała tak spokojnie, tak niewinnie. A oni przecież wcale nie chcieli jej krzywdzić. To było tylko nie to miejsce i nie ten czas, cholerny zbieg okoliczności...
- Możecie przestać? - warknął. - Victor, odłóż to! Pomóżcie mi ją lepiej obudzić - dodał, kładąc dłoń na twarzy dziewczyny. - Ona...
Nagle usłyszeli kroki zza drzwi, ciężkie kroki połączone z sapaniem jednego spośród szkolnych woźnych.
Zapomnieli o nim. Niech to szlag.
Igor zaklął głośno, Antonin go uciszył, Victor wrzucił pamiętnik do kieszeni szaty. Wiedzieli, że dzisiaj nie było już sensu próbować rozmawiać z Ariną, wiedzieli też, że nie było sensu udawać, że ich tutaj nie ma. Jedyne, co im pozostało, to uciekać - byle szybko.
Dlatego też gdy tylko otworzyły się olbrzymie, dwupłatowe drzwi, w których stanął Andrei, cała trójka wybiegła z pomieszczenia, po drodze przewalając kilka aparatur, które upadły na posadzkę z głośnym łoskotem. Woźny, pozbawiony możliwości używania magii, pobiegł ratować sprzęt medyczny, głośno krzycząc za bandyckim nasieniem, które narobiło w skrzydle niemałego rabanu. W odpowiedzi na jego wrzaski zza ściany rozległo się skrzeczenie jednej spośród sióstr.
- Co tam się dzieje!
Podniosło się nieśmiałe szemranie pacjentów, inne pielęgniarki zostały rozbudzone i prędko poczęły śpieszyć w stronę źródła, z którego dobiegał hałas, do swojego własnego, prywatnego królestwa, do komnaty, w której leżeli chorzy i ranni.
Ale Victor już tego nie słyszał, Victor biegł. Rozdzielili się na pierwszym lepszym rozwidleniu, umawiając się dopiero w pokoju wspólnym. Jemu przypadła droga obok głównego wejścia do zamku, chyba najnieszczęśliwsza, bo to on miał największe szanse na napotkanie kogoś po drodze, a przecież było już długo po ciszy nocnej. I - tego nie mógł być pewien - ale wciąż wydawało mu się, że to właśnie za nim pobiegł woźny, nie za Anotninem i nie za Igorem. Pielęgniarki chyba zostały w skrzydle, sprawdzając, czy ze wszystkimi pacjentami w porządku.
Mijał obrazy ojców założycieli szkoły, gnając poprzez długi, wąski korytarz.
Biegnij, Victor, biegnij. Kiedyś może się tak zdarzyć, że od ucieczki będzie zależało twoje życie.
Dotarł do olbrzymich schodów prowadzących w dół, przeskakiwał po dwa stopnie, lecąc szybko, jak na złamanie karku. Nie po raz pierwszy próbował wymknąć się woźnemu, ani nie była to najmocniejsze naciągnięcie szkolnego regulaminu, jakiego Victor zdołał się dopuścić w trakcie swojej - wcale nie krótkiej - edukacji. Ale po raz pierwszy jego serce waliło tak mocno. Bo po raz pierwszy czuł się naprawdę winny.
W końcu - źle stanął. Jego pięta poślizgnęła się na skraju schodka, potknął się, przewrócił i zleciał na sam dół z niemal połowy drogi. Narobił przy tym niemało hałasu, a kiedy wstawał, wspierając się na balustradzie - zrezygnowany, obolały, pogodzony z porażką, spoglądając ku szczytowi schodów, czy ten stary pryk już tam stoi, czy jeszcze nie - usłyszał radosny, jakby znajomy głos, którego jednak nie był w stanie samodzielnie rozpoznać.
- Victor!
Obejrzał się za siebie, gdzie dostrzegł jasnowłosego młodzieńca z rozbrajającym uśmiechem na chłopięcej twarzy, człowieka, od którego aż promieniował entuzjazm oraz niczym niezmącona radość życia.
Dearborn, szepnęły wspomnienia.
- Dzień dobry - odparł, otrzepując się z kurzu, starając się przybrać obojętny wyraz twarzy, co - w zaistniałej sytuacji - musiało wyglądać komicznie. Caradoc uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Nocne spacery, co? - roześmiał się. - U nas, w Hogwarcie, trochę mniej pilnują uczniów - zauważył. - To nienormalne, że trzymają was tak krótko, nawet w tym wieku. - Skinął głową. - Nie jesteś wiele młodszy ode mnie, co?
- Tak sądzę... - Victor łypnął na szczyt schodów, gdzie wciąż nikt się nie pokazywał. A może, jeżeli zostanie tutaj i będzie rozmawiał z gościem zza granicy, Andrei nie będzie mógł mu niczego zrobić? Przeniósł zaniepokojony wzrok na Dearborna. Rozmawiał z nim tylko raz, jeden jedyny. A ten już zwracał się do niego jak do dobrego przyjaciela. Jak można było być tak naiwnym, tak łatwowiernym?
- A co pan tutaj robi? - zapytał. - Myślałem, że ze śledztwa nic nie wynikło?
Młody auror machnął ręką.
- Z tamtego nic, ale wezwali nas na pomoc przy Talavacie - wyjaśnił, wzdychając ciężko. - Przysłali mnie tutaj w asyście samego Alastora Moody'ego, wyobrażasz to sobie? W naszych stronach jest bardzo szanowanym łowcą czarnoksiężników, teraz te sukinkoty nam się już nie wywiną - zapewnił z dumą.
Nie? - Choć krew szumiała w jego uszach, a serce kołatało jak oszalałe, Victor roześmiał się w duchu. - Entliczek, pentliczek...
- Poza tym - dodał Dearborn. - Daj spokój z tym panem, jesteśmy w podobnym wieku. Caradoc. - Wyciągnął do Victora rękę, którą jego rozmówca bez wahania uścisnął. Z uśmiechem.
- A co z Ariną? - zapytał Victor. - Znaleźliście ją, prawda?
- Plotki się tak szybko rozchodzą! - Dearborn niemal się ucieszył. - Jest cała i zdrowa, chociaż niczego nie pamięta. I mamy problem, jej rodzice nie żyją, siostra nie żyje... Nie będziemy mogli sięgnąć po jej wspomnienia, dopóki nie dostaniemy na to zgody jej samej albo opiekuna prawnego, którego jeszcze nie odnaleźliśmy. - Westchnął. - Biurokracja nie zna litości, Ministerstwo usmażyłoby nas na wrzącym oleju, gdybyśmy chociaż spróbowali nagiąć prawo. A kiedy minie zbyt dużo czasu... - Wzruszył ramionami. - Nic z tego. Obawiam się, że ktokolwiek zrobił to tej biednej dziewczynie, pozostanie bez kary. Nie mamy żadnych świadków.
Nic nie pamiętała. Nic. I nic się jej nie stało.
Victor odetchnął z ulgą.
- Chikachev! - Wreszcie rozległ się mrożący krew w żyłach głos woźnego, stojącego u szczytu schodów. - Chikachev, wiedziałem, że to wy!
- Jakiś problem? - Caradoc wziął Victora w obronę. - Rozmawialiśmy odnośnie rodziny Victora, chciałem wrócić do zamkniętej sprawy. On już idzie do siebie, przepraszam, że tak długo!
Andrei zmarszczył gniewnie brwi, ale - zgodnie ze swoimi kompetencjami - nie śmiał podważyć wiarygodności słów Dearborna, nie miał też ku temu żadnych podstaw. Wymamrotał kilka przekleństw pod nosem, coś zabełkotał i zszedł ze schodów, udając się w jeden z ciemniejszych korytarzy.
Nie był zbyt bystry.
- Dzięki - szepnął Victor.
Caradoc - w odpowiedzi - po prostu się uśmiechnął. Przecież sam dopiero co skończył Hogwart, przecież sam wiedział, pamiętał, jak to było, nocne spacery po zamku, schadzki z dziewczętami, podkradanie notatek nauczycielom...
- Jak ona ma na imię? - Roześmiał się.
- Alexandra - odparł bez namysłu.
* * *
Rzadko się zdarza, żeby duch umierał. W końcu raz już umarł. Czy to w ogóle możliwe, żeby ktoś musiał dwa razy przejść przez tą samą śmierć?
Nieopodal zamku, w krzakach, w kałuży srebrzystej, mieniącej się perłowymi kolorami mazi, zawodziła ranna Kozica, zamordowany symbol równości w Durmstrangu.
"
Lecz cieniom zbrakło nagle sił, a cień się mrokom nie opiera!
I powymarły jeszcze raz, bo nigdy dość się nie umiera... "
[1]
[1] Bolesław Leśmian, Dziewczyna
Komentarze (1). Dodaj
1 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
|
LORDniedziela, 22.sierpnia.2010, 22:42 94.251.245.129
|
|
|
Jak tak czytam, że tam gdzieś jest ta fajna taka dedykacja, to aż mi miło. Takie ciacha, taaakie ciacha i och. I Arina mogłaby już umrzeć, wiesz. Nie lubię jej, strasznie mnie irytuje i na pohybel, czy coś. Łamanie sobie nosów kogoś mi przypomina, ale za cholerę nie mogę sobie przypomnieć kogo, hm, hm...
Może masz jakiś pomysł, kogo?
Nadia i jej berecik, to jest epicki duet, i znowu mi się jej żal robi, bu. Ale może to i lepiej, takie nieszczęście zawsze jest jakimś urozmaiceniem opowiadania, niech cierpi, niech wzdycha, a później wkrada się nocą do jego łóżka i... No, głaska. Szablon ładny, mówiłam, epicki, taki grandżowy i och, ach. Ale serio mi się podoba. Wygodnie się czyta, grafika ładna i w ogóle, mru ;3
I pisaj dalej, dla siebie, ewentualnie dla mnie, a nie dla jakichś dziadów.
;*
|
Ishie +
Klaryś =
shablon. Jak zawsze!