X Nie igraj z ogniemWtedy nie było już tak zimno. Padał deszcz, ziemię kryła podtopiona śnieżna breja, słońce stało wysoko na niebie. Kilka ptasząt świergoliło w pobliskim lesie, a silny wiatr niósł ze sobą rozkoszny zapach wiosny. Victor spacerował z Nadią przed murami zamku Durmstrang. Okryty ciemnym płaszczem, raz za czas przecierając zasmarkany nos rękawem. Dziewczyna, nawijając na palec kosmyk rudych włosów, ze smutnym uśmiechem zdobiącym zarumienioną twarzyczkę posłusznie odpowiadała na wszystkie jego pytania.
- To kwestia tygodnia, może kilku dni. Zajęcia dla Domu Kozicy już zostały zawieszone. Teraz tylko przeglądają papiery, chcąc się upewnić, że oddelegują każdego, kto nie może pochwalić się magicznym rodowodem do trzech pokoleń wstecz. Podobno inne domy też sprawdzają. - Westchnęła. - Wywalą ich wszystkich - dodała gorzko.
Zerknęła na chłopaka. Jej wzrok był wystraszony, a przy tym jakby łaknący ciepła, zrozumienia. Kropli współczucia.
- Wiesz, Sevastian też odejdzie - mruknęła. - W nauce otrzymywał beznadziejne wyniki, a kiedy był młodszy, rodzice myśleli, że jest charłakiem. Dzisiaj rano dostał list od dyrektora.
Victor patrzył gdzieś w dal.
- Podali już dokładną datę? - zapytał.
Nadia skinęła głową po krótkiej chwili namysłu.
- Dali im czas do szesnastego. Szesnastego ma przyjechać pociąg.
Przystanęła przed olbrzymią kałużą, przyglądając się swemu zniekształconemu odbiciu w płytkiej błotnistej wodzie.
- Durmstrang nie będzie już taki sam - powiedziała. - Nikt z nas nie będzie już dłużej taki sam. Bo teraz wszyscy bierzemy udział w tej okropnej zbrodni. Poprzez tchórzostwo, bierność. Nie przypuszczałabym, że dyrektor Kararovich wykaże się tak wielkim brakiem rozsądku. Myślałam, że jest trochę inny.
Victor skinął, przytakując bezrozumnie. Wcale jej nie słuchał.
Cztery dni, powiedziała, a więc tyle mieli czasu na wykonanie swojego zadania. Słowa, które wypowiedzieli chłopcy wcześniej, przestały już być tylko słowami. Zaczynały przeobrażać się w realny plan, w zajęcie na niedzielne popołudnie. Tak, szesnastego wypadało jakoś w poniedziałek.
- Ale ty, Victor... - Dziewczyna uchwyciła jego rękę. - Ty myślisz, że to dobrze, prawda? Że to dla naszego bezpieczeństwa?
Chłopiec rzucił jej z góry krótkie spojrzenie. Wzruszył ramionami i poprawił poły płaszcza w odpowiedzi na mocniejszy podmuch wiatru.
- Chyba - odparł lakonicznie, wytrącony z zamyślenia. - Tak, chyba tak.
Nawet nie usłyszał pytania. Nadia pokręciła z dezaprobatą głową.
- Wiesz, kiedy byłam mała, wakacje spędzałam u babci na wsi. Jej domek nie był zbyt luksusowy, ale wyglądał naprawdę uroczo.
Zaskoczony Victor łypnął okiem na dziewczynę. O czymże ona mówiła? Wspomnienia z wakacji? Teraz, tutaj?
- Lubiłam się bawić na zewnątrz - kontynuowała spokojnie, z pewną dozą zupełnie niewłaściwej sobie melancholii. - Pewnego dnia zafascynował mnie widok szpaka, skaczącego na trawie przy ganku. Był taki malutki. Miał czarne piórka i jasny dziobek, taki pomarańczowy.
Przerwała na chwilę, zbierając myśli, by po chwili uśmiechnąć się niewyraźnie.
- A może to był kos. Albo wrona. Właściwie, to nigdy nie znałam się na ptakach.
Zniecierpliwiony Victor przewrócił oczyma.
- No, i co z nim?
- Nastroszył piórka i odleciał - powiedziała. - Zazdrościłam mu tego. Po prostu uniósł skrzydła i zniknął. Tylko pstryk i już go nie było.
Ramiona dziewczyny mimowolnie uniosły się ku górze, podczas gdy Victor ze znudzeniem wymalowanym na bladej twarzy słuchał opowieści, o którą nie prosił, i która miała być kolejnym stekiem bzdur, śmiesznych lirycznych rozważań.
Milczał.
- Wtedy tupnęłam nogą - mówiła dalej. - W końcu podobno miałam zostać w przyszłości czarownicą. Dlaczego on mógł latać, a ja nie? - Spojrzała pytająco na chłopaka.
- Wdrapałam się więc na wysokie drzewo, na najwyższe ze wszystkich drzew w całym sadzie. Zawiesiłam się na jego gałęzi i spróbowałam polecieć - wyznała. - Chciałam polecieć jak ten ptak, wysoko, ku niebu, chciałam zatańczyć pośród chmur i podziwiać zachód słońca z wysoka, chciałam być ptakiem. Pomyślałam, że skoro potrafię czarować, pewnie nie powinnam mieć problemów z podobnymi rzeczami. Wiedziałam o animagach, o czarodziejach, którzy potrafią przemieniać się w zwierzęta. Ale wiesz, co się stało, kiedy puściłam się gałęzi?
- Nie - odpowiedział. Victor nie wiedział, co się stało i nie był też do końca przekonany, czy aby na pewno chce się tego dowiedzieć. Jak wysokie mogło być to drzewo? Nadia wyglądała na zwinną, ale przy tym raczej kruchą i słabą. Tak czy inaczej, wciąż nie rozumiał, do czego zmierzała.
- Spadłam, oczywiście - powiedziała cichutko. - Miałam całe posiniaczone nogi i rozbite kolano, a do tego zniszczyłam swoją marynarską sukienkę, którą rodzice kazali mi zakładać w każdą niedzielę. Babka zlała mnie skórzanym pasem dziadka.
Kiedy urwała, Victor przyjrzał się odbiciu jej twarzy w błotnistej kałuży. Wyglądała tak żałośnie, tak rozpaczliwie. Czy wspomnienia ją tak nagle przybiły? Przecież, będąc dzieckiem, każdy choć raz dostał solidne lanie; on sam obrywał dość często. To za kłótnie z bratem, to za tłuczenie naczyń. Tak, Victor uwielbiał tłuc naczynia, kiedy tylko odkrył, jak się to robi. Miał wówczas pięć, może sześć lat. Starczyło się odpowiednio skoncentrować, a szkło pękało z trzaskiem. Tryskało jak woda z fontanny. Największe lanie dostał, kiedy rozbił półmisek na ciastka, który jego matka akurat trzymała w ręku. Jeden spośród odłamków wpadł jej do oka i byłaby straciła wzrok; na szczęście szybka interwencja lekarska pozwoliła tego uniknąć i od tamtej pory już nigdy więcej nie próbował powtórzyć swojej sztuczki. Tyłek przez kilka ładnych dni bolał go wtedy jak skurczybyk.
- Ale to nie bolało tak bardzo jak to, co usłyszałam - dodała Nadia. - Jak to, co potem tłumaczyli mi rodzice. Że żebym została taką prawdziwą czarownicą, będę musiała chodzić do tej strasznej szkoły i uczyć się dniami i nocami, wkuwać na pamięć biografie znanych czarodziejów, wysłuchiwać bajdurzeń emerytowanych czarodziejów, którzy wykładają tutaj, bo nie powiodło się im gdzie indziej, jak temu od uroków, Patukharowi. Że żebym mogła latać jak ptak, musiałabym stać się animagiem, otrzymać licencjat, zdać test, do czego są zdolni tylko nieliczni, tylko najzdolniejsi. Powiedzieli mi, że jeszcze wszystko przede mną. Ale powiedzieli to tonem, którego barwa znaczyła bardziej odpuść, dziecko, niż jak wierzymy, że dasz sobie radę.
Deszcz, który padał, powoli zamieniał się w śnieg, powietrze stawało się coraz chłodniejsze.
Victor nie odpowiedział, nie uniósł też wzroku. Jego spojrzenie było teraz jakby łagodniejsze, może odrobinę współczujące. W końcu - i mimo wszystko - wciąż uważał, że ją kochał. Chyba. Chociaż nudziły go jej rozważania, chociaż nie czuł jej ducha romantyzmu, chociaż ostatnio jego myśli koncentrowały się wokół innych spraw.
Niezręcznie poprawiła swój berecik.
- Za zabijanie marzeń, powinno się karać, jak za każde inne morderstwo - stwierdziła hardo.
Tego dnia Nadia była jakaś inna. Victor zerknął na nią, nią prawdziwą, nie tą odbitą w wodzie. Zawsze tryskała radością i tętniła życiem, a dzisiaj była jakby trochę bardziej zamyślona, jakby zniechęcona, nieco przygnębiona. Nie taką ją poznał.
Powiedz, odgarnął niesforny kosmyk włosów z jej twarzy, powiedz, kochanie. Powiedz, co się stało.
- Wyobrażałam sobie życie jako coś zupełnie innego, Victor - powiedziała. - Jako coś łatwego, lekkiego i przyjemnego, jako coś pięknego, tymczasem wszyscy próbują ściągnąć mnie na ziemię, wciąż i wciąż. To nudne. I trudne.
Włożywszy dłonie do kieszeni płaszczyka, zadarła nosek ku górze.
- Nudne, trudne i głupie. Ludzie wolą miotać się w tym bezsensownym świecie, niż uwierzyć w wizję, którą ja im przedstawiam. A przecież ona jest lepsza. Fajniejsza.
Jej rumieńce nabrały szkarłatnej barwy, wyglądała tak pięknie.
Mów, piękna, mów, co cię boli...
Chłopiec czule objął dziewczynę ramieniem, gładząc ją delikatnie. Dopiero teraz obudziły się w nim głęboko uśpione dotychczas pokłady opiekuńczości, dopiero teraz przypomniał sobie, jak wiele ukradkowych spojrzeń jej wysyłał w ciągu ostatnich lat, nim zdobył się na odwagę, aby się doń odezwać. Nim ona się odezwała.
Mów, piękna, mów...
- A może to ja jestem głupia - dodała jednym tchem, odwróciwszy się przodem do rozmówcy. - Może wcale nie mam racji, może za często idealizuję. - W jej ślicznych oczach błyszczały maleńkie łezki. Wspiąwszy się na palce, złożyła na policzku Victora niewinny pocałunek, ich pierwszy. Ale jemu nie brakowało już powietrza, ale jego wnętrzności już się nie przewracały.
- Z tobą było tak samo, Victor - szepnęła cichuteńko. - Dokładnie tak samo. Od dawna myślałam, że między nami mogłoby coś zaiskrzyć, ba! Sądziłam, że już zaiskrzyło. A ty zaledwie po kilku dniach znalazłeś sobie nową miłość, inną.
Pociągnęła nosem, gdy łezka leniwie spłynęła po jej płonącym rumieńcem policzku. Oniemiały Victor otworzył usta, chcąc zaprzeczyć, ale Nadia go ubiegła.
- Ale może to ja jestem głupia - powtórzyła. - Może to ja sobie za dużo wyobrażałam. Nie wiem, kogo ani co pokochałeś, ale to nie o mnie myślisz, kiedy się spotykamy. Dlatego... - Pociągnęła nosem. - Dlatego najuczciwiej będzie, jeśli zwrócę ci wolność, Victorze. Dajmy sobie z tym spokój, dajmy sobie spokój z nami. Bo nas i tak już nie ma.
Victor potrząsnął głową. Zbierał myśli, chcąc ją zatrzymać, powiedzieć cokolwiek. Bo przecież ją kochał, tak bardzo, chyba.
- Ja tylko... - zaczął niepewnie.
Nadia utkwiła w nim smutne ślepia, próbując uśmiechnąć się przez łzy.
- Co tylko? - zapytała.
Bez ruchu stał tak, stał i patrzył na nią, na jej delikatną twarz i lśniące włosy, wypadające spod zabawnego berecika, na jej czerwone usta i długie rzęsy, na krańcach których błyszczały maleńkie, drobne łezki. Właściwie, to sam nie wiedział co tylko.
Nadia skinęła głową.
- Otóż to. Wiatr szepcze o tym, czego strzegą ściany twego serca, Victorze. Ale nie obawiaj się, bo ludzie tutaj to banda tchórzy, zdrajców - szepnęła i, odwróciwszy się na pięcie, pomknęła w stronę Durmstrangu. Po prostu odeszła.
Śledził ją wzrokiem, aż zniknęła w bramach twierdzy. Choć chciał, nie potrafił jej zatrzymać. Bał się. A ona była coraz to dalej, jej płaszczyk powiewał na wietrze, maleńkie buciki pozostawiały ślady w świeżym, nieubitym śniegu.
Ale jego serce nie bolało, jego serce nie pękło na dwie połówki; jego serce biło w normalnym rytmie. Było spokojne. Może nawet trochę odetchnęło, ale nie potrafił tego wytłumaczyć.
Pierwsze miłości zwykle są takie same - pełne wzruszeń i niedomówień, pełne niepewności, cichych westchnień i melodramatycznych uciech, pełne skrytych, nigdy niewypowiedzianych wyznań.
I zawsze są tak bardzo, tak bardzo naiwne.
Kiedy Victor wrócił do sypialni chłopców, Antonin siedział przy stole na twardym drewnianym krześle, z głową wspartą na łokciu, ze znudzeniem wpatrując się w wirujący z zawrotną prędkością fałszoskop. Jedwabiste włosy spiął w koński ogon; nie miał na sobie szkolnego uniformu, ale zwykłe mugolskie ubranie. Nawet nie odwrócił się w stronę przyjaciela, słysząc skrzypienie dormitoryjnych drzwi. Maleńki magiczny przedmiot skupiał całą jego uwagę.
- Nie chcę wiedzieć, o czym myślisz - rzucił panicz Chikachev, kątem oka spoglądając na szalejący bączek. Jego usta ułożyły się w krzywy uśmiech. - Jeżeli o Dratshevie, to zapomnij. Gość jest niezniszczalny - dodał, rzucając przemoczony płaszcz na niepościelone łóżko. Dosiadł się do współlokatora, który wciąż bez mrugnięcia okiem przyglądał się zabawce.
- To nie ja - odpowiedział. - Może trochę. Nie chce przestać się obracać przez nasze podręczniki do czarnej magii, wiruje bez przerwy.
Victor uchwycił fałszoskop ręką, powstrzymując go od dalszych obrotów. Uniósłszy go, zmarszczył brwi i począł mu się dokładnie przyglądać.
- Będzie trzeba coś z nim zrobić, bo jak tak dalej pójdzie, nie pozwoli nam w nocy spać.
Antonin przytaknął i, oparłszy się plecami o tył krzesła, wyłożył nogi na stole.
- I jak było? - zapytał.
Victor wzruszył ramionami, odkładając bączek na blat. Pozostawiony samemu sobie, od razu począł na powrót wirować wokół własnej osi.
- Pociąg dla szlam będzie pod Talavatem za cztery dni - oznajmił. - Będziemy musieli się pośpieszyć.
Antonin nie odpowiedział, w milczeniu począł znów przyglądać się zabawce, która nieprzerwanie wykonywała obroty, wirowała zgrabnie i z gracją, trochę jak baletnica na scenie, która, wyczuwając nieprzychylny nastrój widowni, pragnęła dać z siebie wszystko. Tak, bączek niemal czuł, że był niechciany.
- Na noc możemy spróbować schować książki pod łóżka, ten fałszoskop chyba nie jest specjalnie czuły - odezwał się Dolohov. - Może to coś da i spędzimy noc spokojnie. Jeśli nie, będziemy musieli go popsuć. A szkoda by było.
Odrzucił z twarzy włosy.
- Traktuję go trochę jak pamiątkę - dodał.
Kąciki ust Victora uniosły się nieco na krótką chwilę, chłopiec nie mógł powstrzymać się od uśmiechu.
- Boisz się? - ni stąd, ni zowąd zapytał blondyn, wwiercając się wzrokiem w brązowe oczy przyjaciela. Speszony Victor, starając się utrzymać fason, prędko pokręcił głową.
- Nie - odpowiedział szybko, za szybko. - Może trochę - przyznał. - Ty nie masz żadnych wątpliwości?
- Żadnych. - Ton głosu Antonina był zdecydowany. - Ktoś musi zatroszczyć się o nasz świat, Victor, ktoś musi pokazać im, co należy robić. - W jego oczach zatliły się niebezpieczne iskierki. - Ktoś musi zacząć walczyć za nasz świat, bo inaczej go w końcu stracimy, zgubimy w tej żałosnej drodze donikąd.
Ale dlaczego ktoś musi od razu oznaczać my?
- Nazywasz się Chikachev, Victor - powiedział Dolohov, jakby czytając mu w myślach. - Jesteś z tych Chikachevów. Kto zrobi to lepiej od ciebie, od nas? Mamy genetyczne uwarunkowania do bycia po prostu lepszymi od innych.
Cień uśmiechu ozdobił twarz młodego arystokraty.
- Trudno zaprzeczyć - parsknął.
Na Wojtusia z popielnika iskiereczka mruga -
Chodź, opowiem ci bajeczkę, bajka będzie długa...
Victorowi aż włos się zjeżył, kiedy tylko usłyszał dobiegający zza pobliskiego okna starczy kobiecy głos, nucący dziecięcą kołysankę. Jak gdyby go już znał, jak gdyby go już kiedyś słyszał. Musiał spotkać babulę kiedyś w Halabardzie. Albo w innym miejscu.
Jesteś nerwowy, Victorze, po prostu nerwowy, dlatego jej głos tak cię niepokoi. Przecież nie ma w nim niczego niepokojącego.
Księżyc oświetlał wioskę zwaną Talavatem srebrzystym blaskiem, mieniącym się cudnie pośród śniegu i kałuż, a ciemne haftowane gwiazdami niebo rozciągało się ponad nimi, bezchmurne i piękne niczym spokojna, niezmącona woda jakiegoś olbrzymiego oceanu. Była już późna godzina, na ulicach nie spotkali nikogo. Ani jednej żywej duszy.
Stali za pubem. Antonin uklęknął przy ścianie budynku, wyciągnąwszy trzy buteleczki, których zawartość, zmieszana razem w odpowiednich proporcjach i wzmocniona odpowiednimi zaklęciami, miała stworzyć magiczne płomienie, w których mocy będzie spopielenie czerwonych cegieł tworzących zacisze Halabardy. Ogień, którego nie zduszą mugole. Który narobi sporo zamieszania. I który miał być ostrzeżeniem dla tych, którzy dotychczas sprzeciwiali się woli Lorda Voldemorta.
Jak się okazało, kradzież tych kilku składników z magazynku alchemicznego wcale nie stanowiła wielkiego wyzwania. Victor pewien był, że Nerateva go zobaczyła, kiedy je brał. Wcześniej nie zauważył, że stała praktycznie tuż obok, a jednak, kiedy zamykał szafkę, ich wzrok się nawet zetknął. A jednak nie powiedziała ani słowa. O czym myślała, że nie dostrzegła złodzieja, choć patrzyła wprost na niego?
Teraz stali już na miejscu zbrodni, Antonin usiłując nie sknocić zaklęcia, a Victor czatując, wypatrując niepotrzebnych świadków, czy niechcianych gości. Przestępował z nogi na nogę, spoglądając to za siebie, to na boki, spozierając w otchłani ciemności, rozciągającej się tuż za ich plecami. Krew niemal całkowicie odpłynęła z jego twarzy, serce łopotało jak oszalałe; adrenalina pulsowała w żyłach. Każdy szmer, każde poruszenie jawiło się jako potencjalne zagrożenie. Psy. Podmuchy wiatru. Hałasy dobiegające z pozasłanianych okiennicami domów. To wszystko nie pomagało.
Za Halabardą znajdowała się niewielka chatka z drewna, pewnie składzik knajpy, albo spiżarka. Oczywiście, chłopcy sprawdzili, czy nikogo w niej nie ma, nim przystąpili do wykonywania zadania, lecz panicz Chikachev nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż lada chwila ktoś zeń wypadnie, ktokolwiek; wypadnie i ich zauważy, wrzaśnie, wszyscy się dowiedzą, a potem chłopcy wylecą ze szkoły za piromańskie zabawy.
Drobne kropelki potu zaczęły lśnić na jego czole.
- Śpiesz się - szeptał, patrząc Antoninowi na ręce. - Ale ostrożnie.
To mu coś wypadło, to nie mógł otworzyć butelki, dłonie Dolohova tak przeraźliwie drżały. Lęk, nerwy? Nieważne, ważne, że w końcu się udało. Zmieszał odpowiednie płyny, rozlewając gotową miksturę na róg budynku. Mdły smród zgnilizny unosił się w powietrzu. Mikstura śmierdziała gorzej niż stare jaja.
- Szybko - szepnął blondyn, stając na nogi, wycofując się do przyjaciela z pustymi fiolkami w rękach. - Odsuńmy się trochę. Podpalimy to i możemy się zwijać.
Victor powoli skinął głową, wyciągając różdżkę, obaj chłopcy wykonali jeszcze kilka kroków w tył, trzy, czy cztery.
- Incendio - wydeklamował, celując w cegły zroszone eliksirem.
Co działo się później, trudno jest opisać słowami komuś, kogo przy tym nie było. Płomienie wybuchnęły niezwykle widowiskowo, a tylko śnieg i roztopiona śnieżna breja powstrzymały je od przeniesienia się na inne budynki we wsi. Chłopcy mieli uciekać, powinni byli być już daleko, powinni biegnąć, ale stali jak wryci, nie potrafiąc oderwać wzroku od złocistopomarańczowych płomieni trawiących pub. Nie patrzyli na nic innego, nie słyszeli wrzasków ani ostrzeżeń, wykrzykiwanych przez mieszkańców Talavatu, straszliwych pisków dochodzących z wnętrza Halabardy. Czyli jednak zostali jacyś goście.
Tylna ściana runęła bardzo szybko.
Widok, którego już nigdy nie zapomną.
Patrzy Wojtuś, patrzy, duma, zaszły łzą oczęta.
Czemuś mnie tak okłamała? Wojtuś zapamięta.
Już ci nigdy nie uwierzę iskiereczko mała.
Najpierw błyśniesz, potem gaśniesz, ot i bajka cała.
Nigdy mieli też nie zapomnieć przerażonej miny Ariny, która, upuściwszy kosz z jabłkami, zastygła w niemym bezruchu, przyglądając się ogniu, odbijającemu się w oczach chłopców. Akurat szła tamtędy, pewnie do owego składziku. I akurat zdążyła ich zobaczyć, akurat wtedy, gdy na kilka minut stracili kontrolę nad sytuacją.
Nigdy mieli też nie zapomnieć poświęcenia Igora. Nie powiedzieli mu, że pójdą na Talavat tej nocy, nie zdradzili dokładnych zamiarów ani daty, ale nie, wcale nie dlatego, że mu nie ufali. Igor po prostu nie chciał o tym słuchać.
Róbcie, co chcecie, mówił. Róbcie, co chcecie, ale mnie w to nie mieszajcie.
Jednak Victor i Antonin tej nocy nie pokazali się w sypialni. Igor w ostatniej chwili przypomniał sobie, że w pubie dzieci mugoli oddelegowanych z Durmstrangu, prawda, jeszcze nie będzie, ale będzie za to Arina, jego ukochana i najdroższa Arinka, piękna i wspaniała, cudowna i nadzwyczajna. Ojciec dziewczyny, który ostatnio nie cieszył się najlepszym zdrowiem, obawiał się, że on i Sasha nie poradzą sobie z obsługą tylu gości, poprosił więc młodszą córkę, by pomogła przy porządkach, przy pracach, by przybyła dzień wcześniej. Nieoczekiwanie - zgodziła się. A Igor nie mógł dopuścić, by stała się jej jakakolwiek krzywda, a Igor przybył jej na ratunek.
Kiedy Victor i Antonin stali, sparaliżowani strachem, oświetleni blaskiem płonącego budynku, kiedy ujrzeli niepotrafiącą oderwać od nich wzroku dziewczynę, wtedy dopadł ich Igor, który - wykazawszy się nadzwyczajnym refleksem - napadł dziewczynę, zakrywając jej usta dłonią. Zaczęła motać się i szarpać, kopać i gryźć, ale ona - wątła, krucha, delikatna - nie miała przecież najmniejszych szans ze starszym od siebie i dużo silniejszym Karkarovem.
Skinąwszy głową na pobliski las, Igor pomknął ku niemu, ciągnąć ze sobą Arinę. Victor i Antonin szybko pobiegli za nimi, słysząc gdzieś zza pleców stłumione dalekie i niewyraźne krzyki.
- Tam ktoś biegnie!
- Łapcie ich!
- Bandyci!
Zdyszani i zmęczeni, mknęli niemal na złamanie karku. Uderzając o co giętsze gałązki drzew, zapadając się na co bardziej bagnistych terenach, raz za czas obracając się za siebie, spoglądając w ciemność, w otchłań, nie mogąc oprzeć się wrażeniu, że przecież ktoś tam jest. Niejednokrotnie zdawało im się, że pomiędzy szeleszczącymi liśćmi dostrzegli niewyraźny srebrzysty kształt, ale przecież to im się tylko zdawało, na pewno. Śnieg rozbryzgiwał się spod ich butów podczas tego szaleńczego biegu, przerażona Arina zapierała się, lecz ciągnięta przez chłopców, nie miała wyjścia; Igor trzymał ją może nieco zbyt mocno, niż było to konieczne, zbyt mocno, niż w ogóle miał na to siły, lecz z adrenaliną przemierzającą organizm, człowiek zdolny jest do wielu rzeczy. W końcu, gdy opadli z sił, zatrzymali się na nieco suchszym terenie, daleko od wioski. Zbyt daleko, by ktokolwiek miał ich tutaj znaleźć, a przynajmniej taką mieli nadzieję.
- Będziesz cicho - rozkazał, kiedy udało mu się złapać oddech i zsunął dłoń z jej twarzy. Dziewczyna z szeroko otwartymi oczyma patrzyła na chłopców, na każdego spośród nich z osobna, jak gdyby nie była pewna, czy to jawa, czy sen, jak gdyby nie dowierzała temu, co widziała. Na jej pięknej twarzy malowała się mrożąca krew w żyłach groza.
- Będziesz cicho i nikomu nie powiesz, co zobaczyłaś - powtórzył gorzko Igor.
Victor, podobnie jak Antonin, patrzył na przyjaciela z podziwem w oczach. Przecież ją kochał, był nią tak mocno zauroczony, a jednak potrafił tak podle ją upokorzyć. Dla niego, dla nich. Poświęcił swoją wielką miłość dla dobra przyjaciół. Czy którykolwiek z nich byłby zdolny do podobnego czynu? Czy on, albo Antonin, zrobiłby to samo dla Igora?
- Igor... - Dolohov zaczął, otworzywszy usta, jednak głos ugrzęznął mu w gardle. Gdyby ona komukolwiek powiedziała, co widziała...
Igor zacisnął palce na nadgarstkach Ariny, dziewczyna aż krzyknęła z bólu.
- Wybij to sobie z głowy, czubku! - wrzasnęła. - Ty i oni, wszyscyście durnie! Chcę wiedzieć, co z moim ojcem, puszczaj mnie, sukinsynie! Natychmiast, mówię!
Victor, który opierał się o jedno z suchszych drzew, na ślepo wymacał za plecami jedną z grubszych gałęzi, starą i zwiędłą, bez trudu ją ułamując. Sam nie wiedział, co robił, sam nie wiedział, dlaczego. To strach, adrenalina. To instynkt przetrwania.
Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Igorem. Żaden z nich nie chciał do tego doprowadzić, ale - jak mawia stare porzekadło - co się stało, to się nieodstanie. Wydarzenia posypały się jedno po drugim niczym istna lawina nieszczęść, a żaden spośród chłopców nie mógł ich już odwrócić. Alea iacta est, kości zostały rzucone.
- Cicho bądź - syknął Igor i, chwyciwszy dziewczynę za ramiona, przysunął ją bliżej Victora. Arina, ujrzawszy, co się dzieje, wlepiła w młodego Chikacheva przerażone spojrzenie, spojrzenie, które chłopiec miał zapamiętać na długo. Chyba chciała też coś powiedzieć, ale nie zdążyła. Victor, zamachnąwszy się potężnie, zdzielił ją kijem. Prosto w czaszkę. Zrobił to we własnej obronie. Tylko i wyłącznie. Przecież to nie jego wina, że Arina znalazła się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze. Nawet nie przypuszczał, że tak prędko pożałuje swej decyzji.
Dziewczyna bez ładu osunęła się pierwej w ramiona Igora, później chlusnęła w rozmokły śnieg zmieszany z błotem. Jej ciemne nasiąknięte krwią włosy przykryły twarz niczym makabryczny wdowi welon utkany z czarnego jedwabiu.
- Czy ja... - Gałąź wypadła z ręki Victora. Z dziwnej przyczyny wcale nie myślał o ludziach, którzy zginęli za sprawą wywołanego przezeń pożaru, z dziwnej przyczyny nie było mu żal siostry ani ojca dziewczyny; z dziwnej przyczyny dopiero teraz poczuł się, jak gdyby zrobił coś naprawdę złego. Arina niczym nie zawiniła. Arina powinna była leżeć teraz w swoim ciepłym łóżku w twierdzy Durmstrang pod grubą pierzyną z kurzych piór.
Ale leżała tutaj.
Antonin przykucnął przy pannie Marinin, przykładając dłoń do jej szyi. Z jego zamyślonej twarzy trudno było wyczytać cokolwiek.
Pokręcił głową.
- Pewnie niedługo się obudzi - powiedział cicho. - Zostawiamy ją tak?
Igor zamknął oczy, klękając tuż obok. Nie trzeba było być prorokiem, by dostrzec ból, który zżerał go od środka. A przecież przybył tu, żeby ją uratować. Ją, nie tych dwóch półgłówków!
- Zamarznie - odparł drżącym głosem Victor.
- Już jest cieplej - wymamrotał Igor. - A jeśli weźmiemy ją ze sobą, zaraz posypią się pytania, co robiliśmy. Skąd się tutaj wzięliśmy. Wydobędą z niej wszystkie wspomnienia jakimś ohydnym zaklęciem.
- Sama wszystko powie. - Antonin odrzucił kosmyki włosów z jej twarzy, odsłaniając wydatne usta i przymknięte powieki, z których spływał rozmazany czarny tusz. - Trzeba będzie zmodyfikować jej pamięć.
Chłopcy spojrzeli na Igora ze współczuciem. Jakąkolwiek nie byłaby prawda, on do ostatniej chwili wierzył w tę miłość. W jej szczerość, siłę i wieczność. We wspólne długie i szczęśliwe życie.
Wyciągnął różdżkę i, kierując ją w stronę dziewczyny, powoli wypowiedział zaklęcie zapomnienia.
-
O - zająknął się -
Oblitiate. Przepraszam - dodał szeptem.
Fioletowawa wstęga światła oplotła górne partie wątłego ciała Ariny.
Wokół czwórki dzieciaków zapadła cisza; cisza tak straszna i męcząca, tak okrutnie paląca. I tak wiele mówiąca.
- Dość tego - syknął Igor. - Chodźmy stąd, mieszkańcy Talavatu widzieli, jak uciekaliśmy, mogą nas zacząć szukać.
Victor i Antonin przytaknęli, wpatrując się w przyjaciela.
- Dzięki - powiedział któryś.
Odwaga, czy może strach, cokolwiek pchnęło Igora do czynu, miało już na zawsze odmienić jego życie.
Ślady zaklęcia Morsmorde rozpierzchły się na pięknym niebie ponad nimi, kiedy Antonin bez przekonania wzniósł różdżkę. Jak wielkim było ich zdumienie, gdy spostrzegli wymalowany nań Mroczny Znak. Usta Victora drgały w niemym przerażeniu, a oczy Antonina błyszczały, przepełnione niewysłowionym wprost podziwem.
Komentarze (1). Dodaj
1 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
|
LORDniedziela, 22.sierpnia.2010, 22:37 94.251.245.129
|
|
|
Fe, a miałam nadzieję, że zabijesz sukę, zabijesz. Nadal trzymam kciuki, żeby trwałego urazu doznała, czy coś...
I nabicie na gałąź wcale nie jest głupie, serio. Może mało humanitarne, ale...
I taak, wiem, wredna jestem.
A oprócz tego, to żal mi Igorka. Takie biedne z niego dziecko, takie dobre i kochane! ... a tu taka suka. Suka, suka, suka. Czyżbym nadużywała tego słowa, czyżbym była wulgarna? Ależ skąd, to się tylko wydaje.
Gabriel... tfu, znaczy Antoś mnie przeraża, ale i tak ten blondwłosy diabeł jest niczym przy Victorku...
Że co, że mu przeszło, że nie kocha, że serce na pół nie pęka? Że go Nadusia nudzi, męczy? Że za naiwną i głupią ją ma? Zniszczyłaś mój ulubiony paring w tej chwili... Nie dość, że dramaty na żywo, to jeszcze dramaty w opowiadaniu, dzięki! xd Victor to zwykły facet, czyli świnia, taka duża i obleśna, kuźwa. Zero zrozumienia, zero wrażliwości, czegokolwiek, no, no! Bo świnie to nie ludzie, ha. I ekchem im w oczy, jeśli wiesz, co mam na myśli.
I podobało mi się, mów co chcesz, ja wiem swoje, ostrzegam. Chłopcy się robią źli, to nieco straszne, ale wim, że o to chodzi...
Pisaj dalej i zabij Arinkę! Znaczy, wróć. Tego nie było.
|
Ishie +
Klaryś =
shablon. Jak zawsze!