Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

VIII Caradoc Dearborn

Szmaragdowe szkło butelki rozbłysło, odbijając światło dygoczącego płomienia świecy, Victor przetarł szyjkę flaszki szkarłatnym rękawem. Rozparł się na krześle, wspierając się nogą o blat stołu ustawionego pośrodku sypialni chłopców i, przymknąwszy powieki, odchylił głowę do tyłu. Czarne kosmki włosów delikatnie opadały na jego ramiona. Wiatr trząsł oknami, a potężne śnieżne kule łomotały okrutnie w stare rozedrgane szyby; chłodne powietrze wdzierało się do wnętrza komnaty. Siedzący naprzeciwko Antonin podciągnął brudny kraciasty koc pod samą brodę.
- Nie wiem, jak wy, ale ja mam dość - jęknął. - Dzień w dzień trzydzieści stopni poniżej zera, słońce zachodzi właściwie zanim tak naprawdę wstanie, a na zajęciach męczą nas jak nigdy dotychczas. Gdyby tylko...
- Przypomnę ci, że za kilka miesięcy zdajemy końcowe egzaminy - przerwał mu Igor, unosząc głowę znad oprawionego w ciemną skórę podręcznika. Siedział na łóżku, oparty o ścianę, skryty pod grubą pierzyną. W ręku trzymał różdżkę, na końcu której żarzyło się delikatne światełko. Jego kręcone włosy przylgnęły do czaszki; chłopiec dopiero co wyszedł spod prysznica.
- Mają nadzieję nas do nich dobrze przygotować - kontynuował znudzony. - A ty mógłbyś wreszcie przestać marnotrawić swój cenny czas i wziąć się w końcu za lekcje. Chyba chcesz skończyć szkołę, co?
- Chcieć, to on może - roześmiał się Victor.
- Zamknij się!
- Ty wcale nie lepszy - mruknął beznamiętnie młody Karkarov, z szelestem przewracając pożółkłą stronicę księgi.
W gruncie rzeczy wiedzieli, że Igor miał rację. Z każdą kolejną chwilą godzina, w której mieliby stanąć przed komisją egzaminacyjną z dyrektorem na czele i zabłysnąć swoją - wątpliwą raczej - wiedzą, stając się w ten sposób pełnoprawnymi czarodziejami, stawała się coraz to bliższą, coraz to realniejszą. A chłopcy wciąż nie garnęli się do nauki. Wizja opuszczenia Durmstrangu jawiła im się jako wkroczenie na ścieżkę dorosłości, do czego w istocie wcale, ale to wcale, im się nie śpieszyło.
Antonin przewrócił ostentacyjnie oczyma.
- Daj spokój, mamy jeszcze pół roku - odparł od niechcenia.
- Niecałe pół roku - poprawił go Igor. - Im wcześniej weźmiesz się do powtarzania wiadomości, tym mniej pracy zostanie ci na później.
- Wtedy przynajmniej przestanę narzekać na nudę - mruknął ze sztucznym zachwytem. - Igorku, proszę cię - dodał - jeśli nie chcesz odpuścić sobie, odpuść chociaż nam.
- Kiedy będziecie już stali przed komisją egzaminacyjną...
- Najchętniej wcale bym tego nie robił - odburknął. - Bo jaki to ma cel? Od roku możemy używać magii poza szkołą, potrafimy to robić i wiemy już wszystko, co wiedzieć powinniśmy, a oni wciąż robią problemy i wynajdują nowe zagadnienia, które młodzi czarodzieje koniecznie muszą poznać przed wyjściem na świat. Wiedza o rozmieszczeniu geograficznym Acours calamus na przestrzeni lat nie jest mi do niczego potrzebna.
- Tak - przytaknął Victor. - Łodygi tartaku najprościej znaleźć w sklepie. Żaden czarodziej nie biega za komponentami po krzakach.
Igor potrząsnął ze zrezygnowaniem głową, przewracając kolejną stronę. Olbrzymie zębiska smoka o łuskach czarnych niczym grudy węgla wyszczerzyły się do niego wprost z ryciny umieszczonej wewnątrz podręcznika.
- Bez wykształcenia daleko nie zajdziesz. - Twardo obstawiał przy swoim. - Żadna poważna instytucja nie przyjmie do siebie pracownika, który nie ma ukończonej szkoły.
- Mam głęboko gdzieś wszystkie poważne instytucje - obruszył się Antonin. - Czy naprawdę jesteśmy aż tak ograniczeni? Czy naprawdę praca musi być wszystkim? Nie wierzę, że urodziłem się tylko po to, żeby całe dzieciństwo spędzić w tej zapadłej dziurze, a potem całą dorosłość na monotonnej, dzień w dzień powtarzającej się pracy. Świat żąda ode mnie czegoś więcej, czuję to!
- A słyszysz? - zironizował Karkarov. - Kiedy ten twój świat zacznie już do ciebie mówić, daj znać. Oddamy cię w ręce specjalistów.
- Przestań, Igor, on ma wiele racji - odezwał się Victor, odkładając trzymaną w ręku butelkę na stół, a następnie ściągając przez głowę szkarłatną szkolną szatę; pod spodem miał gruby sweter z czarnej wełny i dżinsowe spodnie. Jego włosy rozsypały się w nieładzie.
- Świat jest urządzony nie do końca tak, jak powinien - uściślił, rzucając zdjęte ubranie na swoje łóżko. - Człowiek stworzył pewne struktury, normy prawne i obyczajowe, ponad które nie może się wychylić, nie stając się pogardzanym przez innych dewiantem, podczas gdy te zasady nie zawsze mają sens, ba! Niektóre są zwyczajnie głupie. Dlaczego nie wolno nam wychodzić na Talavat? - zapytał. - Nie wiadomo, ale nie wolno i już. A nam pozostaje pokora i uległość - dodał gorzko.
- Można przypuszczać, że ze względu na mieszkających tam mugoli - upierał się Igor. - Mogliby kogoś zauważyć, mogliby zacząć podejrzewać...
- To głupie - przerwał mu Antonin. - Mam się ograniczać, żeby inni mnie nie widzieli? Dlaczego? Ja jestem, oddycham, istnieję! Dlaczego mam udawać, że jest inaczej? Dlaczego to ja mam się kryć przed mugolami, a nie oni przede mną?
- Jest ich więcej. My o nich wiemy, oni o nas nie.
Victor wzruszył ramionami.
- Niebawem się pewnie dowiedzą, co wtedy? Czy dalej będziemy się zachowywać w ten sposób, bo tak wypada, bo nasi rodzice i dziadkowie tak robili? Bo tak trzeba, chociaż nikt tak naprawdę nie wie dlaczego?
Igor ostrożnie zamknął podręcznik, odkładając go na bok, na pościel. Książka zapadła się delikatnie w miękkim puchu pierzyny.
- Nie zmienicie świata - powiedział powoli. - Nawet, jeżeli nie wszystko ma w nim sens, to naprawdę go nie zmienicie. Nie da się stanąć pod wodospadem i pojedynczym krzykiem zatrzymać jego potoku. Tak robią tylko obłąkani.
- Byli tacy, którzy próbowali - odparł Chikachev. - Spadająca woda krzyku takiego szaleńca nie usłyszy, prawda. Ale kto inny owszem i wiedziony ciekawością zjawi się, oferując swą pomoc. Bo świat jest pełen naiwności.
Karkarov prychnął.
- I co, jeśli zaczną krzyczeć we dwójkę, to wodospad zawróci?
- Nie, Igor - zaprzeczył Antonin, spoglądając na przyjaciela. - Wtedy krzyk będzie głośniejszy i więcej ludzi go usłyszy. A kiedy będzie ich już całe mnóstwo, wtedy będą mieli już multum rozwiązań do wyboru, łącznie z wysadzeniem całego tego wodospadu w powietrze.
- Musieliby być obłąkani - powtórzył gorzko. - Obłąkani, żeby od początku wierzyć w powodzenie tak irracjonalnej sprawy.
- Na swój sposób by byli - przyznał Victor. - Ale to tacy ludzie pisali historię.
- Historia potrafi być bardzo surowym sędzią.
- Pamiętaj, że zwycięzców nie osądza nikt.
Antonin skinął głową, zgadzając się ze słowami przyjaciela, przez chwilę milczał w zamyśleniu.
- To trochę jak z tymi dzieciakami na Zachodzie - powiedział w końcu. - Nimi i tym całym Voldemortem. Walczą, bo wierzą, wierzą w inny świat. W lepszy świat. I przyznacie, że trudno im odmówić racji.
- Nie da się zbudować lepszego świata na cmentarnych fundamentach - odparł Igor.
- Cel uświęca środki - wtrącił Victor. - Niszczy całe rodziny, dzięki czemu może być pewien, że nie będzie obawiał się zemsty. W ludziach pozostanie tylko strach, strach w najczystszej postaci, strach przed samym jego imieniem. Lord Voldemort ma niemałe szanse na powodzenie, kto wie? Może za kilka, kilkadziesiąt lat, nikt nie będzie pamiętał o jego zbrodniach? W końcu on uratuje nasz świat, świat czarodziejów. Uchroni go przed byciem zwykłym szarym i normalnym. Uchroni go przed mugolami.
- A jeśli przegra?
- Jest ryzyko, jest zabawa, co nie?
Chłopcy się roześmiali, a Igor pokręcił głową, najwyraźniej tracąc wiarę w przyjaciół. Antonin zdmuchnął płomień świecy, niezbadane ciemności ogarnęły całą komnatę; Victor w brudnym ubraniu skrył się pod ciężką kołdrą.
- Dobranoc - mruknął, przewalając się na bok.
Nigdy wcześniej nie myślał o zachodniej rebelii w podobny sposób, właściwie, to nie myślał o niej wcale. Nowy porządek, nowy świat. Kto będzie w tej wojnie przegranym, kto wygranym?
Nie, nieważne. Było już późno, a on nazajutrz musiał przecież wcześnie wstać. Nie miał czasu na filozofowanie.

Z zajęciami z Uroków Victor radził sobie zadziwiająco dobrze. Wykładał je profesor Kirill Patukhar, azjatyckiego pochodzenia mężczyzna w średnim wieku, zdobywca Orderu Merlina Drugiej Klasy za uratowanie kilkudziesięciu ludzkich istnień przed zbiegłą z nielegalnej hodowli rozszalałą mantikorą. Miał krótko przystrzyżone kruczoczarne włosy, kozią bródkę i śniadą cerę, a jego ponure ciemne oczy, spozierające z wąskich, skośno ustawionych szpar, skryte pod grubymi fałdami powiek, pozbawione były źrenic. Ślepota stanowiła pamiątkę po spotkaniu z bestią, swoje zwycięstwo Kirill okupił ogromną ofiarą. Nigdy nawet nie widział uczniów, dla których prowadził wykłady, ale to mu wcale nie przeszkadzało. Młodym adeptom zresztą podobnie. Z utrzymaniem dyscypliny nigdy nie miał problemu, bo któż odważyłby się podważyć autorytet bohatera, do tego upośledzonego? Świadomość kontaktu z osobą niewidomą przerażała uczniów, onieśmielała. Można było nawet uznać ją za atut Patukhara, czego nauczyciel był świadom, lecz jako dumny czarodziej wolał udawać, że jest inaczej. Bardzo starał się utrzymywać pozory silnego i twardego niczym głaz, co wychodziło mu niemalże doskonale; uczniowie widzieli w nim tego samego człowieka, którym był długie lata temu. Budził respekt, miał autorytet. Zajęcia odbywały się w dużej jasnej komnacie na parterze zamku, by oszczędzić nauczycielowi wstydu chodzenia po schodach, a pomysłowo poukładane na posadzce dywany znaczyły mu drogę. Pomimo kalectwa, Kirill Patukhar żył z podniesioną głową.
- Duro jest potężnym urokiem, który będzie mógł was wspomóc w niejednej trudnej sytuacji. Inkantacja jest krótka, stąd czas rzucenia to zaledwie dwie do trzech sekund, jednak nadgarstek winien wykonać w tym czasie wyjątkowo skomplikowany ruch, o tak... - przemawiał przed zasiadającymi na ławach uczniami, prezentując opisywany gest. Miał na sobie szerokie, workowate spodnie, włożone w cholewy wysokich butów oraz kurtkę z brązowej skóry, od której zewsząd zwisały zbyt długie klapy odstających kieszeni. Za pasem miał włożoną różdżkę z ciemnego drewna; zdawała się być grubszą i dłuższą różdżką niż te, które Victor widywał zwykle.
- Wszystko, co napotyka strumień wyzwolonej magicznej energii, momentalnie zamienia się w kamień. Działa zarówno na rzeczy martwe, jak i na istoty żywe... W przypadku tego drugiego przeciwdziałając, należy podać wywar z mandragory, dokładnie tak, jak w przypadku petryfikacji. Zaczniecie od prostych ćwiczeń na koralach.
- A jak to działa na wodę? - Siedzący obok Victora Antonin nawet nie wstał, zadając pytanie.
- Wcale, Dolohov. - Patukhar potrafił odróżniać swoich uczniów po samej barwie głosu. To zadziwiające, jak wiele można dostrzec, wyostrzając niedoceniane przez zdrowych ludzi zmysły.
- Zaczynajcie - zarządził.
Victor nieufnie obrócił w dłoni okrągły, lśniący lakierowaną czerwienią koralik, spode łba spoglądając na Igora, który w skupieniu wymalowanym na twarzy ćwiczył ruch nadgarstka. Słyszał, jak Antonin wykrzykuje inkantacje. W końcu sam spróbował i jeszcze przed końcem zajęć, jego koralik rozprysnął się na trzy części, z których jedna przypominała litą skałę.
Tak, Victor całkiem nieźle radził sobie z urokami.

Pokój wspólny Domu Kozicy znajdował się w jednej spośród licznych wież zamkowych. Ogień płonął radośnie w kominku, trawiąc suche drewna, a kilka młodszych dzieciaków siedziało przy nim w niewielkim kółeczku, grając w karty. Byli też inni uczniowie - rozmawiali, uczyli się, czytali książki - ale oprócz siedzących w kącie Igora i Ariny, Victor nie rozpoznawał nikogo. Wśród Kozic nie było towarzystwa, z którym kiedykolwiek miałby do czynienia. Nie z racji uprzedzeń, rzadko zaprzątał sobie głowę czyimś pochodzeniem. Zwyczajnie nie miał ku temu okazji, w jego rodzinie raczej nie plotkowano o takich osobach i nigdy też takowych nie zapraszano, zaś on sam był raczej mało kontaktowy.
Nadia siedziała tuż obok niego, skrobiąc po pergaminie ślicznie kaligrafowane literki. Przed nią leżała rozpostarta mapa nieba.
Z każdym dniem, z każdą chwilą, kiedy poznawał ją bliżej, utwierdzał się w coraz większym przekonaniu, iż są oni swoimi całkowitymi przeciwieństwami. Nawet na polu edukacyjnym. Ona była bardzo pracowita, niezwykle rzetelna; nigdy, pomimo próśb Victora, nie chciała się z nim widywać, nie odrobiwszy pierwej zadanych lekcji. I tym razem było podobnie, chłopiec wspierał głowę na łokciu, śledząc wzrokiem tańczące po pergaminie gęsie pióro.
Tak, byli kompletnymi przeciwieństwami. Ona nie tylko pilnie podchodziła do swoich obowiązków, ona nawet widziała w nich sens. Miała cel w życiu i była bardzo zdeterminowana, aby go osiągnąć.
Chcę leczyć ludzi, mówiła. Chcę im pomagać, przywracać wiarę i nadzieję, rozpalać ciepło w grudniowy mróz. Chcę do Szpitala Macierzanki, mówiła. Będę zajmować się czarodziejami o splątanych umysłach, będę im pomagać wracać do normalnego świata. Tak, wiem, że nie będzie łatwo. Jeśli mnie nie przyjmą, spróbuję szczęścia w jakimś domu starców, oni też potrzebują światełka radości.
Ale zobaczą tylko światełko w tunelu, odpowiadał w myślach Victor. To starzy czarodzieje, zapomniani przez świat emeryci. Odejdą, zanim uda im się zapamiętać twoje imię, kochanie.
- O, jej... - Dziewczyna skierowała wielkie jak talerze ślepia na rozpostartą mapę nieba, prawą ręką przewracając strony leżącej nieopodal księgi. Victor westchnął, spoglądając na Nadię pytająco.
- Spójrz - powiedziała. - Za kilka dni Gwiazdozbiór Gołębia winien być widoczny z wieży obserwacyjnej, jego gwiazdy są takie piękne. Czy to nie wspaniale? Och, będziemy musieli to zobaczyć!
- Naturalnie - chłopiec posłusznie przytaknął. Nie miał zielonego pojęcia, czym jest Gwiazdozbiór Gołębia, a właściwie, to jeszcze kilka minut temu nie wiedział nawet o istnieniu takowego. Zdołał się już nauczyć, że przy niej nie trzeba mówić wszystkiego. Że przy niej lepiej jest słuchać, nieważne czego. Miała taki słodki głos.
A jej włosy tak ślicznie odbijały bijące od kominka światło.
- Skończyłaś? - zapytał.
Dziewczyna skinęła głową, zrywając się z krzesła.
- Skończyłam - uznała. - Chodź, przejdziemy się trochę! - zaproponowała z entuzjazmem, chwytając dłoń Victora. - No, rusz się!
Pomimo że Victor naprawdę się starał, nie potrafił zrozumieć Nadii. Nie potrafił zrozumieć jej sposobu bycia, jej wiecznego uśmiechu, ani tego, że potrafiła się cieszyć z każdej drobnostki, ze wszystkiego. Miała w sobie tyle pozytywnej energii, tyle wiecznej radości, ile Victor - i wielu innych również - najprawdopodobniej nie byli sobie w stanie nawet wyobrazić.
Szli zamkowym korytarzem, jej buciki stukały, obijając się o twarde kamienie posadzki. Portrety ze ścian, portrety starych szanowanych czarodziejów przyglądały im się z zaciekawieniem, śledząc każdy kolejny ruch, podążając za nimi wzrokiem. Niektóre chichotały w ukryciu, inne kręciły nosem, wyrażając zniesmaczenie. Inne zaś przeskakiwały do innych ram, plotkując o zaistniałej sytuacji z sąsiadami. Durmstrang nie był miejscem tolerancyjnym obyczajowo.
Przystanęli przy jednym z okien, ona przystanęła. Przy jednym ze starych brudnych okien, tych trzeszczących od wiatru, ledwo trzymających się jeszcze we framugach.
- Spójrz - szepnęła, rękawem szaty ocierając z szyby skroploną parę. - Spójrz, jak tam pięknie.
Było ciemno, szaro i beznadziejnie zimno. Kolejne zwały śniegu właśnie przykrywały dziedziniec zamkowy. Zwały śniegu, którego wszyscy mieli już powyżej uszu. A ona jeszcze widziała w tym piękno. Była niesamowita.
- Zawsze lubiłam śnieg - rozmarzyła się, przymykając oczy. - Przez ferie zawsze razem z siostrą bawimy się na sankach. Przemarzamy do szpiku kości, a potem chorujemy - roześmiała się. - Po powrocie mama nam zawsze podaje pyszne ciepłe kakao, żebyśmy nabrały sił. To nic nie daje, zawsze od razu zmykamy do sypialni, prosto do łóżek. I budzimy się całe zasmarkane.
- Masz siostrę?
Nadia skinęła głową.
- Jest dużo młodsza - powiedziała. - W przyszłym roku przyjdzie do Durmstrangu po raz pierwszy, bardzo się boi.
- To nie jest najpogodniejsze miejsce, jakie mogłaby sobie wyobrazić, co? - zapytał, przybliżając się do dziewczyny. Ta uśmiechnęła się smutno, wzruszając ramionami.
- Ona nikogo nie będzie tutaj znała, chyba chodzi bardziej o to, niż o atmosferę - wyjaśniła. - W gruncie rzeczy przecież wcale nie jest tutaj tak źle.
Nie jest?
Ślepia Nadii zwróciły się ku Victorowi, były tak pokorne, przepełnione tym dziwnym radosnym smutkiem, może też trochę wystraszone. Jej policzki spłonęły buraczanymi rumieńcami, a drobne malinowe wargi rozchyliły się leciutko. Serce chłopca zaczęło bić mocniej, w płucach brakło mu powietrza, a krew w skroniach pulsowała. Poczuł suchość w gardle i niemoc w ciele.
Przybliżył się jeszcze o pół kroku.
- Nadia! - Usłyszawszy zdyszany głos, Victor momentalnie odsunął się od dziewczyny, za to spoglądając w stronę nieproszonego gościa. Sevastian stał oparty ze zmęczenia o ścianę, poprawiał szatę, która musiała mu się pognieść w biegu. Jego zaskoczony, zdezorientowany wzrok wędrował z niej na niego, z niego na nią.
- Nadia, wszędzie cię szukam... - zaczął niepewnie. - Za chwilę zaczną podawać obiad, a ty niegotowa!
Dziewczyna rzuciła Victorowi przepraszające spojrzenie i wolnym krokiem ruszyła ku przyjacielowi.
- Całkiem zapomniałam - westchnęła. - Zobaczymy się później, Victor?
Chłopiec skinął głową, łapczywie chłonąc jej widok wzrokiem. Kiedy obrócona tyłem odchodziła, kiedy minęła Sevastiana, on nie ruszył za nią od razu. Stał przez chwilę, patrząc wprost na Victora. W tej bajce było miejsce tylko dla jednego spośród nich i oboje doskonale zdawali sobie z tego sprawę.
- Niech cię cholera weźmie, Sorkin - syknął pod nosem młody panicz Chikachev.

Na obiad zdążył w ostatniej chwili. Przemknął przez drzwi jako ostatni, kiedy już zaczynali je zamykać; wyjątkowo nie został zatrzymany, najwyraźniej woźni byli tego dnia w dobrych humorach. Zająwszy miejsce przy przyjaciołach, rzucił okiem na resztę sali, a jego uwagę przykuł stół, przy którym jadali nauczyciele.
Przy dyrektorze Kararovichu, posępnym jak zwykle, zasiadła nowa postać. Mężczyzna, którego Victor z pewnością nigdy wcześniej nie widział, a który jednak zdawał się wyglądać znajomo. Był młody, na pewno niewiele starszy od nich, co najwyżej kilka lat, ze trzy, może cztery. Miał ścięte na grzybka ciemnoblond włosy, czerwony nos i stanowczo zbyt cienkie ubranie, jak na ostatnią pogodę. Czyżby niedawno przybył w okolicę?
Chwyciwszy sztućce w dłoń, zerknął na Igora. On by pewnie wiedział, on zawsze wszystko wiedział. Ale teraz obowiązywał nakaz absolutnej ciszy. Obrócił się ku Antoninowi i, szturchnąwszy go łokciem w żebro, skinął głową na nieznajomego.
- Co to za jeden? - zapytał cicho.
Dolohov dyskretnie łypnął nam okiem, wkładając do ust solidny kawał ociekającego śmietanowym sosem mięsa nabitego na srebrzysty widelec.
- Pojęcia nie mam - odszepnął. - Ale wygląda znajomo, nie uczył nas kiedyś?
Starszy Ivan odchrząknął znacząco, krojąc puplety na swoim talerzu. Podczas posiłków wszelakie rozmowy były zakazane i ta zasada stanowiła w Durmstrangu jedną z tych nadrzędnych. Chcesz rozmawiać - nie idź na obiad. Bez dyskusji. Ivan, jako Starszy, miał obowiązek dopilnowania przestrzegania regulaminu przez innych Wilków, co z niekrytą radością też czynił. Victor pamiętał doskonale, jak zmarnowanym i zrezygnowanym był we wrześniu Igor, kiedy dowiedział się, że to nie on otrzyma ów tytuł od opiekuna domu. Całe wakacje pewien był, iż ten niewątpliwy zaszczyt tylko na niego czeka. Jak dobrze, że się pomylił. Jak dobrze, że nim dzisiaj nie jest. Gdyby Igor stał się tak nadymany i zmanierowany jak Ivan, pewnie nie mógłby być dłużej ich przyjacielem. Gdzieżby, nie byliby go przecież godni. A może przeciwnie, może pierwszy raz w historii Starszym zostałby ktoś w miarę normalny, z kim dałoby się dogadać?
Kiedy ostatni spośród nauczycieli opuścił jadalnię, rozpoczęły się szepty i szmery, wtedy Victor mógł zaryzykować zapytanie Igora. Mógł, ale nie musiał.
- Mam wam przekazać - rzekł Ivan, powstając od stołu, zwracając na siebie uwagę wszystkich Wilków - że z dniem dzisiejszym do zamku przybył pan Dearborn, auror z Londynu. Ma się zająć sprawą morderstwa na Talavacie. Z pewnością nie zagości u nas zbyt długo - mruknął tonem znawcy, zasuwając za sobą krzesło.
- Byłbym zapomniał - dodał po chwili. - Dolohov i Chikachev - zwrócił się do chłopców - profesor Dratshev chce was widzieć w swoim gabinecie, natychmiast.

Kiedy Caradoc Dearborn zdawał testy na aurora, nie miał przed oczyma wizji zaśnieżonego, okrytego całunem ciemności zamczyska na drugim końcu świata, gdzie mróz trzeszczał w powietrzu, a groza waliła drzwiami i oknami. Zwykle wyobrażał sobie siebie jako bohatera pokonującego czarnoksiężników, dzielnego chojraka walczącego ze złem. Zderzenie z rzeczywistością okazało się być nad wyraz smutne; nie było ani walki, ani aktów heroizmu, jeno żmudne doszukiwanie się prawdy i grzebanie w stertach splamionych krwią dokumentów.
Za młody jesteś i za głupi na trudniejsze sprawy, mówili.
Mówili, mówili jeszcze do niedawna. Potem zaczęli go wysyłać w różne miejsca na zwiady, żeby śledził, żeby obserwował. A teraz nareszcie dostał prawdziwe zadanie - miał wytropić mordercę Maflevova. I poprzysiągł sobie, że zrobi wszystko dokładnie tak, jak należy. Wszystko. Od początku do końca. Nie będzie się obijał. A przełożeni jeszcze będą z niego dumni.
Usiadł wygodnie w jednym z miękkich foteli, blisko kominka, w którego ogniu się wygrzewał.
Wreszcie czuł się naprawdę ważny.
Dużo słyszał o tym czarodzieju, Maflevovie. Ktokolwiek się z nim rozprawił, musiał być niezłym bydlakiem. Nikomu nic nie wadził, a robił wiele dobrego dla całego czarodziejsko-mugolskiego społeczeństwa. Bardzo wiele. Nie wierzył, żeby ci chłopcy, których widział tamtego dnia w Halabardzie mieli z tą sprawą cokolwiek wspólnego, zwyczajnie nie wierzył.
Bo Caradoc Dearborn był w rzeczywistości jeszcze zbyt młody, zbyt niedoświadczony i zwyczajnie zbyt głupi na trudniejsze sprawy.
Westchnął i, korzystając z tego, że właściciel gabinetu wyszedł, rozparł się wygodniej, wykładając nogi na zabałaganione biurko Dratsheva. Spoglądający na niego z ram portretu olejnego uwieszonego na przeciwległej ścianie Abelev, zniknął z płótna, demonstrując swoje niezadowolenie z obecności gościa.
Dwaj chłopcy, z którymi chciał porozmawiać, zjawili się tak, jak mówił ten dziwak, ich opiekun, zaraz po obiedzie. Wysocy, młodzi. Chyba tylko trochę młodsi od niego. Jeden blondyn, drugi czarnowłosy.
- Panowie Chikachev i Dolohov, zgadza się? - zapytał, prędko ściągając nogi z biurka. Kątem oka wyłapał złośliwe ukradkowe uśmieszki. - Jestem Caradoc Dearborn, usiądźcie, proszę.
Spojrzeli po sobie. Auror najwyraźniej nie wzbudził w nich zaufania.
- Jest profesor Dratshev? - zapytał ten bledszy, chyba Chikachev. Caradocowi zdawało się, że nauczyciel, z którym rozmawiał, właśnie tak opisywał chłopca. - Wzywał nas - dodał niepewnie.
Skinął głową, wskazując dłonią na dwa dostawione krzesła.
- Usiądźcie, proszę - powtórzył łagodnie. - Wzywał was, bowiem chciałem zadać wam kilka pytań, można? - Uśmiechnął się zachęcająco. Byli prawie w tym samym wieku. A oni wyglądali tak normalnie. Zachowywali się tak grzecznie. Nie, to nie oni. Nie wyglądali na pozbawionych skrupułów czarnoksiężników. Ale przecież to nie za myślenie płaciło mu Ministerstwo, musiał dopełnić formalności.
Chłopcy zajęli wskazane miejsca, a Caradoc ścisnął w kieszeni miniaturowy fałszoskop.
- Przed świętami - zaczął, spoglądając to na jednego, to na drugiego - widziano was w pubie zwanym Halabardą umiejscowionym nieopodal stąd, na Talavacie. Przekazaliście przesyłkę niejakiemu Rollinsonowi. Czy wiecie, co było w środku?
Uczniowie wymienili zdumione spojrzenia. Tak, zdumione. Niezawodna intuicja Caradoca nie zawiodła, oni o niczym nie wiedzieli.
- Nie, nie wiemy - odparł blondyn.
- Przesyłkę dał wam ktoś zaufany? - zapytał, wyjmując z kieszeni wykrywacz obłudy. Kiedy trzymał go w ręku, czuł, że nie wiruje, że jest spokojny. Chłopcy nie kłamali. Nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował.
- Będziecie mi musieli powiedzieć, kim on był - powiedział, wyjmując ze sterty leżących na biurku dokumentów czystą kartkę, przy okazji zrzucając kilka ksiąg na posadzkę.
Jak można pracować w takim bałaganie?
Potrząsnął głową, chwytając w dłoń również gęsie pióro, wetknięte do wysokiej buteleczki z atramentem. Zauważył, jak blondyn pochyla się, podnosząc kilka spośród zrzuconych ksiąg, później odkłada je na biurko.
- Dziękuję. - Caradoc uśmiechnął się. - Podacie mi nazwisko osoby, która zleciła wam przesyłkę?
- Chikachev - odparł czarnowłosy, spuszczając wzrok.
Ach, a więc ktoś z rodziny! Biedny chłopiec, to wyznanie musi go wiele kosztować.
- Ilya Chikachev - uzupełnił po chwili, teraz spoglądając prosto w oczy aurora. - Ale wiele się pan od niego nie dowie, panie Dearborn - dodał. - Mój kuzyn został zamordowany kilka dni temu, wciąż trwa dochodzenie.
Biedny chłopiec, westchnął Caradoc. A ja go jeszcze przesłuchuję.
- A nie wiesz, z kim się spotykał, czy miał jakichś znajomych?
Chikachev pokręcił głową.
- Nie znaliśmy się za dobrze - powiedział.
Auror, westchnąwszy, zastukał palcami w blat stołu.
A niech to, pomyślał, ta banda dobrze wie, jak się przed nami uchronić. Ale nie ze mną te numery, ja im jeszcze pokażę!
- Możecie iść, możecie iść - mruknął do chłopców. - Przepraszam was za kłopot. I przyjmij moje kondolencje ...
- Victorze - podpowiedział blondyn.
- Przyjmij moje kondolencje, Victorze - poprawił się Dearborn, patrząc rozmówcy w oczy. - Możesz być pewien, że morderca twojego kuzyna nie będzie długo cieszył się wolnością.
W Szkole Aurorów uczą wielu pożytecznych umiejętności, jak chociażby wyczuwanie, rozpoznawanie lęku. Chyba niepotrzebnie wspominał o zabójcy tego nieszczęsnego Ilyi, bo kiedy mówił, w oczach Victora pojawił się strach. Młody Chikachev może i nie był przerażony, nie drżał, ale obawa w jego sercu rosła. Pewnie bał się, że ci ludzie sięgną po jego dalszą rodzinę. Przeklęty Voldemort wiedział, jak zasiać w ludziach niepokój; niechaj po wieku przeklętą będzie jego dusza!

Z gabinetu Dratsheva Victor z Antoninem wyszli w ciszy i wciąż bez słowa odspacerowali kilka korytarzy dalej. Igor miał rację, w tej przesyłce musiał być brakujący komponent trucizny. Misha brał udział w zachodniej rebelii, a on mu pomógł, co więcej, kiedy wszystko było już jasne, pomógł go kryć.
Kątem oka spojrzał na Antonina.
- Zostawiłeś to, czy wziąłeś? - zapytał.
Dolohov zacisnął mocniej prawą pięść, w której trzymał skradziony fałszoskop.
- Wziąłem, mam nadzieję, że się nie zorientuje. Spadł razem z książkami. Gdyby nie to, Misha byłby już skończony.
Victor zamilknął na chwilę.
- Słuchaj, ja... - zawahał się. - Ja naprawdę o niczym nie wiedziałem. Ale on jest moim bratem i nie pozwolę, żeby...
- Wiem - przerwał mu Antonin. - Ale pamiętasz naszą rozmowę z wczoraj? Nie jestem do końca pewien, czy żałuję tego, co się wydarzyło. Ten cały Voldemort jest zwyczajnym sukinsynem, ale może mieć sporo racji w tym, co robi. I być może stanięcie po jego stronie jest najmądrzejszym wyjściem z tych wszystkich, które nam pozostały.
Victor skinął głową.
- Też o tym myślałem - przyznał. - Ale co, jeżeli to będzie jednak zły wybór? Jeżeli przegramy?
Przez chwilę szli w ciszy, fałszoskop Dearborna kręcił się delikatnie w dłoni Antonina, wyczuwając jego złe intencje.
- Jest ryzyko, jest zabawa, tak? - zapytał bez przekonania.

Komentarze (0). Dodaj



0 komentarzy
Następne Poprzednie




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!