Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach

Victor łypnął okiem na książki porozrzucane na biurku - na podręczniki, zielniki, na stare słowniki i atlasy. Po długiej przerwie nadszedł czas wracać do szkoły.
Nie był do końca usatysfakcjonowany z tego, jak spędził te kilkanaście dni ferii. Brakowało mu przyjaciół. Misha stał się ostatnio dziwnie odległy, a ich wspólne rozmowy ograniczały się głównie do krótkich, niechętnych pomruków. Pobyt w Anglii bardzo go zmienił.
Boże Narodzenie świętowali w posiadłości dziadków, mieszkających na przedmieściach. Przywdziawszy znienawidzony strój - elegancką szatę wyjściową koloru głębokiej czerni z żabotem, z długimi, szerokimi rękawami uwieńczonymi białymi jak śnieg koronkami - zasiadł przy stole wraz z niemałą rodziną i przez kilka długich godzin przysłuchiwał się plotkom, które interesowały go jeszcze mniej niż wcale; czy to o małżeństwie kuzyna ze strony matki, Ilyi, z dużo młodszą od niego mugolką, czy to o skrajnych poglądach Sami - Wiecie - Kogo. Rodzina Victora w większości zgadzała się z tym, co głosił Lord Voldemort.
Magia nie powinna być dostępna dla mugoli ani dla ich dzieci; wszak do władania nią potrzebne są odpowiednie predyspozycje, przygotowanie, uświadomienie. Magia to nie zabawka, nie każdy powinien móc mieć do niej dostęp.
Nie dajmy mugolom wejść nam na głowę! Jeszcze chwila i się o wszystkim dowiedzą, a wtedy się zacznie - prośby o rady, odwoływanie się do gwiazd o pomoc, eliksiry na porost włosów dla łysiejących mężczyzn, mikstury na odchudzanie; te wszystkie śmieszne rzeczy, którymi zwykle zajmują się niemagiczni.
Jednak już środki, po jakie ów czarnoksiężnik sięgał dla osiągnięcia swych celów, były przy stole tematem cokolwiek kontrowersyjnym. Ostatecznie zostały w sposób niejednoznaczny potępione.
Tak czy inaczej, wyjazd ten miał również swoje dobre strony - chociażby spotkanie z Nadią. W końcu przed tą małą randką nie rozmawiali wcale, a teraz... Cóż, teraz przynajmniej ona zaczęła mówić do niego.
Reszta już pójdzie z górki, powtarzał sobie w myślach.
Nicpoń niezgrabnie zaczął pakować do kufra pergaminy, zapasowe kałamarze, gęsie pióra oraz pedantycznie poskładane w kostkę ubrania.
- Ja paniczowi pomogę, ja pomogę - piszczał skrzat, kładąc po sobie ogromne uszyska, kierując gigantyczne szklane ślepia na twarz młodego czarodzieja.
- Tylko niczego nie popsuj - mruknął Victor, ze znudzeniem kartkując podręcznik do uroków autorstwa Terry'ego Vorthleya. Istota tylko skuliła się bardziej i otrzepawszy czarną koszulkę z kurzu, zaczęła dotykać rzeczy chłopca z dużo większą ostrożnością.
Nicpoń bardzo się starał być dobrym sługą.
Chłopiec uniósł głowę, łypiąc okiem na wiszący ponad nim zegar ścienny - wskazówki mknęły do przodu nieubłaganie, co sekundę tykając nad wyraz brutalnie. Godzina piąta trzydzieści - miał jeszcze pół godziny czasu do odjazdu pociągu.
Nadszedł czas, aby wrócić do szkoły. Do przyjaciół, do ślicznej Nadii. Do starego capa z zielarstwa, do książek. Do wszystkiego.
- Może wcale nie będzie tak źle, co? - zrezygnowanym tonem zwrócił się do sowy uwięzionej w klatce postawionej przy oknie. Marlene nastroszyła pióra, demonstrując w ten sposób swe jakże wielkie niezadowolenie.
Victor ugodowo skinął głową.
- Masz racje, będzie - mruknął, delikatnie gładząc jej lśniący, jedwabisty grzbiet.
Igor i Antonin, miał tam tylko - lub aż, co uwielbiał podkreślać - ich. Przyjaciele, którzy zawsze pomogą, którzy zawsze wysłuchają, którzy byli zwyczajnie zainteresowani. Nim samym, jego życiem, jego wzlotami i upadkami, jego wszystkim.
Powstał, strzepując ze spodni kurz wzburzony przez skrzata, w pośpiechu pakującego jego rzeczy.
- Pośpiesz się, Nicponiu - rzucił, wychodząc z sypialni. - A potem zanieś mój kufer na korytarz, bylebym nie musiał długo czekać.
Wielkie ślepia stworzenia wypełniły się krystalicznie czystymi łzami wdzięczności - on tak uwielbiał wykonywać polecenia swojej rodziny!

Błękitne niebo oraz ciepłe promienie słońca bladły z każdym kolejnym kilometrem, pokonywanym przez pociąg powrotny do twierdzy Durmstrang. Stopniały w Petersburgu śnieg tutaj zdawał się walić w okna niesłychanie potężną siłą, a pokryte szarością przestworza stały się niemal całkowicie niewidoczne. Temperatura spadła do kilkunastu stopni poniżej zera; wydychane powietrze zamieniało się w gęstą parę. Większość drogi uczniowie przebyli pod ciężkimi, wełnianymi kocami, drżąc z chłodu, pomimo licznych zaklęć, którymi profesorowie usiłowali chronić wnętrza kabin przed mrozem.
Paskudne warunki utrzymywały się przez całą podróż i trwały jeszcze długo potem, kiedy to zatrzymali się na peronie pod Talavatem, kilka minut po północy. Rogal księżyca skrył się za chmurami, niezbadane ciemności spozierały złowieszczo ze wszystkich zakamarków, a powyginane gałęzie drzew pobliskiego lasu upiornie zapraszały do swego królestwa. Tak, obrzydliwa pogoda jak najbardziej komponowała się z mrocznymi pejzażami rozciągającymi się wokół. Bagaże mieli zostawić na miejscu, ich transport zawsze należał do obowiązków woźnego oraz jego pomocników. Profesor Dratshev wspomniał Wilkom również o tym, że w związku ze sporym opóźnieniem pociągu, Halabarda została przygotowana na przyjęcie uczniów pod swój dach; nie na całą noc, rzecz jasna, ale na godzinę, dwie - do wypoczęcia, rozgrzania się, do zaspokojenia pierwszego głodu.
Z zaproszenia do pubu naturalnie nie wszyscy skorzystali - co mniej zmęczeni, czy też bardziej zdesperowani, ruszali dalej, chcąc znaleźć się jak najprędzej we własnej komnacie, w prawie własnej pościeli i przy zupełnie niewłasnym cieple bijącym od płomieni szalejących wewnątrz zamkowych kominków. Victor, Igor i Antonin uznali, że aż tak śpieszno im nie jest, że szklaneczka - albo dwie - czegoś mocniejszego raczej im nie zaszkodzi, a z pewnością rozgrzeje, doda energii. W końcu zgodnie z rozkładem zajęcia szkolne rozpoczynały się dopiero nazajutrz. Tamtego dnia - czy też tamtej nocy - wciąż trwały jeszcze ferie. A oni byli w końcu dorośli.
Przynajmniej w prawnym aspekcie tego słowa.

Wewnątrz Halabardy, zgodnie z oczekiwaniami większości, było ciepło, cicho i przytulnie. Stary Marinin stał przy szynkwasie, rozmawiając z dwoma córkami, które przysiadły na krzesłach nieopodal. Sasha przecierała zaspane oczy, a Arina żywo odwróciła głowę ku drzwiom, kiedy tylko do środka zaczęli schodzić się uczniowie. Zwykle o tej porze mieli już zamknięte, dzisiaj jednak wciąż jeszcze czuwali - zapewne zgodnie z prośbą któregoś spośród dyrektorów szkoły.
Chłopcy zajęli stolik pod oknem, nieco na uboczu. Ich mokre włosy lepiły się do ich czół, a przemarznięte dłonie szukały ciepła przy płomieniu grubej świecy, stojącej pośrodku. Antonin przeklął szpetnie.
- Co się tutaj dzieje? - jęknął. - Litości, nie jesteśmy na Syberii.
- Pogoda jak z bajki dla niegrzecznych dzieci - mruknął Victor. - A wiecie, jak takie bajki kończą się najczęściej?
- W tych, które babka czytała mi co wieczór, zwykle pod koniec ostatnich rozdziałów zjawiały się małe dziewczynki, ratujące świat - parsknął Igor. - Jeśli chcesz nam o czymś powiedzieć, Victor, lepiej zrób to teraz.
Antonin uśmiechnął się od ucha do ucha, wraz z krzesłem odsuwając się od stołu.
- Byłeś grzecznym chłopcem, stary - uznał, wstając. - Tobie nie czytali tego, co nam. Idę - dodał nagle. - Pogadam z siostrą, ojciec bez skrupułów potraktowałby mnie Avadą, gdyby coś jej się stało.
Victor huśtał się na niskim stołku, wodząc wzrokiem za odchodzącym Dolohovem. W sali panował tłok; uczniów stawiło się całkiem sporo - większość miała zapewne nadzieję, że największe zamiecie ustaną do godziny, dwóch, a potem przebrnąć do zamku będzie już o wiele łatwiej. Ci, dla których nie starczyło stołów ani krzeseł, siedzieli na miękkim brudnym dywanie przed rozpalonym kominkiem. Tam Victor zauważył Raisę - kruszyna kuliła się z kolanami podciągniętymi pod samą brodę, obejmując się ramionami, jak gdyby od tego miało się jej zrobić jakoś lepiej, jakoś cieplej.
Marininowa biegała pomiędzy gośćmi, młodszym rozdając grube koce, wszystkim zaś ciepłe napoje - herbatę, kawę, co tylko ktoś sobie zażyczył. Pomagały jej córki, a w tym całym bałaganie pałał od niej tak wielki entuzjazm, tak ogromne zaangażowanie, że Victor dałby sobie rękę uciąć, że zarząd Durmstrangu obiecał im spore wynagrodzenie za włożony w ów wieczór trud i wysiłek, za altruistyczne, godne przecież podziwu poświęcenie.
Kąciki jego ust drgnęły mimowolnie.
Nigdzie nie widział Nadii, dziewczyna najwyraźniej zdecydowała się wrócić do zamku na mrozie, bez postoju. Wraz z innymi, wraz z Sorkinem. Ale dlaczego, po co?
- Nie, tylko nie to - jęknął Igor, wybudzając przyjaciela z zamyślenia. Chłopiec spojrzał wpierw na Karkarova, potem podążył za jego wzrokiem - ku kuchni, skąd z ciężką drewnianą tacą na rękach, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym na pociągłą twarz, tanecznym krokiem wyszła Sasha. Kierowała się prosto do ich stolika.
- Nie odpowiedziałeś jej - bardziej stwierdził, niż zapytał, Victor, przypominając sobie bilecik, który Igor otrzymał od Antonina przed świętami. Mina chłopca zdradzała wszystko; nie tylko nie miał zamiaru skorzystać z zaproszenia dziewczyny, ale nawet o nim nie pamiętał, nawet nie zadał sobie trudu, aby jej odmówić. Pewnie nawet zgubił go gdzieś w drodze do domu, zostawił w kałuży, w błocie, przez nieuwagę nie zauważył nawet, jak wypadł mu z kieszeni. Zapomniał, po prostu zapomniał. Zwyczajnie zapomniał. Z Sashą miło się rozmawiało raz czy dwa, ale wchodzenie w bliższe kontakty z nią mało komu wydawało się dobrym pomysłem.
Biedna dziewczyno...
- Cześć, chłopcy - przywitała się, kładąc ciężką tacę na ich stół. - Herbata właśnie się skończyła, ale tatko już przygotowuje nową, wytrzymacie?
Uśmiechała się blado, nienaturalnie. Jej policzki płonęły czerwienią, a smutne oczy utkwiła w Victorze, starając się wcale nie zauważać Igora. Tak bardzo, tak bardzo się bała. Tak bardzo, tak bardzo się wstydziła.
- Widziałaś, co się dzieje za oknem? - Wyszczerzył się Victor. - Herbata nas nie rozgrzeje, spróbuj dla nas przemycić coś mocniejszego.
- Ja... - W głosie Sashy dało się wyraźnie słychać wahanie, nie lubiła sprzeciwiać się ojcu. Nie lubiła robić rzeczy, których robić nie powinna.
Przelotnie spojrzała na milczącego, wpatrzonego w podłogę Igora.
- W porządku - wymamrotała, odchodząc.
Karkarov westchnął potężnie, kiedy tylko dziewczyna zniknęła z zasięgu ich wzroku. Nie uważał, że powinien czuć się winny, w końcu to nie on kazał jej wysyłać te szczeniackie liściki miłosne, nie on.
- Nie odpowiedziałeś - powtórzył smętnie Victor. Nie przyjął tonu pretensji ani oceny, zwyczajnie podał informację. Nie, Igor wcale nie musiał odpowiadać. I trudno było mu się dziwić, że tego nie zrobił, w końcu chodziło o Sashę - tę Sashę. Dziwną, daleką, inną. Tą nieładną, tą brzydką. Życie nie zawsze musiało być sprawiedliwe.
- Z małym potworem wszystko w porządku. - Rozległ się głos Antonina. - Nie zamarzła, niestety. Ale za to znalazłem co innego - dodał rozbawiony.
Victor uniósł wzrok, spoglądając na blondyna, zza którego pleców uśmiechała się słodko Arina, nawlekając na palec gruby kosmyk czarnych włosów. Na krótką chwilę oglądnęła się przez ramię, zapewne wypatrując siostry.
- Witajcie, chłopcy - przywitała się, siadając na puste krzesło, które pozostawił po sobie Antonin. Jej oczy błyszczały tuszem, a usta płonęły wyrazistą czerwienią. Wiatr za oknami zawodził niczym pies pozostawiony samemu sobie w księżycową jasną noc.
- Nie pomagasz rodzinie? - zdziwił się Igor. - Wygląda na to, że twoja siostra ma pełne ręce roboty.
Dziewczyna roześmiała się perliście. Miała tak irytująco zmanierowany, przepełniony niczym nieuzasadnioną wyższością głos.
- To ona tutaj pracuje, nie ja - przypomniała, wspierając twarz na splecionych, opartych na łokciach dłoniach. - Lepiej mi powiedz, jak kwitnie twój romans z moją siostrą, kochany...
Igor przewrócił w poirytowaniu oczyma. Od odpowiedzi zbawiło go przybycie podmiotu rozmowy, Sasha zjawiła się znikąd, ukradkiem kładąc przed chłopcami trzy maleńkie szklaneczki, a w dłoń stojącego obok Antonina wkładając karafkę bez naklejonej na ściance etykiety, o zawartości wyglądem zbliżonej do wody.
- Dzięki! - Wyszczerzył się Dolohov, chwytając za szyjkę butelki.
- A spróbujcie choć słowo pisnąć! - ostrzegła, grożąc im palcem.
Arina machnęła ostentacyjnie dłonią, uśmiechając się okrutnie do Sashy. Odchrząknęła, zwracając na siebie jej uwagę.
- Jeszcze jedno naczynie, siostrzyczko, szybko - zarządziła.
Victor łypnął na dziewczynę okiem - co jej chodziło po głowie? Arina nigdy nie trzymała się z nimi bliżej, miała swoich przyjaciół - jeśli tylko towarzyszy Ariny można było nazwać przyjaciółmi. Jednak w jej oczach, w jej gestach; we wszystkim, co pokazywała, widać było jedno: dziewczyna bardzo, ale to bardzo chciała pokazać siostrze, że to ona - ona, nie Sasha - może mieć wszystko, co tylko zechce. Niezależnie od tego, czy chodziło o chwilę odpoczynku, czy też o mężczyznę, którym Arina w żadnym innym przypadku nigdy by się nie zainteresowała, o Igora.
To podłe - ale co wtedy podłym nie było?
- Jasne, zaraz przyniosę - odpowiedziała cichutko Sasha.

* * *

- Przepraszam, Ilya.
Zbliżył się do umorusanego w błocie ciała, końcówką różdżki odsuwając z pobladłej już twarzy zlepione zakrzepłą krwią kosmyki włosów. Strach, który towarzyszył mężczyźnie przed śmiercią, pozostał zaklęty w jego okrutnie wybałuszonych białkach ciemnych, tak pięknych onegdaj oczu. Przykucnął przy nim, pogładził dłonią policzek. Kciukiem lewej dłoni zakrył powieki, wpierw jedną, potem drugą.
- Wybacz, kuzynie, ale to się musiało tak skończyć - szepnął. Jego głos był spokojny, naturalny. Nie miał się czego bać, nie miał też czego żałować. To, co robił, było słuszne.
- Będziesz teraz przykładem. Przykładem dla innych. Przykładem tego, czego nie należy robić.
Spojrzał na leżącą nieopodal złotowłosą piękność. Jej drobne, malinowe usteczka zastygły wykrzywione w żałosnym, błagalnym grymasie.
Ilya, nie! Proszę! Nie! NIE!
Musnął jej wargi dłonią, były jeszcze ciepłe.
- Ja tylko walczę o swój świat, dziecino. Ty też nie możesz mieć mi tego za złe.

* * *

- Dobra, chłopaki, na miotły. Na "trzy" wypuszczam piłki, przygotujcie się.
Ivan trzymał w rękach klatkę z wyrywającymi się, okrutnie szalejącymi piłkami. Wzdychając, przewrócił oczyma. Jako Starszy domu Wilka miał obowiązek zwoływania oraz przeprowadzania treningów przed szkolnymi zawodami quidditcha, ominął go jednak wątpliwy przywilej przymusowego brania w nich udziału.
Sportowy duch rywalizacji Durmstrangu umarł całe wieki temu - głównie za sprawą tego, że od kiedy szkolne kroniki sięgały pamięcią, zwycięstwo turnieju zawsze należało do domu Niedźwiedzia. Drużyna Ursusa nie miała konkurencji; to przecież do jego domu trafiali ci najsilniejsi, najwytrzymalsi, najzręczniejsi... Po co próbować, skoro już się przegrało? Dyrekcja zauważyła ów brak zaangażowania, więc wprowadziła przymus - każdy dom musiał wystawić swoją reprezentację, a więc starsi uczniowie byli wcielani doń siłą i nikt ich nie pytał o zdanie.
- Raz, dwa...
Victor wzleciał nieco wyżej, kurczowo ściskając w spoconej dłoni pałkę. Nie grali na boisku, przy tej pogodzie byłoby to równoznaczne z samobójstwem; trening odbywał się w tej małej, nieszczęsnej sali wewnątrz zamku, gdzie prościej było uderzyć się głową o sufit lub ścianę, niż wykonać w powietrzu jakikolwiek, chociażby najprostszy manewr. Z niepokojem spojrzał na Antonina, drugiego pałkarza drużyny i jedynego gracza drużyny Wilków, który podchodził do ich gry z rzeczywistą pasją, z zapałem.
- I trzy! - ryknął Ivan, otwierając klatkę. Mosiężne szkolne tłuczki wyleciały zza krat, ruszając prosto na siedmioro graczy. Maleńki znicz zniknął, furkocząc uroczo drobnymi anielskimi skrzydełkami. W ślad za nimi Starszy rzucił kafla.
Zdaniem Victora najlepszą możliwą do obrania strategią było unikanie miejsc, w których zjawiały się piłki. I z pewnością by to robił, gdyby nie Antonin, który chciał, aby każdy kolejny trening koniecznie wniósł w ich grę coś nowego, który ciągle wierzył w możliwość zwycięstwa. Niestety, nikt inny nie podzielał jego entuzjazmu; przez te wszystkie lata nikt też nie miał serca mu tego uświadomić, a on sam - zaślepiony zaangażowaniem - nie potrafił niczego dostrzec. Czasem lepiej jest żyć w błogiej nieświadomości.
Szarpnął miotłą, odsuwając się do tyłu, kiedy jeden z tłuczków świsnął tuż obok jego twarzy.
- Victor, sieroto! - Usłyszał głos przyjaciela. - Weź się do gry!
Odwrócił się, widząc kolejnego tłuczka, który z zawrotną prędkością pędził ku obrońcy, Adamowi. Bohatersko ruszył w jego stronę, chcąc odbić piłkę, jednak kiedy brał zamach, pałka wypadła mu z ręki, godząc w wyrywających sobie kafla Yefima oraz Metveia, jednemu z nich miażdżąc palce, ściskające trzon miotły. Tłuczek trzasnął obrońcę, przetrącając mu bark, a ścigający zleciał w dół, zapatrzywszy się na tę komiczną scenę.
Mimo wszystko, drużyna była wdzięczna Victorowi. Trening zakończył się dużo prędzej niż zwykle, a to dzięki niemu. Tak, Victor mógł być z siebie dumny - choć raz.
Z jakiegoś powodu nie był wcale.

Siedzieli we dwójkę w ciemnej komnacie, gdzie zwykle odbywały się zajęcia z alchemii; lekcja miała się rozpocząć już za kilka, kilkanaście minut. W ciszy powtarzali ostatnie tematy, zerkając w otwarte stronice podręczników.
- Kłącze pięciornika, pąki brzozy, kwiat nagietka, trzy gramy stopionego topazu - znudzonym głosem odczytał Antonin, spoglądając pytająco na przyjaciela. Victor potrząsnął głową, odrzucając z oczu włosy - sięgał właśnie w najdalsze, te najbardziej zakurzone zakamarki własnej pamięci.
- To komponenty eliksiru Arvinusa, który drastycznie zwiększa przyrost tkanki tłuszczowej - odparł znudzony. - Gotowany przez dwadzieścia minut, mieszany co cztery, za każdym razem w tę samą stronę... - przerwał, zerkając ku drzwiom komnaty, gdzie ukazała się sylwetka Igora. Zbliżywszy się do ławki przyjaciół i, dostawiwszy sobie kolejne krzesło, przysiadł się do nich.
- Jak trening? - zapytał, kładąc trzymane w rękach księgi na blacie.
- Jak zawsze, katastrofa - odmruknął Victor.
Przy okazji wyciągania na wierzch podręczników, Igor wyłożył również najnowszy egzemplarz Feniksa. Zatrzepotawszy nim pierwej w powietrzu, rozpostarł go przed przyjaciółmi, wskazując palcem na jeden z artykułów.
- Katastrofę dopiero zobaczysz, Victorze - odparł. - Czytaj.
Chłopiec przebiegł oczyma po nagłówkach - podobnie jak inne artykuły z pierwszej strony gazety, ten również dotyczył niewyjaśnionej śmierci czarodzieja nieczystej krwi. Jak wszystko ostatnimi czasy. Jak wszystko w ogóle.

(... ) David Maflevov został zamordowany dnia dziesiątego stycznia około godziny 13.30 w niewielkiej wsi znanej jako Talavat, nieopodal twierdzy Durmstrang. Jako przyczynę zgonu stwierdzono dolaną do posiłku silną truciznę, najprawdopodobniej pochodzącą z tylnego kolca wiwerna, Ficus Orlepticus, praktycznie niemożliwą do zdobycia w tej części Rosji. Sprawą obiecał zająć się auror pracujący dla angielskiego rządu, Caradoc Dearborn, który - jak twierdzi - śledzi rzekomego mordercę już od trzech miesięcy.
- Wszystko pod kontrolą - mówi nam - to musi być Rollinson, a schwytanie go pozostaje kwestią zaledwie kilku dni.
Nie wiemy, kim jest domniemany sprawca, ale mamy nadzieję, że auror dotrzyma słowa. To już kolejny przypadek morderstwa, w którym... (...)
Maflevov znany był ze swoich licznych akcji, organizowanych na rzecz akceptacji mugoli przez czarodziejów z wyższych sfer... (...)


Victor bezgłośnie poruszał ustami, wodząc wzrokiem po tekście; Antonin przyglądał mu się bez słowa.
- Rollinson - powtórzył cicho. - Daj spokój, Igor, to może być zwykła zbieżność nazwisk. Do czego zmierzasz?
Igor pokręcił głową.
- Nie sprawdziliście w końcu, co? - rzucił gorzko. - Nie sprawdziliście, co było w środku tej cholernej przesyłki? Nie, nie sprawdziliście, kretyni!

To się stało wieczorem, kiedy Victor otrzymał list z domu - nie za pośrednictwem sowy, oczywiście, warunki na zewnątrz nie pozwoliłyby na przeżycie żadnemu mniejszemu zwierzęciu; wiadomość przyniósł Nicpoń, który przy pomocy sieci Fiuu zmaterializował się w kominku profesora Dratsheva, opiekuna Victora.

Victorze,
pisząc to, mam w sercu żal i smutek. Moim obowiązkiem jest donieść Ci straszliwe wieści - Ilya nie żyje. Wraz ze swoją młodziutką małżonką został zamordowany krótko po Twoim wyjeździe, na razie nie ma podejrzeń, kto mógłby to uczynić. Nie kłopocz się uroczystościami pogrzebowymi, proszę, w związku z pogodą, która nas nawiedziła, i tak nie dałbyś rady dojechać na czas.
Niechaj pamięć o Twoim kuzynie nie zaginie,
podpisano
- Twoja kochająca Matka.


Victor przesadziłby, gdyby powiedział, że popadł w żałobę - wiedział, że raczej nie będzie tęsknił za swoim kuzynem. W końcu niewiele z nim rozmawiał; Ilya był o wiele starszy, dojrzalszy. Ilya lepiej dogadywał się z Mishą.
Z Mishą...
Victor poczuł krótkie ukłucie bólu gdzieś w okolicach lewej piersi.

Komentarze (2). Dodaj



2 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

krytyka krytykaniedziela, 22.sierpnia.2010, 22:10
188.47.49.68

Krytykujemy! Chętna?

personality-disorder LORDniedziela, 22.sierpnia.2010, 22:29
94.251.245.129

Matko, napisałam komentarz, ale #@%#$^$%@ blog go nie dodał -.-
Ale nic, spróbuję to odtworzyć.
To raz, że mi się podobało. I że Nadia to taka kochana kruszynka, i że jej głupio musiało być, a Victor powinien się odzywać, serio, serio, serio. I masz rozwijać ten niekiczowaty wątek miłosny, bo ja chcę więcej, więceeeeej.
I chciałabym być kiedyś taką Nadią, wisz? Marzenie ściętej głowy. Ale marzenia warto mieć, co wmówiłam sobie w prologu na dies-irae, ni? ^^"
A tak w ogóle, to jak teraz będę czytać HP, to zamiast mówić, że śmierciożery są źli i tak dalej, to będę im współczuć.
Patologia.
Jest też taki serial, Dexter, o seryjnym mordercy. Wszystko pięknie, ale widzowie go polubili, współczują mu i tak dalej, a on sobie lata po mieście i sam wymierza sprawiedliwość innym. Patologia, po prostu patologia xd
I w ogóle, to pojedź Arince, bo to siksa zrąbana, a nie! I spraw, by wąchała kwiatki od spodu, jeśli to możliwe. Da się, daaaaa?
A Misha mnie przeraża, serio. Ale tak właśnie powinno to zostać przedstawione, tak myślę...
Jeśli mój brat zacznie się podejrzanie zachowywać, to się wyprowadzam w obawie przed najgorszym xd

I pisz dalej, szybciuśko. I dużo. I w ogóle.
I jak się teraz nie doda, to @!$#!^%@&!%$&@%&.




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!