Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

VI Miłosne uniesienia


Nicpoń, hultaju! Nicpoń, chodź no tutaj!
Victor, proszę, zamknij szybciutko drzwi. Nie dalej jak trzy dni temu Ivanowa widziała tego przeklętego skrzata w oknie; pomyślała, że to lalka i pytała, czy nie spodziewam się kolejnego dziecka. Wszak wy dwoje jesteście już za duzi na takie zabawki. Boję się, że w końcu zacznie coś podejrzewać.
Chłopiec, przewróciwszy oczyma, przestąpił próg swojego mieszkania. Starał się nie zwracać większej uwagi na potok słów, płynący z ust rodzicielki - Zhanna Chikachev była naprawdę rozsądną, mądrą kobietą, jednak kiedy chodziło o jej synów, zwykle zachowywała się wręcz irracjonalnie. Zarówno jeden jak i drugi już jakiś czas temu wkroczyli w magiczny wiek dorosłości, lecz ona wciąż traktowała ich tak samo jak te piętnaście, dwadzieścia lat temu; jak małe dzieci, które wymagają ciągłej opieki. Ale to podobno przypadłość większości matek - w końcu która kobieta potrafiłaby się przyznać, chociażby przed samą sobą, iż odchowała we własnym domu dwoje dorosłych mężczyzn? Iż minęło już tyle lat, od kiedy stanęła na ślubnym kobiercu?
- A co w szkole? Nie masz dla mnie kolejnych pism od nauczycieli? - zapytała trochę ostrzej, ale tylko trochę. W końcu tyle czasu nie widziała swojej młodszej pociechy, że w tym momencie i tak nie potrafiłaby się na niego złościć.
Victor pokręcił przecząco głową.
Mieszkali w brzydkim bloku na Nikoforovicha Voronikhina 7/29, piętro siódme, ostatnie. Życie pośród mugoli często im ciążyło, ale wydawało im się ono wygodniejsze od wyprowadzki do domu jednorodzinnego gdzieś na przedmieściach. W końcu stąd, z niemalże centrum miasta, mieli dużo bliżej do pracy, do sklepu, praktycznie wszędzie. Ich apartament należał do jednego z większych; miał pięć dużych pokoi, dwie łazienki i kuchnię. Victor lubił wracać do domu, wolał go od szkoły. W Durmstrangu panowała zbyt ostra etykieta, na każdym kroku napotykał się na dziesiątki zasad i regulaminów, na moc zakazów i nakazów. A w domu - w domu miał względny spokój, nie licząc napomnień ze strony rodziców, które i tak najczęściej lekceważył. Jedyne, czego mu tutaj brakowało, to obecności przyjaciół, Igora i Antonina. Ale od nich przecież również można było raz na jakiś czas odpocząć, a poza tym Misha dotychczas godnie ich zastępował.
Zawiesił ciemnozieloną kurtkę na haczyku przy wejściu i, minąwszy swój kufer, wolnym krokiem udał się za matką do eleganckiego salonu. Po drodze minął Nicponia, maleńkiego, ale i bardzo młodego jeszcze skrzata domowego o monstrualnie wielkich, wiecznie oklapłych uszyskach i wystających kościach policzkowych; istotę, której widok w każdym niewtajemniczonym wzbudziłby olbrzymi żal oraz współczucie. Ubrany zaledwie w czarną, starą, wyświechtaną koszulkę wyglądał doprawdy żałośnie.
- Przenieś rzeczy Victora, a potem podaj mu obiad, Nicponiu - zarządziła kobieta, nie uraczywszy istoty nawet przelotnym spojrzeniem. Pomimo tego, skrzat wyglądał na zadowolonego. Kochał swoją rodzinę i starał się jej dobrze służyć. W końcu tylko po to się urodził, w końcu tylko po to żył.
- Ojciec w pracy? - zapytał chłopiec, spoglądając na pusty fotel o skórzanym obiciu, stojący w kącie pokoju. Czy rano, czy wieczór, on siedział tam zawsze. Z gazetą, rzadziej z dobrą książką i zawsze z filiżanką kawy.
Matka Victora skinęła głową.
- Radimir ostatnio wraca do domu po nocach. Wielu pracowników ministerstwa okropnie panikuje w związku z tym wszystkim, co się dzieje na Zachodzie, zupełnie niepotrzebnie, jak sądzę. Co to, mało było takich szaleńców w naszej historii? - Machnęła dłonią. - Idź, przebierz się, ja zaraz pogonię Nicponia do kuchni, musisz być bardzo głodny. Misha jest u siebie - dodała.
Zaskoczony Victor spojrzał na matkę.
- Misha jest tutaj?
W liście, który mu przysłał te kilka dni temu, napisał wyraźnie, że z Anglii wróci dopiero za parę miesięcy. Że nie ma na nic czasu, że znalazł nową pracę.
Kobieta skinęła głową.
- Tak, jest tutaj - przytaknęła z cichym westchnieniem. - I nawet nie wyjaśnił nam, co się z nim przez cały ten czas działo, wyobrażasz to sobie? - obruszyła się.
Przez twarz chłopca przemknął nikły cień uśmiechu - w czym, jak w czym, ale w afroncie na Michaiła, jego matka nie powinna była szukać sojusznika w młodszym synu. Victor stał po stronie brata, zawsze i wszędzie.
- Pewnie nie miał czasu - mruknął rozbawiony nagłym rozgorączkowaniem rodzicielki. - Pójdę do niego.

Pokój Michaiła był jednym z najjaśniejszych pomieszczeń w mieszkaniu, a to przez dwa ogromne okna oraz szerokie drzwi balkonowe, których żaluzji - za sprawą wrodzonego lenistwa - brat Victora nigdy nie opuszczał. Ściany miały blady odcień purpury, a na zdobiących je obrazach dało się rozpoznać majestatycznie zarysowane sylwetki przodków, dawnych powierników nazwiska Chikachev. Chłopcy nienawidzili tych portretów, lecz ilekroć zdejmowali je z haczyków, zawsze nazajutrz ich matka wieszała je na nowo. Walka z nią była jak walka z wiatrakami, z góry skazana na porażkę.
Porozmawiać z Michaiłem chciał i musiał. Prosił go o przekazanie przesyłki, nie zdradzając nawet jej zawartości, a to wymagało pewnych wyjaśnień. Co więcej, kiedy znika się na tyle czasu, zwykle ma się ku temu sensowny powód. Victor poprzysiągł sobie, że go pozna.
Zapukawszy pierwej w pokryte błyszczącym, ciemnoczerwonym lakierem drzwi, wszedł do sypialni, której lokator stał przy biurku, oglądając kilka trzymanych w ręku zdjęć. Ujrzawszy brata, odłożył je na stojącą nieopodal półkę i wyszczerzył zęby w najszczerszym uśmiechu. Z niewielkiego radyjka stojącego na komódce przy łóżku lecieli zabronieni przez socjalistyczną cenzurę Doorsi.

Strange days have found us
Strange days have tracked us down
They're going to destroy


- Victor, dobrze cię widzieć. Jak podróż?
- Bez przeszkód - odparł, siadając na jednym spośród otaczających maleńki, ustawiony pośrodku pokoju stolik foteli. - A co ty tutaj robisz, Misha? Pisałeś mi, że zostaniesz w Anglii jeszcze długi czas.
Chłopiec nie odpowiedział od razu; przez chwilę patrzył bez wyrazu na brata. Prędko rozpogodził się jednak i uśmiechnąwszy się przelotnie, wzruszył ramionami.
- Wracam do Londynu zaraz po świętach. Boże Narodzenie powinno się w końcu spędzać z rodziną.
Victor wpatrywał się bez wyrazu w ciemne oczy brata. Za długo i za dobrze go znał, by uwierzyć mu w wyssane z palca brednie. Wiedział, że rodzinne święta - jakiekolwiek święta - były w jego opinii przeżytkiem.
- A tak naprawdę? - zapytał, rozpierając się wygodniej na miękkim, głębokim fotelu.
Michaił wyglądał na zdezorientowanego. Przeczesał dłonią włosy, spojrzał w bok raz, drugi.
- Nie wiem, o co ci chodzi - mruknął od niechcenia. - Słuchaj, stęskniłem się za domem, rodziną...
- Pieprzysz, Misha - przerwał mu Victor. - Co się tak naprawdę dzieje?
Chłopiec przygryzł wargi, opierając się rękoma o pobliski parapet; jego wzrok błądził po wzorzystym dywanie.
- Niebawem wszystko się zmieni - powiedział w końcu.
Jego głos zmienił się diametralnie. Na twarzy pojawiły się rumieńce, a w oczach jakiś taki dziwny, niepokojący blask. Teraz Michaił mówił z pasją; z pasją, której nigdy wcześniej nie miał, z uczuciem, którego nigdy wcześniej nie znał.
- Wszystko się zmieni - powtórzył. - A ja nie mam zamiaru stać w tym czasie z założonymi rękoma. Ja chcę w tym wszystkim pomóc. Bo ja wiem, Victor. Ja wiem, że my możemy. Mamy w sobie siłę...
Chłopiec patrzył na brata z pozorną, naturalną dla siebie obojętnością. Michaił nigdy nie mówił w ten sposób. Ani nigdy w ten sposób nie myślał.
- Tylko my, najzdolniejsi. Tylko my, perły pośród wieprzów. Wybrani z tłumu ślepców.
Kogokolwiek spotkał, z kimkolwiek rozmawiał - nie był już tym samym człowiekiem. Od teraz Misha miał cel, cel, za który był gotów walczyć, za który był gotów umrzeć.
- Dołącz do nas - rzucił.
Victor pokręcił głową.
- Nie. Nie chcę się do tego mieszać. Daj spokój, Misha, chcesz się bawić w rebelianta? Wiesz, że to nie ma najmniejszego sensu!
Kogokolwiek spotkał, z kimkolwiek rozmawiał - Misha chyba nie był już jego bratem. A w każdy razie nie takim, jakim go pamiętał.
- Za późno - szepnął.
Wzrok Victora spoczął na twarzy rozmówcy; w jego oczach odmalowało się zaskoczenie, a nieprzyjemny dreszcz zmrowił jego skórę, serce zakołatało. W jego głosie było coś, taki jeden dźwięk, taka jedna nuta, która wzbudziła w chłopcu niewytłumaczalne uczucie niepokoju.
Za późno?
- O czym ty mówisz?
- Za późno - powtórzył. - Wkrótce się dowiesz, na pewno się wszystkiego dowiesz. A wtedy będziesz musiał podjąć decyzję, bo nie będziesz mógł dłużej siedzieć okrakiem na płocie. Nie. Ale oboje wiemy, że staniesz po naszej stronie, Victor. Po mojej stronie.
Na chwilę rozchylił usta, chcąc odpowiedzieć, jednak nie był w stanie wydusić z siebie żadnego dźwięku. Nie, nie takiego powitania spodziewał się po tych długich miesiącach rozłąki. Zupełnie nie takiego.
- Nie, Misha. Nie wiem, do jakiego bagna wlazłeś, ale ja tam za tobą nie wejdę. Bądź tego pewien.
Obaj chłopcy umilkli na kilka chwil; słychać było tylko ciche mamrotanie skrzata domowego, który wałęsał się po korytarzu mieszkania, zapewne znosząc rzeczy Victora do jego sypialni.
- Za późno - powtórzył starszy raz jeszcze. - Na wszystko jest już za późno. Dostarczyłeś moją przesyłkę?
Młodzieniec skinął głową, a kilka niewielkich elementów odnalazło swoje miejsce w tej dziwnej układance.
- Czy w niej...
- Dowiesz się - nerwowo przerwał mu Michaił. - Wszystkiego się dowiesz, ale odpowiedz!
Victor przytaknął, kładąc dłoń na bocznym oparciu fotela. Powoli zaczynał żałować, że nie posłuchał Antonina i nie sprawdził, co kryła paczuszka - wtedy, jeszcze zanim zaniósł ją na Talavat. Żałował, że w ogóle się na to zgodził. Żałował, że nie potrafi czytać w myślach. Nagle zaczął żałować wszystkiego.
- Tak - odpowiedział - dostarczyłem, a Rollinson zapłacił. Oddam ci pieniądze, jak tylko się rozpakuję.
Misha odetchnął z ulgą, przymykając oczy.
- Zarobiłeś, są twoje - rzucił szybko. - Widział was ktoś, jak z nim rozmawialiście?
Czy widział? Nie, chyba nie. Victor wytężał swoją pamięć, jak tylko potrafił, lecz nie był w stanie przypomnieć sobie nikogo, prócz dwóch mugoli, którzy tego dnia siedzieli w pubie. I Sashy, której obecności Misha musiał być świadom.
- Nie, raczej nie - odpowiedział. - Nikt mnie nie widział. Ale powiesz mi, co...
- Paniczu? - Nicpoń znikąd zjawił się w pokoju, schylając się przed chłopcami do samej podłogi. Jego wielkie nietoperze uszy oklapły, a olbrzymie oczyska zwróciły się wprost ku Victorowi.
- Pani nalega, byś zasiadł wieczerzać.

Wypuścił z ust szarą chmurę nikotynowego dymu i otrzepał popiół z papierosa na brudny chodnik. Jego wzrok błądził po spokojnych, błyszczących w promieniach styczniowego słońca wodach Newy. Stali na drewnianym, jednym z wielu zabytkowych mostów miasta. Słońce chyliło się ku zachodowi; o tej porze roku rosyjskie niebo niezwykle wcześnie zalewała czerń nocy.
Sam nie wiedział, dlaczego w ogóle się na to zgodził - na to spotkanie z Nadią. Kiedy pomagał jej wynieść z tramwaju bagaże, zaproponowała, by umówili się i spotkali któregoś dnia, a on, głupi, tylko przytaknął. Po co, na co? Teraz kompletnie nie wiedział, jak powinien się zachować, o czym powinien z nią rozmawiać. Teraz nic nie wiedział.
Spacerowali razem już dobre piętnaście minut - od domu Nadii, aż na most. Ona - zarumieniona, z twarzą wstydliwie ukrytą w rozwianych włosach, on - pół kroku za nią, jedną ręką odrzucając z oczu stanowczo zbyt długą, czarną grzywę, zaś drugą kurząc taniego papierosa. I przez te długie piętnaście minut nie odezwali się do siebie ani jednym słowem, nie licząc początkowego cześć.
Victor próbował zagaić wielokrotnie; chciał zapytać, gdzie będzie spędzała święta, kiedy będzie wracała do szkoły, do której ma czas, chciał powiedzieć cokolwiek, byleby usłyszeć jej słodki głos. Jednak za każdym razem, kiedy otwierał usta, ona wyczuwała to niemal instynktownie i od razu odwracała się ku niemu, kierując nań swe, nieco wyłupiaste w opinii Igora, lecz tak cudowne, tak nieskazitelnie piękne dla samego Victora oczy. Czując na sobie jej wzrok, widząc te cudne, błyszczące szmaragdy, chłopiec momentalnie zapominał własnego języka.
Teraz przystanęli, przystanęli przy tej cieniutkiej barierce, przy tej niesamowitej, zapierającej dech w piersiach panoramie na stare miasto. Nadia stała tuż obok, w swoim uroczym płaszczyku, w swoim ślicznym bereciku, ze zmarzniętymi dłońmi ukrytymi w kieszeniach, ze szkarłatnymi wypiekami, tak niewinnie kontrastującymi z jej bladą twarzyczką.
Uśmiechnął się, przyglądając się jej z góry. Był od niej niemal o głowę wyższy.
- Tu jest tak pięknie... - powiedziała w końcu, przełamując ciszę. - Słońce dalej świeci, śnieg nie padał już od kilku dni. Czujesz to? Powietrze pachnie wiosną.
Victor wyrzucił niedopałek papierosa do wody i, wsparłszy się dłońmi o wątłą barierkę mostu, zamknął oczy. W istocie, dziewczyna miała rację. Słońce tuliło jego twarz ciepłymi promieniami, chłodny wiatr smagał policzki, a wszystkie jego wnętrzności przewalały się, ilekroć słyszał głos dziewczyny. Ale czy tutaj na pewno chodziło o wiosnę?
- Przezroczysty, różowy odcień nieba jest tak jasny, że błękitna akwarela rzeki niemal nie potrafi go odbić [2] - szeptem zacytowała dziewczyna, kierując rozmarzony wzrok ku nurtowi Newy, biorąc potężny haust świeżego powietrza.
Victor nie załapał metafory. Nie był typem romantyka, czytał też raczej niewiele. On wolał nazywać rzeczy po imieniu zamiast bawić się w liryczne uniesienia, on wolał mówić wprost.
Uniósł powieki, mimochodem zerkając na towarzyszkę.
Tak, zwykle wolał. Ale nie zawsze miał na to odwagę.
- Czy to nie zabawne, że mieszkamy obok siebie tyle czasu, a wciąż ze sobą nie rozmawiamy? - kontynuowała Nadia, nie zwracając uwagi na brak jakichkolwiek oznak zainteresowania ze strony rozmówcy. - Oprócz ciebie i Sevastiana chyba nikt z naszego roku nie mieszka w okolicy, a mimo to prawie się nie znamy.
Jej dłoń przesunęła się po barierce, teraz spoczywała zaledwie o kilka werszków od ręki Victora. Jednak wciąż go nie dotykała. Chłopiec skierował wzrok na dziewczynę; ich spojrzenia spotkały się na krótką, ulotną chwilę. Nadia prędziutko schowała dłoń do kieszeni pod pretekstem poszukiwania rękawiczek.
Stali obok siebie - zawstydzeni, nieśmiali, skrępowani. Cisi, nieuświadomieni. Tak jak dzieci, które jeszcze nic nie wiedzą.
Pierwsze miłości zwykle są takie same - pełne wzruszeń i niedomówień, pełne niepewności, cichych westchnień i melodramatycznych uciech, pełne skrytych, nigdy niewypowiedzianych wyznań.
I zawsze są tak bardzo naiwne.
Dziewczyna umilkła; wyczerpała już chyba wszystkie tematy, które mogła poruszyć, a Victor wciąż się nie odzywał. Kryjąc zarumienioną twarz za kurtyną rudych włosów, zaczęła powoli nawlekać na dłonie ciemnogranatowe, skórkowe rękawiczki, które znalazła w kieszeniach płaszcza.
Na co czekasz, Victorze? Dlaczego nie powiesz jej, jak ślicznie dzisiaj wygląda? Dlaczego nie pochwalisz jej oczu, głosu, tego wszystkiego, co wprawia cię w to cholerne osłupienie?
- Zawsze lubiłam ten most. - Nadia podjęła się kontynuacji monologu. Powoli obeszła młodzieńca i ruszyła dalej, przed siebie.
- Kiedyś, dawno, bardzo często tu przesiadywałam. Podczas białych nocy widok na miasto jest niesamowity.
Po odejściu kilku kroków zatrzymała się i odwróciwszy się ku chłopcu, założyła kilka niesfornych kosmyków włosów za ucho. Na jej twarzy pojawił się nieśmiały uśmiech.
Marzycielka, bujająca w obłokach utopistka. Dziewczyno, czy ten świat na pewno jest dla ciebie?
Victor ruszył za nią, przypadkowo kopiąc po drodze pustą butelkę po wódce, którą musiał zostawić tutaj jeden z licznych, błąkających się po okolicy bezdomnych. Odnalezienie w tym miejscu tak idealnego piękna, jakie Nadia rysowała w swych fantazjach, zdaniem chłopca graniczyło z cudem. On sam widział tylko brud - pałętający się wszędzie brud, kurz i gnój.
- Kiedy byliśmy dziećmi, wtedy wszystko było inne, prawda? - mówiła, czekając, aż Victor do niej dojdzie. - Mieliśmy dużo mniej zmartwień. Tak bardzo chciałabym znowu mieć sześć lat i biegać po tym moście w podartej sukience, odziedziczonej po starszej siostrze.
Uśmiechnęła się szerzej. Kiedy tylko chłopiec stanął wystarczająco blisko, Nadia, w heroicznym akcie desperacji i odwagi, przełamując strach, chwyciła jego ramię i pociągnęła ku dalszej drodze.
- Chodź, przypomnijmy sobie, jak to jest być dzieckiem - poprosiła. - Chodź, chodźmy na plac zabaw.
Victor wolnym nieśmiałym ruchem otoczył ramieniem talię dziewczyny. Nie wiedział, czy mu wolno. Nie wiedział, czy powinien. Ale sama mówiła, żeby przypomnieli sobie, jak to było kiedyś. A gdyby miał piętnaście lat mniej, nie obawiałby się uczynić tego prostego, acz jakże wymownego gestu. Nie, wtedy nie.
Uśmiechnięta Nadia uniosła wzrok, spoglądając w oczy chłopca, który wciąż patrzył gdzieś przed siebie, wciąż obawiając się jej bliskości, wciąż drżąc na myśl o odtrąceniu.
Charakterystyczny zapach wełny, z której wydziergano berecik dziewczyny, połechtał nozdrza Victora.
Pierwsze miłości zwykle są takie same - pełne wzruszeń i niedomówień, pełne niepewności, cichych westchnień i melodramatycznych uciech, pełne skrytych, nigdy niewypowiedzianych wyznań.
I zawsze są tak bardzo, tak bardzo naiwne.
Nawet nie zwrócił uwagi, kiedy jego podeszwa natrafiła na umoczony w kałuży, porzucony przez znudzonego czytelnika najnowszy numer Feniksa. Na jego pierwszej stronie widniało czarno - białe zdjęcie szaleńca, opętańczo śmiejącego się pomyleńca ze związanymi rękoma, z napuchniętymi na szyi i skroniach żyłami, przeraźliwie bladego mężczyzny - kolejnej ofiary zwolenników lorda Voldemorda, zwanego w mediach, począwszy od dnia dzisiejszego, Sami - Wiecie - Kim.

[1] The Doors, Strange Days
[2] Josif Brodski, Petersburg

Komentarze (0). Dodaj



0 komentarzy
Następne Poprzednie




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!