Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

V Szczęśliwe powroty

Obrzydliwe nozdrza satyra rozchyliły się delikatnie, kiedy ten - gładząc w zamyśleniu ciemną, kozią bródkę - przyglądał się rzędowi poustawianych przed nim donic. Młody rododendron uginał się pod ciężarem olbrzymich pęków bladoróżowych kwiatów, czarne owoce pękatej morwy kołysały się na wiotkich gałązkach, a wijące się w niemal agonicznym cierpieniu liście starej paproci mieniły się magicznym, zielonkawym blaskiem.
Victor - ze wzrokiem skierowanym gdzieś ku górze - opierał się plecami o pobliską ścianę komnaty, modląc się w duchu o rychłe nadejście końca całej tej farsy. Jego paproć nie zakwitła, choć powinna, a na egzaminie pisemnym potrafił podać odpowiedzi na zaledwie pięć pytań spośród wszystkich dziecięciu. Zasługiwał na ocenę mierną, lecz wciąż pozytywną. Drgnął zdziwiony, kiedy usłyszał głos nauczyciela.
- Jaką substancję pozyskasz z tojadu? - zapytał, kasając szerokie rękawy turkusowego surduta. Jego szerokie raciczki stuknęły raz i drugi, kiedy obchodził stół z poustawianymi nań roślinami.
Chłopiec westchnął, przewracając oczyma.
Stary cap, nie mógł odpuścić. A przecież Victor był już ostatni, a przecież wystarczyło, że wpisałby mu ocenę i oboje mieliby już przerwę świąteczną...
- Akonitynę - odpowiedział znudzony.
Satyr uchwycił maleńki owoc ze środkowego krzewu i zerwawszy go, począł obracać w nieludzko kościstej dłoni.
- Dalej, panie Chikachev - ponaglił. - Niech pan mówi dalej.
Ciemne ślepia Victora uciekły gdzieś w daleki kąt komnaty. Zajęcia z zielarstwa odbywały się w chłodnej komnacie, usytuowanej na parterze zamku - nieopodal zejścia do piwnic, gdzie mroźną zimą trzymano większość szkolnych zasobów roślinnych. On sam nie lubił tego przedmiotu, naprawdę nie lubił. Wydawał mu się nudny, tak niemożliwie szary i pospolity, tak zwyczajny. Do tego dziewczęcy. Stanowczo zbyt dziewczęcy. Opiekowanie się kwiatami - jakkolwiek niebezpieczne by one nie były - nie należało do najbardziej męskich zajęć, jakie Victor potrafił sobie wyobrazić. Jednak skoro ta wiedza miała mu być w przyszłości potrzebna - raczej nie miał wyjścia.
I Tyrius, satyr. Bieżący rok był pierwszym, w którym ów potwór ich uczył; poprzednia nauczycielka, profesor Ekka - starsza, otyła, wiecznie zarumieniona kobieta o gnieździe siwych włosów - kilka miesięcy temu przeszła na zasłużoną emeryturę. Ona traktowała ich o niebo łagodniej. Niewiele wymagała, a przy tym przekazywała ogromne pokłady wiedzy. Co więcej, zwykle widywano ją uśmiechniętą, a w Durmstrangu jawiło się to jako rara avis in terris. Lekcje z Tyriusem wyglądały zupełnie inaczej; może i mijały nieco szybciej, jednak każdej kolejnej sekundzie towarzyszyło poczucie strachu, niewyobrażalnej grozy, odczuwanej na myśl o samym spojrzeniu nauczyciela, o jego głosie, o naganie, o czymkolwiek.
Cóż, przynajmniej opracowywany materiał był w miarę prosty.
- Akonityna - zaczął - występuje w korzeniach, liściach oraz łodygach tojadu. To jedna z najsilniejszych znanych trucizn pochodzenia naturalnego, roślinnego. W małych dawkach używana do leczenia dny moczanowej, w większych powodująca zgon z uprzednim zaburzeniem ośrodka oddechowego. Prócz tego wywołuje migotanie komór sercowych, skurcze mięśni, wymioty, nadmierne pocenie, niewrażliwość na bodźce bólowe, uczucie lęku oraz niepokoju...
Coś jak godzina zielarstwa, dodał w myślach.
Ramiona satyra drgnęły, szarpnął głową.
- Starczy - uciszył go gestem. - Zacznij się uczyć, Chikachev. Zacznij, jeśli poważnie myślisz o otrzymaniu świadectwa ukończenia szkoły w tym roku.
Victor pokornie zwiesił głowę, nie chcąc drażnić lwa w jego jaskini.
Topazowe oczy, ledwie widoczne spod gęstej grzywy włosów Tyriusa, błyszczały niepokojąco w mrokach, a wąskie, spiżowe usta krzywiły się w wyraźnym niesmaku. Chłopiec dopiero teraz dostrzegł, że lewy róg satyra był odrobinę ukruszony.
- Daj indeks, Chikachev - polecił, chwytając za malutki pędzelek, wciśnięty do jednego spośród wielu flakoników poustawianych na pobliskim biurku.
- Wiedz, że daję ci ostatnią szansę.

Wpatrując się w nędzną trójczynę wpisaną do indeksu szkolnego, Victor szedł korytarzem, zatopiony we własnych myślach.
Nadszedł styczeń, w końcu - a wraz z nim ferie, słodki czas rozpusty i cudnego nieróbstwa. Chłopiec miał już wszystkie zaliczenia, których potrzebował, by uciec od nauki i rozpocząć zabawę. Przeważająca większość uczniów od dobrych paru dni cieszyła się wolnością, Victor jednak dość długo odwlekał egzamin z zielarstwa, usprawiedliwiając się świstkiem oznaczonym skradzioną z pielęgniarskiego gabinetu pieczęcią, który zapewniał, iż młody panicz Chikachev nie jest dość zdrów, by móc uczestniczyć w tak wyczerpującym manewrze, jak zderzenie z profesorem Tyriusem.
Z przyjaciółmi umówił się przy bramach zamku. Chcieli wyjechać od razu, pierwszym przybyłym pociągiem.
Zarzuciwszy płaszcz na ramiona, minąwszy olbrzymie wrota prowadzące na zewnątrz, Victor wyszedł na kamienny dziedziniec. Delikatne, drobniutkie płatki śniegu opadały łagodnie z kłębiastych chmur, migocząc w promieniach popołudniowego słońca; uderzyło świeże, rześkie powietrze. Było raczej chłodno - chłodno, ale pięknie.
Igor i Antonin stali przy murze nieopodal - Victor usłyszał ich śmiech, kiedy tylko znalazł się na zewnątrz. Blondyn uśmiechał się zawadiacko, rozmawiając ze stojącą przy nich czarnowłosą pięknością, Ariną, podczas gdy jego przyjaciel przyglądał im się w milczeniu, siedząc na bogato zdobionym kufrze ze spakowanymi rzeczami. Tak, jak obiecali, wzięli również bagaże Victora, kiedy on zdawał egzamin. Jego skrzynia wraz z klatką i zamkniętą weń, złowieszczo stroszącą pióra Marlene, stała przy Igorze.
Młodzieniec odgarnął z czoła włosy, ruszając ku przyjaciołom.
- Zdałem! - oznajmił z niemal teatralną radością. - Ten potwór mnie nie pożarł, co więcej, zaliczył przedmiot. Chyba bał się, że w przeciwnym razie będę mu siedział na głowie przez całe ferie.
- Gratulujemy - odparł Igor, przez którego twarz przemknął nikły cień uśmiechu. - Nie było cię tak długo, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy nie iść wołać pomocy.
Victor wzruszył ramionami, muskając przez metalowe pręty puchate pióra ptaka.
- Ciekaw jestem, kogo byście na tę pomoc wezwali...
- Kogoś od opieki nad magicznymi stworzeniami, może profesor Gelvakov ujarzmiłby tę bestię! - parsknęła Arina, a chłopcy roześmiali się okrutnie.
Arina Marinin była całkowitym przeciwieństwem swojej siostry, Sashy. Pewna siebie, świadoma własnej wartości, ambitna do granic możliwości - a do tego piękna, piękna jak gwiazda na niebie. Miała delikatną twarz, zgrabną sylwetkę, a czarne włosy spływały kaskadą na jej szczupłe ramiona. Tak wielu chłopców się w niej kochało, tak wielu do niej wzdychało. A ona bawiła się wciąż - to jednym, to drugim.
- Pusto tu - zauważył Antonin. - Powozy niebawem powinny nadjechać, a nas tylko czworo.
- Trójka - poprawiła go Arina - ja jadę tylko na Talavat, nie mam po co jechać pociągiem.
Pokręciła nosem.
- Do świąt jeszcze trochę, pierwszymi transportami zawsze niewielu się zabierało.
- Lepiej dla nas - mruknął Igor. - Będzie więcej miejsca.
Ciemnowłosa piękności strzepnęła z włosów naprószony śnieg.
- Słyszałam, że jeszcze Krasienko chciała jechać. Miała jakieś kłopoty w domu, czy coś. Sorkin na pewno będzie chciał dotrzymać jej towarzystwa. Śmieszny, naiwny smarkacz, on wciąż myśli, że ma u niej szanse.
- A nie ma? - zainteresował się Victor, wcinając się dziewczynie w pół słowa. Jego wnętrzności płonęły, jak zwykle wtedy, kiedy ktoś wspominał Nadię. Czarne ślepia Ariny błysnęły; jego zainteresowanie nie mogło umknąć spod lupy kobiecej intuicji młodej panienki.
- Wątpię... - odparła, umyślnie przeciągając odpowiedź, tym samym błądząc badawczym wzrokiem po bladej twarzy chłopca. Victor już rozchylał usta, by odpowiedzieć, lecz Antonin go ubiegł. Blondyn, wyszczerzywszy się od ucha do ucha, wyciągnął z kieszeni płaszcza niewielki bladoróżowy kartonik, zmieniając temat rozmowy.
- Byłbym zapomniał! - roześmiał się, wymachując karteczką. - Spójrzcie, co znalazłem! Mam to przy sobie od naszego ostatniego wypadu na Talavat, spryciula musiała wcisnąć mi wiadomość między rzeczy jeszcze zanim wyszliśmy.
Pozostała trójka z zaciekawieniem spojrzała na trzymany w ręku chłopca liścik. Victor, oparłszy się o kamienny mur dziedzińca zamkowego, skinął głową, ponaglając przyjaciela.
- No, mówże! - rzucił. - Co to?
- A jak myślisz? - Antonin uniósł kartonik na wysokość twarzy pozostałych. - Czujesz zapach tanich perfum? Bilecik od pewnej młodej damy. I to nie byle jakiej! - urwał, przenosząc wzrok na czarnowłosą dziewczynę. - Od samej panny Marinin.
Arina zmarszczyła nos, biorąc się pod boki.
- Przecież ja nic...
Dolohov przewrócił oczyma.
- Nie od ciebie, głupia - westchnął. - Od Sashy.
- Co? - Victor roześmiał się w głos, przechwytując karteczkę od Antonina. Rzeczywiście, kaligrafowany podpis wyraźnie wskazywał nadawczynię wiadomości. To ci dopiero! Sasha Marinin i jej miłosne podboje! Przecież ta dziewczyna była brzydka, brzydka jak noc.
- Do Igora - przeczytał, podając adresatowi karteczkę. - Dalej, otwórz to!
Czarne brwi Ariny uniosły się delikatnie w górę, kiedy Igor ze śmiechem wziął karteczkę do ręki. Chłopiec rozgiął kartonik, po czym przebiegł oczyma po tekście raz i drugi.
- Pyta, czy się z nią nie spotkam przez ferie - roześmiał się. - Zaprasza na filiżankę herbaty.
Victor i Antonin po raz wtóry zgodnie ryknęli śmiechem.
Ktokolwiek tworzył porządek świata, z pewnością nie znał znaczenia słowa sprawiedliwość. Sasha była naprawdę miłą dziewczyną o głębokim, przepięknym wnętrzu, które niewielu osobom zdołała w swoim życiu zaprezentować - bo zwyczajnie nie znalazła ku temu chętnych. Omijano ją. Wszyscy ją omijali. Miała stanowczo zbyt duże oczy, przez które wciąż wyglądała na wystraszoną, na jakąś taką paranoiczkę; jej włosy przypominały siano - suche i proste, nawet nie nieładnie, po prostu paskudne. Nigdy nie sprawiało jej kłopotów zawieranie nowych znajomości, czy towarzyskie rozmowy z innymi - była bardzo otwarta, niezwykle obrotna, a przy tym sympatyczna... Czasem jednak całkowicie się wyłączała, zatapiała się we własnej imaginacji, w niezbadanych odmętach własnej świadomości. Przylgnęła więc do niej opinia dziwaczki, co skutecznie utrudniło jej zdobywanie przyjaciół. Właściwie, to robiła za pośmiewisko. Zawsze i wszędzie. Myśl, jakoby ta dziewczyna miała myśleć poważnie o związku z Igorem, niezwykle śmieszyła dwójkę jego wiernych przyjaciół. O tyle, o ile raz za czas można było z nią porozmawiać, pośmiać się, to jednak żaden chłopiec nie pokazałby się z Sashą publicznie, pod rękę. Nie i już.
Kiedy stali tak razem, śmiali się do rozpuku, Victor kątem oka dostrzegł kolejną grupkę uczniów, wychodzących z zamku. Wśród nich jawiło się trzech chłopców, których rozpoznał jako trzecioroczniaków z domu Orła, szła też Raisa, złotowłosa kruszyna, młodsza siostra Antonina. Za nimi trzy dziewczęta, koleżanki Ariny. Na końcu wyszła Nadia z Sevastianem. Jak zwykle śliczna. Jej okrągłe czarne oczy błyszczały, odbijając blask bijący od błękitnej poświaty śnieżnych połaci, a wraz z mocniejszym podmuchem wiatru, jej długie włosy zostały porwane do tańca. Dziewczyna przytrzymała dłonią wełniany błękitny berecik i, ukazując śliczne białe zęby, parsknęła perlistym śmiechem.
- Są. - Głos Igora odwrócił uwagę chłopca od dziewczyny. Victor zerknął przez ramię na wychodzącą z pobliskiego lasu dróżkę, skąd wyłoniła się para olbrzymich, karych koni, ciągnących za sobą prześliczną kibitkę skleconą z ciemnego drewna, ozdobioną metalowymi wykończeniami. Chwilę później pojawiły się dwa kolejne powozy.
Pociągiem odjeżdżającym w pierwszym terminie zazwyczaj niewielu uczniów wracało do domów; była to tradycja ciągnąca się od lat, a przewoźnicy już dawno zdołali się do owej sytuacji przyzwyczaić i tego dnia nigdy nie przysyłali więcej wozów.
Victor, Antonin i Igor wsiedli do drugiej kibitki. Za nimi weszli dwaj spośród chłopców, których imion żaden spośród trójki młodych arystokratów nie pamiętał, a ostatnie miejsce - nie z własnej woli, lecz z braku innego wyjścia - zajął Sevastian. Usiadł dokładnie naprzeciwko Victora.
Szorstki bat woźnicy świsnął, przecinając powietrze, a konie ruszyły , rozbryzgując kopytami rozmokły śnieg. Ogromne, drewniane koła powozów poczęły się z wolna obracać.
Podróż do domu trwała długo. Pierwej należało odbyć godzinną przejażdżkę kibitkami na południe, na peron, z którego odjeżdżał pociąg. Wszak na tak wysokie górskie szlaki żaden się nie zapuszczał; pogoda stwarzała zbyt ostre warunki, a same tory po częstych przymrozkach stawały się stanowczo zbyt niebezpieczne. Pociąg jechał do Petersburga ponad dwa dni. Victor zawsze współczuł Antoninowi i Igorowi, którzy stamtąd musieli jeszcze przedostawać się aż do Bułgarii. Ale szkół magii przecież istniało wiele, a Durmstrang cieszył się na wschodzie niewątpliwie najlepszą renomą.
Chłopiec ziewnął i przymrużywszy oczy, oparł głowę o szybę okienną. Ostre rysy twarzy siedzącego naprzeciw Sevastiana odbijały się we szkle.
Sevastian Sorkin był wysokim, niemożliwie chudym chłopcem z domu Kozicy. Victor go nie znał - nigdy z nim nie rozmawiał, chociaż w przeszłości, a nawet i teraz, mieli razem niektóre zajęcia. Sprawiał wrażenie miłego - do innych zwracał się z uśmiechem, z jakąś taką dziwną życzliwością i nigdy, ale to nigdy nie zachodził nikomu za skórę. Albo raczej bardzo się starał tego nie robić. Większość swojego wolnego czasu spędzał u szkolnej pielęgniarki, zmagając się z chorobą, której nazwy Victor nigdy nie poznał. Nie raz, ani nie dwa widział go pijącego ślicznie pachnący, płonący szkarłatem wywar, który miał być ponoć jego lekarstwem. Kiedy się uśmiechał, nigdy nie pokazywał zębów. A kiedy się śmiał, słyszał go cały świat - taki miał donośny głos. Z nauką sobie nie radził, a raczej radził sobie jeszcze gorzej niż Victor. Ale tutaj nie chodziło o brak ambicji, ani o brak pracowitości, skąd - tutaj chodziło o brak odpowiednich predyspozycji. Sevastian był jedną z najmniej magicznych istot, jakie stąpały po korytarzach Durmstrangu; do trzynastego roku pewien był, że czeka go wątpliwa kariera charłaka. Ale jednak przyjęto go do szkoły. Do szkoły, w której zaprzyjaźnił się z Nadią - i od tamtej pory byli już nierozłączni. Ale to niemożliwe, żeby taka śliczna dziewczyna zainteresowała się takim... Takim kimś jak Sorkin, prawda? Nie, ona była inna. Zupełnie inna.
A przynajmniej taką miał nadzieję.
Za oknem mijali uschnięte, nagie gałęzie - jechali lasem. Na osamotnionym peronie daleko pod Talavatem, gdzie czekał już stary, nieciekawie wyglądający pociąg, znaleźli się niecałe półtorej godziny później.

Podróż pociągiem Victorowi nie wlekła się nigdy - nigdy, od kiedy poznał Antonina i Igora. Wraz z przyjaciółmi zajął osobny przedział, gdzie przez te dwa dni podróży śmiali się, żartowali, grali w karty czy szachy; po prostu się dobrze bawili. Wiele razy bił się z myślami, czy nie wyjść, czy nie poszukać Nadii, a nuż spotkałby ją w korytarzu, gdziekolwiek? Ale gdyby ją spotkał, co by jej wówczas powiedział? Zapewne tylko by ją minął, nie uraczywszy nawet krzywym spojrzeniem. Nienawidził się za to, ale też nie umiał inaczej.
Było wczesne, słoneczne południe, kiedy dotarli do Dworca Bałtyckiego w Petersburgu. Dobre piętnaście lat temu jego perony prowadzące dalej niż na tereny podmiejskie zostały dla mugoli zamknięte, co zgrabnie wykorzystali czarodzieje, bezwstydnie przejmując koleje na użytek własny. Młodzi studenci arkanów magii nie musieli więc specjalnie kryć się ze swymi bagażami w miejscu, gdzie nie pojawiał się nikt, dla kogo ów widok mógłby się zdawać co najmniej dziwnym.
Victor, po pożegnaniu się z Igorem i Antoninem, którzy natychmiast ruszyli na inny peron, poszukując pociągu w rodzinne strony, uchwycił klatkę z Marlene w jedną dłoń, w drugą biorąc ucho swego kufra i szurając nim po chodniku, udał się ku przystankowi tramwajowemu, gdzie miał nadzieję znaleźć transport do jednej ze starszych dzielnic miasta, a konkretniej na ulicę Nikoforovicha Voronikhina.
Szedł wolnym krokiem, unosząc głowę ku górze. Wysokie zabudowania - brzydkie, szare bloki, wmieszane w tłum przepięknych, starych cerkwi i zabytkowych, zniszczonych wojną kamienic - piętrzyły się ponad jego głowami, a po dziurawych, śliskich ulicach sunęły samochody o brudnych karoseriach. Mijający go ludzie nie patrzyli na nikogo, w pośpiechu sunęli niczym upiorne duchy, majaczące zjawy, zajęci sobą i tylko sobą oraz swoimi sprawami. Kąciki ust chłopca drgnęły, kiedy dostrzegł wychodzący zza rogu patrol milicji; ich mundury były tak śmieszne, zaś ich miny tak poważne. Kiedy jeden z mężczyzn spojrzał na Victora, ten prędko spuścił wzrok na zaśnieżony chodnik, przyśpieszając nieco kroku. W końcu miał w ręku klatkę z sową, a Petersburg nie był już miejscem dla innych od innych.
Na przystanku oczekiwało niewielu ludzi; przy znaku stała drobna dziewczynka w szarej kurteczce i z ciemnymi włosami związanymi w dwa grube warkocze, stał starszy, elegancko ubrany mężczyzna o napuchniętym brzuchu oraz... No tak. Oraz śliczna Nadia, wtulona w swój ciemnogranatowy płaszczyk.
Jej widok nie był dla Victora zaskoczeniem; chłopiec wiedział doskonale, że dziewczyna mieszka nieopodal niego - w końcu widział ją nie raz, nie dwa. Kiedyś pewnie nawet bawił się z nią w jednej piaskownicy, ale to było dawno, kiedy dziewczyny były istotami, z którymi naprawdę, ale to naprawdę nie chciał mieć niczego wspólnego. Nie znał jej wtedy. No, i wtedy na pewno wyglądała jeszcze brzydziej niż teraz.
Uśmiechnął się pod nosem.
Victor nie zwracał na nią uwagi aż do piątej klasy.
Sorkina nigdzie nie zauważył. Chłopiec mieszkał w innej dzielnicy miasta, nieco dalej, pewnie już odjechał. A Victor? A Victor nie wiedział, co robić. Przystanął, biorąc głęboki oddech.
Spokojnie, Chikachev, to nie bazyliszek!
Potrząsnąwszy kruczoczarną czupryną szarpnął za ucho kufer i ruszył na przystanek. Będąc już na miejscu, trzymał się na uboczu, przy dwóch wielkich dębach, z dala od reszty oczekujących, a przede wszystkim - z dala od Nadii. Był już nieco zmęczony podróżą; nieprzytomnym spojrzeniem wodził za kolejnymi przejeżdżającymi samochodami, a gdy robiło się spokojniej - sięgał wzrokiem dalej, za drogę, gdzie w oddali za mostem mieniły się w słońcu skute lodem wody Newy.
Tramwaj przybył zgodnie z rozkładem jazdy, bez spóźnienia. Chłopiec już wchodził do środka, kiedy w połowie kroku zatrzymał go znajomy, słodki głos dziewczyny.
- Victor?
Nadia uśmiechnęła się nieśmiało, palcami zaczesując opadłe na twarz włosy za lewe ucho.
- Proszę, mógłbyś mi pomóc? - zapytała niepewnie, wskazując na bagaże. - Sevastian już poszedł, a ja...
Jak zawsze, głos chłopca ugrzązł w gardle. Victor spojrzał w ciemne, błyszczące oczy rudowłosej i nagle wszystko jawiło się jako coś piękniejszego, kolorowszego, żywszego. Jego serce zabiło mocniej, powietrze stało się gęstsze; było mu tak gorąco, tak duszno. Odwrócił się ku niej, bez słowa przyglądając się jej pięknej twarzy, jej lśniącym włosom i radosnym piegom; onieśmielony nie był w stanie odpowiedzieć ani słowa.
Nadia przestąpiła z nogi na nogę, odchrząknęła.
- Znaczy, jeśli nie masz czasu, to nie problem, poradzę sobie - zmieszała się, wbijając skruszony wzrok w lakierowane, czarne buciki.
- Nie, w porządku - zapewnił, pochylając się po kufer dziewczyny.
Nie patrzył na nią, już nie, a dlaczego - tego sam nie wiedział. Chyba się bał, bał się jej głosu, jej spojrzenia, wszystkiego.
Pierwsze miłości zwykle są takie same - ciche, spokojne, nieśmiałe, pełne wstydu i niedomówień, pełne niewinności, szeptów, cichego uwielbienia. Victor kochał Nadię. Kochał ją, jak sowy kochały mrok, jak chochliki kochały tajemnice; jego uczucie było czyste, zakropione fascynacją, uwielbieniem - było jak sen nocy letniej, jak nierealne marzenie. Dlaczego nierealne? Tego nie wiedział. Ale tak czuł, a to mu wystarczało.
W tramwaju, ku jego zdumieniu - i nieszczęściu - Nadia zajęła miejsce na krześle obok niego. Kilka razy próbowała się odezwać, powiedzieć coś, ale Victor zbywał ją pomrukami. Bał się.
Znudzona ciszą wyjęła gazetę. Chłopiec obojętnie łypnął okiem na otwarty przez nią artykuł.

Charłaki i osoby z rodzin pozamagicznych masowo zwalniane.
Jak donosi nam nasz korespondent z Londynu, sytuacja się zaostrza. Ze względu na ostatnie wydarzenia i niewyjaśnione mordy, wielu pracodawców obawia się dalszego zatrudniania osób, które nie mogą poświadczyć o czystości swojej krwi. Czy to początek wielkiego kryzysu na rynku pracy?

Potrząsnął głową i przeniósł wzrok na szybę okienną.
Czy kiedyś, czy dawniej - czy wtedy to wszystko nie było prostsze? Kiedy Nadia była bezimiennym rudzielcem z sąsiedztwa, którego Victor nawet nie zauważał, kiedy zaglądał na plac zabaw, żeby wraz z innymi chłopcami połapać żaby nad Newą, a potem powrzucać je dziewczynkom za kołnierzyki bluzek; kiedy nie umiał jeszcze czytać, a spraw dorosłych nie rozumiał. Kiedy był mały, kiedy rzeczywistość nie istniała, kiedy nie miał obowiązków.
Dzisiaj miał prawie dwadzieścia lat. To już dużo. Życie oczekiwało od niego określonych zachowań - zainteresowania światem, solidnej nauki, a za niedługo - stałej pracy, czy nawet - o, zgrozo - ustatkowania. Victor natomiast ciągle czuł się być tym małym, umorusanym błotem chłopcem, który taplał się na podmokłych terenach, na rozlewiskach głównej rzeki Petersburgu. Victor jeszcze nie dorósł.
A rzeczywistość i wszystko to, co działo się dookoła, tylko utwierdzało go w przekonaniu, że niedorastanie to najlepsze, co można w tej sytuacji zrobić. Ostatnimi czasy rzeczywistość była trudna. Ale to na pewno nie będzie trwało wiecznie. Na pewno niedługo to wszystko się skończy i będzie jak dawniej. Przecież jeden oszołom nie wywróci całego świata czarodziejów do góry nogami, prawda?

Komentarze (2). Dodaj



2 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

personality-disorder LORDniedziela, 22.sierpnia.2010, 22:16
94.251.245.129

Niach, niach, niach. Nie umiem już pisać, robić szablonów, ani wyrażać opinii, no ale, no! No wiesz. Wiem, że wiesz...
Victor jest bardzo, bardzo zły, że zamiast ładnie porozmawiać, to tylko mruczał, i no, ale go rozumiem, tak trochę. Ale biedna ta dziewczyna, co z niej się tak śmiali! Ją to rozumiem tak bardzo, bardzo, bardzo... Chlip. Igorek powinien ją przytulić, pogłaskać po głowie i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze...! *wydmuchuje głośno nos* I w ogóle, hepi end się jej należy.
A Victor już dawno powinien paść przed Nadią na kolana i wyznać jej dozgonną miłość! I wszyscy powinni być szczęśliwi. Wszyscy!

I tym pozytywnym akcentem zakończę mój wywód.
(Jeden komentarz więcej, ha!)

How To Keep a Man Interested How To Keep a Man Interested.poniedziałek, 19.września.2011, 12:39
113.227.175.211

I just book marked your blog on Digg and StumbleUpon.I enjoy reading your commentaries.




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!