IX Z małej chmury duży deszczWraz z nadejściem lutego w niepamięć odeszły te największe mrozy, choć śnieg wciąż zdobił podzamkowe tereny i okolice, a chłodne powietrze wciąż wdzierało się do wnętrz fortecy poprzez nieszczelne, drżące okna. Dzień po dniu słońce wschodziło coraz to wyżej i wyżej na błękitnym nieboskłonie. Uczniowie z utęsknieniem wspominali ciepłe wiosenne dni - których to nadejście pozostawało kwestią zaledwie kilku tygodni - tęskniąc za zielenią traw i zapachem rozkwitłych bzów, za porannym ptasim śpiewem.
Caradoc Dearborn, dowiedziawszy się wszystkiego, czego oczekiwał, prędko opuścił Durmstrang. Wzruszony rzekomą miłością, jaką Victor bez wątpienia darzył swojego drogiego kuzyna Ilyę, nie zadręczał go dłużej pytaniami. W końcu mężczyzna i tak był martwy; dochodzenie nie przyniosłoby aurorowi wielu korzyści. Ponoć teraz miał się udać do Petersburga, by porozmawiać z najbliższą rodziną zmarłego, z ciotką Victora, Elgą. To takie zabawne, jak naiwnym potrafi być młody człowiek, czyż nie?
Rozgrywki quidditcha rozpoczęły się już na dobre, a Dom Wilka dumnie prezentował się na samym dole tabeli, dzielnie przegrywając wszystkie mecze, nie tylko te z Domem Niedźwiedzia, ale i ze wszystkimi innymi. Tak prostackie rozrywki, jak ta gra, jawiły się poniżej godności młodocianej arystokracji, a przynajmniej w ten sposób usprawiedliwiali się chłopcy. Prawdą było, iż wraz ze spadkiem zainteresowania ze strony Antonina, drużyna praktycznie przestała istnieć.
Dolohov bowiem zaczął więcej czasu spędzać w zaciszu szkolnej biblioteki, przeglądając najbardziej wstydliwe spośród kart historii świata czarodziejów informacje, czy też zgłębiając najskrzętniej skrywane tajemnice mrocznej sztuki zwanej czarną magią. Profesor Dratshev prędko zauważył postępy chłopca, jakie ten uczynił, i choć nie powiedział nic, nietrudno było zauważyć, iż z większą uwagą jął przyglądać się niepokojącemu zachowaniu Antonina.
Jego chora fascynacja udzieliła się Victorowi, który dzień w dzień przeglądał najświeższe gazety, poszukując artykułów o poczynaniach czarnoksiężnika siejącego postrach w Zachodniej Europie.
- To naturalne, że starsi tego nie rozumieją - mówił Antonin, przeglądając komentarze redaktorów Feniksa. - Oni nic nie rozumieją. Ale ich czas już przeminął, dzisiaj los świata jest w naszych rękach. I to my zaopiekujemy się nim lepiej. Najlepiej.
Lepiej, gorzej - kogo to obchodziło? Igor pozostawał sceptycznie nastawiony do idei, która bezwzględnie zawładnęła sercem młodego Dolohova. Nie wierzył w jej powodzenie i nie chciał mieć z nią nic wspólnego.
- Jak doskonale wiecie, poparzeń można niezwykle łatwo nabawić się podczas warzenia różnorakich eliksirów. Te, które powstały na skutek zetknięcia się skóry z mocną trucizną, bądź płynem o niebezpiecznych właściwościach, pozostawiają po sobie blizny na długi czas... - Niski, uwodzicielski głos Neratevy ucichnął, gdy nauczycielka przystanęła przy jednej z pracujących grup, przy trzech jasnowłosych dziewczętach. Przyglądała się ich dłoniom, kiedy siekały drobne listeczki szałwii. Jej skryte pod gęstym wachlarzem rzęs oczy wędrowały od rąk jednej do drugiej i trzeciej, dokładnie obserwując poczynania młodych panien. Piękna jak zwykle, w pąsowej haftowanej sukni o majestatycznie bufiastych rękawach.
Myśliwi nazywają suknią sierść zwierzyny, na którą zwykli polować.
- Bądźcie ostrożni z gotowym wywarem, na zdrową skórę działa drażniąco - mówiła, odwracając się ku kolejnej grupce. - Sprawdźcie, czy działa, a potem zostawcie dla mnie kilka kropel w fiolce. Wystawię wam za nie oceny.
Victor oparł się na twardym krześle, niemrawo mącąc drewnianą chochlą lepki, bulgoczący w mosiężnym kotle śluz barwy świeżego miodu, który roztaczał wokół siebie obrzydliwy smród zgnilizny. Igor siedział przy stole, przeglądając stronice podręcznika, a Antonin tępawo przyglądał się eliksirowi, trzymając w ręku kilka ususzonych łodyżek błotnych gnidoszy. Na ustawionym przy nich niziutkim taboreciku siedział przykuty doń magicznymi pętami skrzat domowy. Cichutko, pokornie, kładąc po sobie ogromne uszyska, ślepiami obserwując, co działo się dokoła. Spod łachmanów wystawało jego lewe ramię, na którym rozciągało się poważne i świeże poparzenie, pokaźnych rozmiarów rana. Co jakiś czas rozglądał się wystraszony na boki, lecz nic nie mówił; wszak był sługą, sługą doskonałym. Do sali przyprowadzono kilka podobnych mu istot, po jednej na dwie grupy.
- Jak myślicie - mruknął Victor, opierając chochlę o bok garnca - one zrobiły to sobie same, czy ktoś im pomógł?
Antonin, odłożywszy roślinki na stół, zerknął na poparzenia skrzata.
- Kto wie? - Wzruszył ramionami. - Być może ktoś mu pomógł, wiesz, dla dobra edukacji. Chociaż, z drugiej strony, one tak bardzo lubią się samookaleczać... - Przykucnął przy nędznym stworzeniu. - No, mały? Powiesz nam, co ci się stało?
Wychudzony do granic możliwości, drżący z zimna skrzat uniósł wzrok na blondyna. Prędziutko pokręcił łbem, zaciskając blade wąziutkie usteczka.
- Nie, nie, nie! - zapiszczał wniebogłosy, kładąc po sobie uszy. - Psotnik był zły, bardzo zły! Psotnik musiał ponieść karę! Psotnik...
- Ha! - Antonin wyszczerzył się do Victora. - Od niego się pewnie nie dowiemy.
- Żałosne stworzenie - mruknął Igor, nie odrywając się od książki. - Czegokolwiek by nie zrobił, i tak będzie winny.
Maleńki skrzat zaczął wymachiwać nogami w tę i we w tę, kościstymi, wychudzonymi łapskami ściskając swe oklapłe uszyska. Kręcąc głową, wciąż powtarzał nie, nie, nie, nie!
- Panowie, mogę was prosić o spokój? - Nerateva przystanęła przy chłopcach, wprawnym okiem przyglądając się zawartości ich kotła. - Uciszcie skrzata i zajmijcie się tym, czym powinniście.
- Oczywiście. - Antonin z podziwem spojrzał na młodziutką nauczycielkę, podczas gdy stworzenie natychmiast umilkło, kryjąc zawstydzoną twarzyczkę w dłoniach.
- Przepraszamy - uzupełnił Igor, kiedy kobieta już ich wyminęła, zmierzając ku następnemu stolikowi. Antonin odprowadzał ją wzrokiem; suknia tak ponętnie opinała jej krągłe biodra. Dostrzegłszy to, Victor odruchowo odwrócił wzrok w bok, gdzie pracowała śliczna Nadia. Razem z nią stał Sevastian i wyjątkowo otyła dziewczyna o krótko ściętych kasztanowych włosach, Orlica.
- Ideał - mruknął Antonin.
Panicz Chikachev z zaskoczeniem spojrzał na przyjaciela.
- Tatiana?
Antonin nie odpowiedział, wciąż wpatrując się w piękną Neratevę, jego oczy niemal błyszczały w panującym półmroku. Igor pokręcił ze zdegustowaniem głową, chrząkając znacząco.
- Victor, mieszaj dalej - zarządził. - Zostały nam jeszcze trzy minuty...
Chłopiec uchwycił chochlę, przewracając nią kilka razy gęsty płyn wewnątrz osmolonego kotła.
- Powąchaj, to nie może już pachnieć gorzej - mruknął. - Na pewno jest gotowe...
- Barwa miodowa winna się zamienić w karmelową - przeczytał Antonin, zerkając Igorowi przez ramię na podręcznik do alchemii. - Zmieniła się? - zwrócił się do Victora, który przemieszał niedbale zawartość, nabierając w łychę kilka kropel płynu. Skrzywił się.
- Wyglądam na kogoś, kto potrafi to odróżnić? - prychnął. - Dajcie skrzata, zaraz sprawdzimy, czy działa.
W chwili, gdy Antonin sięgał ku drobnej istotce, chcąc przybliżyć ją w stronę garnca, za drzwiami komnaty rozległ się okrutny hałas; stukot obcasów, odgłos kopytek, dźwięk tłuczonego szkła. Victor upuścił chochlę, wszyscy zebrani w sali alchemicznej zerknęli ku wyjściu, ku drewnianym wrotom, które nagle pękły w pół, nie wytrzymując potężnego uderzenia racic ducha opiekuńczego Domu Kozicy. Srebrzyste zwierzę miotało się i wyło, jakby spłoszone, jakby ranione. Rzucało łbem - to w lewo, to w prawo - a znalazłszy się wewnątrz komnaty, dzikim galopem szalało pomiędzy zdezorientowanymi, przestraszonymi uczniami. To zniknęło, to pojawiło się gdzie indziej, aż w końcu, zbliżywszy się do jednego spośród kotłów, powstało na dwóch tylnych kopytkach, prężąc się dumnie, zaś przednimi potężnie waląc o garn. Jej eteryczne dotychczas raciczki na jedną krótką chwilkę przemieniły się w litą skałę, gdy zetknęły się z naczyniem. Kocioł przewrócił się, a wywar zalał posadzkę oraz jednego spośród skrzatów, mającego służyć jako obiekt doświadczalny; rozległ się jego okrutny, mrożący krew w żyłach wrzask. Maluch na klęczkach miotał się z bólu.
Elizaveta Nerateva z rozchylonymi w oszołomieniu ustami przyglądała się tej straszliwej scenie.
Dnia szóstego lutego tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego siódmego roku, ówczesny dyrektor Durmstrangu, Kararovich, zdecydował się ulec presji napływającej z Zachodu i wydał dekret, na mocy którego jego szkoła miała powrócić do korzeni, do początku swego istnienia. Dekret, na mocy którego szlamy nie miały prawa uczyć się w szkole, dekret, na mocy którego likwidacji miał ulec Piąty Dom, Casa Rupicapra Periculus. Kozica się przeciwko temu buntowała, kozica chciała chronić swych podopiecznych. Kozica nie mogła na to pozwolić.
- Confringo! - Niedługo po tym, jak duch zjawił się w komnacie, do jej wnętrza wpadł profesor Eltsin. Jego lokowane włosy potargał przeciąg, na czole błyszczały drobne kropelki potu. Wymachując różdżką, miotał zaklęcia, ani jednym nie trafiając w rozszalałego ducha.
- Confringo! Reducio! Diminuendo!
Białe światła błyskały, a kozica w końcu sama zniknęła, rozpływając się gdzieś w którejś ze ścian, nie pozostawiając po sobie najmniejszego śladu. Eltsin bez słowa wyjaśnienia wybiegł z sali, co sił gnając za duchem. Sparaliżowani strachem, zszokowani uczniowie nie poruszyli się aż do czasu, gdy nauczycielka podjęła się prób zapanowania nad sytuacją. Szybkim krokiem zbliżyła się do pokrzywdzonego skrzata; płachta jej sukni szeleściła, a obcasy butów stukały o starą drewnianą posadzkę.
- Szybko, niech to ktoś sprzątnie! Zabierzcie tego malca do skrzydła szpitalnego, no już! Szybko! Mówię!
Victor niepewnie spojrzał w stronę swoich przyjaciół; byli zaskoczeni, wszyscy, bez wyjątku. Chodziły plotki, że dyrektor podejmie się takich działań, ale nikt nie brał ich na poważnie - a może to wciąż nie działo się naprawdę? Może ona tylko demonstrowała swoje niezadowolenie, a może...
- Biedna - szepnęła Nadia. Zrównała się z Victorem, stając obok niego i spojrzała wprost w jego ciemne oczy, oczy, którym bezgranicznie ufała.
- Widziałeś? - zapytała. - Ona krwawiła. Zostawiała srebrzyste plamy, kiedy biegła. Chcą zamknąć mój dom, Dom Kozicy. Usunąć go z historii szkoły.
Victor wpatrywał się w niewidoczny punkt naprzeciwko siebie.
- Tak będzie bezpieczniej - odparł. - Nie chcą was narażać.
Dziewczyna pokręciła głową.
- Tutaj nie chodzi o nasze bezpieczeństwo, jestem pewna - powiedziała. - Tutaj chodzi o ideę. Victor... - Oplotła palce wokół jego dłoni. - Oni go zaczynają popierać. Sam-Wiesz-Kogo. Usuwając mugolaków ze szkoły, stają po jego stronie. To tchórzostwo, poddaństwo.
Nie odpowiedział.
- To bez sensu - dodała zrezygnowanym tonem.
Nie odpowiedział, bo z każdą chwilą coraz mocniej pokładał nadzieję w powodzenie czarnoksiężnika zwanego Lordem Voldemortem. Czy to - to, że będąc tak daleko stąd - że potrafił wzniecić tak wielkie zamieszanie, nie świadczyło o jego mocy, przeogromnej potędze? Że on, jeden człowiek, śmiertelnik jak wszyscy inni?
Minęła ich dwójka uczniów, niosących na prowizorycznych noszach ledwie żywego skrzata. Wcale nie wyglądał na takiego, którego dałoby się jeszcze uratować.
- Victor? - Oczy Nadii w jednej chwili zaszły łzami, dziewczyna uwolniła dłoń chłopca od swojego uścisku. Jej policzki zaczerwieniły się w gniewie. - Victor, ty... Ty nie masz nic przeciwko niemu!
Była tak niewinna, tak dobra, tak...
- Ciebie to wcale nie obchodzi! - oświadczyła oskarżycielsko.
Łypnął na nią kątem oka.
Tak, była też trochę głupiutka. Ale, mimo wszystko, śliczna.
- Oczywiście, że obchodzi - zapewnił - ale zrozum, że tak będzie lepiej. Dyrektor chce na pewno chronić dzieci, które pochodzą z rodzin mugoli. A ty dostaniesz przydział do innego domu.
- Ty... - Aż zaniemówiła.
Usłyszawszy dyskusję, Antonin zbliżył się do przyjaciela i zarzucił ramię na jego kark, ciągnąc go ku rozkawałkowanym drzwiom, gdzie profesor Nerateva drżącymi rękoma zbierała połamane deski. Uczniowie powoli opuszczali pomieszczenie, Igor wraz z Sorkinem sprzątali rozlany przez kozicę płyn.
- Chodź, pomożemy pani profesor. - Dolohov zaciągnął Victora ku kobiecie. Chłopiec, wdzięczny Antoninowi, bez wahania ruszył za nim, kilka razy oglądając się przez ramię na opuszczoną Nadię. Miała mocno zaciśnięte piąstki, czekała na Sevastiana i była wściekła jak nigdy.
Victor od lat nie lubił budzić się rano. Tutaj nie chodziło o lenistwo - którego szczyty i tak zdobywał - ani o wstręt, czy depresję; Victor po prostu nie miał motywacji. Nigdy nie był ambitny, nie przykładał się więc do nauki, a jego przyjaciele... Byli jego przyjaciółmi i nie wyobrażał sobie życia bez nich, ale przesadziłby, gdyby nazwał ich sensem swojego istnienia. Nadia, Nadia była cudowna. Śliczna, dobra, cichutka, niewinna, po prostu idealna. Ale jej obecność niczego nie zmieniała, bo w życiu Victora brakowało czegoś, co rozwiałoby nudę, a Nadia - bądź, co bądź - nudna i przewidywalna była.
Teraz Victor uwierzył w ideę, uwierzył w zbawienną misję lorda Voldemorta i gotów był o nią walczyć, tak postanowił. Bo to, co Śmierciożercy i ich przywódca chcieli osiągnąć, było dobre. Miało na celu uchronienie ich świata, przejęcie władzy dla lepszego jutra, ustanowienie nowego porządku, lepszego porządku. W pewnym sensie chodziło o wybudowanie całkowicie nowego świata. Bezpieczniejszego, pozbawionego niedoskonałości, tak zawsze mówił Antonin, kiedy wpadał w ten swój trans i zaczynał opowiadać.
Ostatnimi czasy to z tą myślą Victor budził się rano i ta myśl, o dziwo, pomagała mu wyjść rano z łóżka, stawić czoło kolejnemu dniu. Myśl o zmianach, które miały przecież nadejść. Które musiały nadejść. Które nadejdą. Sam nie wiedział, czy powinien żałować, że to wszystko działo się tak daleko od niego; może gdyby się działo bliżej, mógłby jakoś pomóc? Dołączyłby do nich, zrobiłby cokolwiek?
Tak jak i tego dnia, Marlene codziennie o tej samej porze pukała dziobem w szyby jego sypialni, dostarczając najnowszy numer Feniksa, dzięki któremu chłopcy mogli śledzić wszystkie wydarzenia. Ktoś otwierał jej okno, ona wlatywała i siadała na oparciu krzesła, wystawiając przed siebie lewą nóżkę, w której ściskała zwinięty w rulon papier drukarski. Tego dnia jednak, prócz gazety, u sowy znalazł się list wypisany na niedbale wyrwanym z dziennika papierze.
- Od Mishy - oznajmił zdumiony Victor, widząc niechlujny podpis brata pod tekstem. - Dziękuje za pomoc z Dearbornem.
- Pisałeś mu o tym? - zapytał Antonin. - Nic nie mówiłeś.
Blondyn stał przed lustrem, mrużąc oczy. W ręku trzymał brzytwę do golenia, którą właśnie zdrapywał zarost z twarzy; ostrze niebezpiecznie sunęło po jego delikatnej skórze.
Igor uniósł wzrok znad wertowanego przezeń podręcznika.
- Nie pisałem, wyleciało mi z głowy - odparł powoli Victor, siadając na skraju łóżka. - Nie mam pojęcia, skąd o tym wie.
- Co dokładniej napisał?
- Victorze - zaczął czytać - wiem, co wydarzyło się kilkanaście dni temu i chciałbym podziękować ci za pomoc, tobie i twojemu przyjacielowi, Antoninowi. Mam nadzieję, że Dearborn odpuści sobie prowadzenie dalszego śledztwa i w spokoju doczeka emerytury, siedząc nad papierami w swoim londyńskim biurze.
- Tylko tyle? - Igor zamknął książkę. - Nie ma zamiaru was przeprosić za to, że was w to wszystko wrobił?
Victor wzruszył ramionami.
- Jednocześnie cieszę się - czytał dalej - że nasze postulaty odniosły skutek, wtedy, kiedy będziesz czytał mój list, powinieneś już wiedzieć, o czym piszę. Szlamy mają zostać usunięte z Durmstrangu, a to niewątpliwie wielki krok w drodze do pełnego zwycięstwa w sprawie, o którą walczymy. I tutaj muszę prosić was o kolejną przysługę; nie pozwólcie, żeby odeszli bez echa. Ponoć mają się schronić na Talavacie, kiedy będą oczekiwać transportu powrotnego, zróbcie coś z tym. To śmieszne, żeby mieli ot tak sobie wyjść i wrócić, podczas gdy istnieje spore prawdopodobieństwo, iż w odwecie opowiedzą o naszym świecie większej ilości mugoli. Dobrze byłoby ich uciszyć.
Kilka perlistych kropel krwi pojawiło się na skórze Antonina, chłopiec zbyt mocno docisnął brzytwę; polała się drobna stróżka.
- Co? - Obrócił się ku Victorowi.
Idea, którą chłopcy chcieli poprzeć, nie obejmowała mordu.
- On chyba kpi - dodał. - Co on sobie wyobraża? Że pójdziemy tam i... - zawahał się. - I co? Zarżniemy ich jak świnie?
Panicz Chikachev pokręcił głową.
- To chore. Nie zrobię tego.
Igor wybuchnął histerycznym śmiechem, odkładając książkę na stojący przy jednej ze ścian regał.
- Nie rozumiecie! Nic nie rozumiecie! - krzyczał. - To nie prośba, to rozkaz! Nikt was się nie pyta o zdanie, oni wam każą to zrobić! Macie swój nowy świat, więc walczcie! Wleźliście do tego bagna, to się w nim babrajcie, ale pamiętajcie, że z niego już nie ma wyjścia! Że to jak więzienie, klatka, której nie da się opuścić, że sami zgodziliście się uwiązać się na łańcuchu!
- Igor, my się na nic...
- Zgodziliście się, idioci! - warknął. - Zgodziliście, zanosząc tę cholerną paczkę na Talavat, nie sprawdzając wcześniej jej zawartości! Nam nie wolno chodzić na Talavat, nie pamiętacie? Nie wolno! Poleźliście, to macie!
Za plecami Victora, za oknem, rozległ się donośny trzask, jakby wybuch, eksplozja. Wszyscy troje odwrócili się i spojrzeli w stronę, z której ów dźwięk nadszedł; Victor poczuł, jak jego serce poczęło pędzić w zawrotnym tempie, miał spocone dłonie. Blady strach wstąpił na twarze trojga przyjaciół.
- Co, do...
Chwilkę później na parapecie ich pokoju pojawił się przygarbiony skrzat domowy. Objąwszy czarodziejów nienawistnym spojrzeniem - zapewne pogłoski o niedawnej śmierci pobratymca już obiegły skrzaci półświatek - otworzył okno i zerknął przezeń. Stał na przykurczonych nogach, a nieludzko wyłupiaste ślepia nadały mu wygląd przerośniętej żaby.
- Poszły! - wrzasnął skrzekliwie w dół. - Idziemy dalej!
- Co... - Victor szybkim krokiem zbliżył się do okna i odepchnąwszy malucha, wyjrzał na zewnątrz. Trzy kolejne skrzaty stały w śniegu, wyraźnie przyglądając się dachowi fortecy. Spojrzał na stworzenie, które wdarło się do ich sypialni.
- Co się tutaj dzieje? - zapytał Igor.
Skrzat z żałosną godnością otrzepał o siebie dłonie, strzykając uszami.
- Strącamy sople - oznajmił, wyskakując na zewnątrz. Victor ze złością zatrzasnął za nim okno.
- Już myślałem, że... - Antonin uśmiechnął się kpiąco. - Nie, to śmieszne. Co niby mamy teraz zrobić z tym cholernym Talavatem?
Victor z powagą spojrzał na przyjaciela. Nie wiedział. Idea była słuszna, ale istniały też granice, których się nie powinno przekraczać, które należało uszanować.
- Rozwalmy tę budę, Victor - dodał. Jego głos był niepewny, nieco smętny. - Wystarczy trochę ognia, a Halabarda spłonie.
Igor fuknął, miażdżąc wzrokiem Dolohova.
- Chcesz spopielić dziesiątki dzieciaków, a przy tym innych gości pubu?
- Nie! Chcę to zrobić zanim oni tam dotrą; nikt nam nie zarzuci, że nie wywiązaliśmy się ze swojego zadania, a, przy odrobinie szczęścia, nikomu nie stanie się krzywda.
Victor skinął głową, łypiąc okiem na list od brata. Nie doczytał końcówki.
... Cieszę się, że stanąłeś po stronie rebelii, Victorze. Zaklęcie - klucz do Waszego zadania to Morsmorde, nie zapomnijcie o nim, kiedy już wszystkiego dopilnujecie.
W jednej i tej samej chwili, Victor poczuł wstręt, dumę i strach. Nie mógł uwierzyć, że brat wciągnął go w swoją grę bez słowa wyjaśnienia, że z góry założył, że tak być powinno, że niemal zmusił go do wzięcia w tym wszystkim udziału. Jednocześnie - czy to nie było właśnie tym, czego chciał, czego pragnął?
Ale, jeśli tego pragnął, to czy na pewno był w stanie sobie z tym poradzić?
Komentarze (0). Dodaj
0 komentarzy
Następne Poprzednie
Ishie +
Klaryś =
shablon. Jak zawsze!