Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

IV Talavat

Uchodzić za wzorowego ucznia Durmstrangu wcale nie było łatwo. Stosując niemal wojskowy dryl, dyrekcja dokładała wszelakich starań, ażeby jej latorośle wyrosły na czarodziejów zdyscyplinowanych i szanujących wyższe instytucje, na ludzi pracowitych, samodzielnych i odpornych psychicznie, na ideały, na ludzi przyszłości.
Tyle, że wszyscy młodzi ludzie - niezależnie od miejsca i epoki - mają to do siebie, że przymusu jako takiego zwyczajnie w świecie nie lubią.
Zarówno Victor, jak i Antonin od zawsze mieli problemy z podporządkowaniem się, słusznej przecież, woli nauczycieli. Oboje, pomimo licznych napominań ze strony nauczycieli, pomimo kilkunastu listów wysyłanych do domów rodzinnych, pomimo wielu przykrych uwag z ust Igora, czy też pomimo tysiąca krzywych spojrzeń, którymi co dzień obdarzał ich starszy domu, wciąż mieli w głębokim poważaniu większość spośród niewygodnych punktów szkolnego regulaminu.
Jedną z zasad, której sensu za nic pojąć nie mogli i która co rok sprawiała im niemało kłopotów, była ta, na mocy której nie wolno było im opuszczać terenu szkoły począwszy od dnia pierwszego września aż do dwudziestego czerwca, nie licząc krótkiej, bo trzytygodniowej przerwy świątecznej rozpoczynającej się początkiem stycznia. [1] Niestety, nuda niejednokrotnie wkradała się na zamkowe tereny, a wówczas chłodne, ponure mury szkoły nie potrafiły już dostarczyć chłopcom tyle rozrywki, ile faktycznie było im potrzebne.
Istniało jednak pewne prawie bezbolesne rozwiązanie: nieopodal, bo zaledwie kilkanaście kilometrów wgłąb Kotliny Kursova, znajdowało się miejsce zwane Talavatem - średniej wielkości górska wioska, w której świat mugoli zlewał się ze światem magii. Pomimo braku racjonalnych argumentów dyrekcja zabroniła swoim uczniom nawiedzać tereny urokliwego miasteczka.

To było piątkowe popołudnie szesnastego grudnia, kiedy Victor wreszcie zaprzestał przyglądania się tajemniczej paczuszce otrzymanej w liście od brata i wrzucił ją do kieszeni znoszonych spodni, by, opatuliwszy się pierwej grubym, ciepłym płaszczem, wraz z Antoninem udać się na osławiony Talavat.
Pogoda im sprzyjała; wiatr złagodniał, a popieszczony nad ranem ciepłymi promieniami słońca śnieg podtopił się nieco, czyniąc trasę możliwą do przebrnięcia.
Kiedy chłopcy dotarli na miejsce, mała wskazówka zegara stanęła gdzieś pomiędzy godziną czwartą a piątą. Przystanęli na rozstaju dróg otoczeni zewsząd malowniczymi chatkami wioski. Architektura tego miejsca miała nader osobliwy charakter; strzeliste dachy pięły się wysoko w górę, a mury płonęły dziką czerwienią nagich cegieł. Okna budynków zdobiono wielobarwnymi witrażami, do których doczepiano zasuszane witki czosnku.
Amulety na nocne upiory? Być może.
Tłumów nie ujrzeli, gdzieniegdzie tylko pojawiali się mieszkańcy Talavatu - głównie mugole. Starsi przed domami, na ganeczkach, młodsi w ogrodach, lepiąc bałwany, czy zabawiając się na inne sposoby.
- Nie korciło cię, by sprawdzić, co jest w środku? - zapytał Dolohov, zrzucając z głowy kaptur. - Ja bym to już dawno odpakował.
Victor uśmiechnął się pobłażliwie i wcisnąwszy dłoń pod poły płaszcza, musnął palcami przesyłkę, chcąc upewnić się, czy nie zgubił jej w drodze.
- Nie jestem tobą - przypomniał. - Misha nie pisał, że mam to otworzyć. Pisał, że mam to przekazać niejakiemu Rollinsonowi.
Blondyn uniósł w górę prawą dłoń i złożywszy zmrożone palce w prowizoryczną szczękę, fizycznie, niewerbalnie począł naśladować paplaninę przyjaciela.
- Jesteś pewien, że warto? - zapytał rozeźlony. - Jeżeli twój brat stroi sobie z nas żarty, przysięgam ci, że jutro przekażę mu osobiście, co nim myślę! Czeka nas egzamin z czarnej magii, cały nasz rok siedzi teraz w bibliotece, zakuwając materiały od Dratsheva!
- Gdybym cię tu nie wyciągnął, pewnie byś się teraz uczył, co? - zironizował, zerkając kątem oka na Antonina. Wiedział doskonale, że Dolohov garnął się do książek jak... Jak przysłowiowa czarownica do wody, prawdopodobnie. - W lewo? - zawahał się Victor, w niepewności przystając na rozwidleniu. - Nie byliśmy tutaj chyba od września...
Antonin w skupieniu rozejrzał się na boki. Na prawo od nich stał wiekowy dąb o krętym olbrzymim konarze i nienaturalnie powyginanych, złowrogich gałęziach.
- W lewo - przytaknął.
Ruszyli, ciągnąc za sobą nieprzytomne spojrzenie starszej, przygarbionej kobieciny o twarzy bezlitośnie przeoranej zmarszczkami, siedzącej na ławie przy jednym z mniejszych domostw, które mijali. Wspierała się na sękatej lasce, a głowę kryła przed zimnem pod grubą, bawełnianą chustą dzierganą w kolorowe, kwieciste wzory. Pod nosem mruczała starą piosnkę, niemiłosiernie fałszując jej melodię.

... Rozsądek mi szepcze - też zginie.
I życie, gdy przyjrzeć się bacznie, z goryczą to wyznam,
Jest żartem niemądrym jedynie. [2]


Kiedy ją minęli, Victor obrócił się mimowolnie i chociaż jej nie przyłapał, to przysiąc mógłby, że staruszka śledziła ich wzrokiem.
Kim byli ci ludzie, którzy tu mieszkali? Mugole wśród czarodziejów, czarodzieje wśród mugoli? Inni uczniowie przyzwyczaili się już do Talavatu na tyle, by nie widzieć w nim niczego dziwnego, jednak dla Victora miejsce to zawsze sprawiało wrażenie magicznego. Niepokojąco magicznego.
Solidne wrota Halabardy opatrzono znakiem kameleona; wyryto na nich obrzydliwie uśmiechniętego, wielobarwnego jaszczura, oplecionego wokół wąskiej gałązki klonu o złotych liściach. Podobno miejsce to miało kilkusetletnią tradycję. Skąd więc kameleon na drzwiach? Skąd tutaj, na północy Rosji?
Drzwi pubu zawyły złowieszczo, kiedy tylko Antonin je pchnął. Ze środka budynku wylała się duchota, ukrop i gorąc; najwyraźniej ogrzewanie działało tam na podwójnych, jeśli nie na potrójnych obrotach. Chłopcy weszli do środka.
Kilkanaście krągłych, drewnianych stolików tłoczyło się w głównej sali - w pomieszczeniu raczej sporych rozmiarów. Na ścianach porozwieszano zwierzęce skóry, zaś blask świec był jedynym, który rozświetlał tamtejsze mroki. Victor postąpił dwa kroki do przodu. Zatęchła starością podłoga skrzypiała. Zwykle o tej porze w Halabardzie było gwarno, głośno - wagarowicze upijali się trunkami nieznanego pochodzenia, a prawowici mieszkańcy Talavatu dyskutowali w oparach czarnej kawy nad ostatnimi wydarzeniami, czy interesującymi tylko nich samych plotkami rodzinnymi. Jednak dzisiaj - dzisiaj panowała tutaj cisza. Niezdrowa, niczym niezmącona, wręcz idealna cisza.
Chikachev i Dolohov spojrzeli po sobie, następnie rozglądnęli się po przestronnej komnacie. Dwóch mężczyzn dyskutowało o ostatnich wiadomościach, które przyszły z Moskwy - to musieli być mugole, czarodzieje nie interesowali się światem niemagicznym. Z samego tyłu sali nad maleńkim kielichem dumał młodzian o słomianych włosach ułożonych na kształt grzybka. W oczach miał krew, a kiedy sięgał po naczynie, jego dłoń drżała. Czyżby alkoholik?
Zza kontuaru dybał stary Petr Marinin, właściciel Halabardy. Jego córka Sasha, dziewczyna o brzydkiej, pociągłej twarzy i czarnych jak smoła, wiązanych z tyłu głowy w koński kuc włosach, krzątała się po okolicy, ścierając kurz ze starych parapetów. Pracowała tutaj jako kelnerka.
Antonin szturchnął przyjaciela.
- Wygląda na to, że jeszcze go nie ma... - zawahał się. - Misha nie podał ci dokładnej godziny?
- Tylko datę - Victor wskazał dłonią na pobliski stolik. - Usiądźmy. Kto wie, ile to potrwa.
Kiedy tylko chłopcy zajęli miejsca, Sasha w mgnieniu oka zjawiła się przy nich.
Znali ją, pamiętali. Zaczęła chodzić do Durmstrangu w tym samym czasie, co i oni. Półtora roku temu wyrzucono ją za mierne wyniki w nauce; jej rodziców nie było stać na wysłanie jej do innej szkoły - w końcu najbliższa znajdowała się w Japonii, kawał drogi stąd. Sasha została więc na Talavacie. Na kilka tygodni, jak mówiła z początku. Żeby stanąć na nogi.
Albo już na zawsze, jak mówili wszyscy inni.
- Cześć - przywitała ich, uśmiechając się sztucznie. - Przynieść wam coś?
Mogli tylko przypuszczać, jak bardzo się czuła zażenowana, kiedy spotykała w Halabardzie dawnych znajomych, jak wielka to była dlań wstyd i sromota.
- Przynieś piwo. - Odpowiedział Antonin, spoglądając pytająco na przyjaciela. Ten skinął ugodowo głową. Sasha posłała chłopcom kolejny obrzydliwie sztuczny uśmiech i już się odwracała, kiedy zatrzymał ją zachrypnięty głos młodego Chikacheva.
- Co tu tak cicho? - zapytał.
- Nic nie wiecie? - zdziwiła się.
Dziewczyna pokręciła nosem, szepnęła coś i odeszła, by zrealizować zamówienie. Kiedy wróciła, z hukiem postawiła na ich stoliku dwa pękate kufle, po czym bez gracji, bez wdzięku usiadła na trzecim, ostatnim wolnym krześle przy chłopcach.
- Chodzi o te morderstwa - szepnęła konspiracyjnie. - Te na Zachodzie. Mówią, że Śmierciożercy pozwalają sobie na coraz to więcej. Kilka dni temu zaginęła pracownica ministerstwa magii, pierwsze podejrzenia padły na nich. Dzisiaj rano znaleziono ją półżywą na przedmieściach Birmingham. Najprawdopodobniej potraktowano ją jakąś straszliwą klątwą, kobieta nie pamiętała, kim jest, nie pamiętała, kto jej to zrobił, nie pamiętała kompletnie nic. Prócz jednego nazwiska... - wzdrygnęła się. - Nazwiska brzmiącego Voldemort. Ponoć powtarzała je i powtarzała, raz za czas dodając doń tytuł lorda. A potem...
Dziewczyna westchnęła cicho, spuszczając wzrok w podłogę.
- A potem przestrzegła wszystkich przed mrocznym znakiem, który miał się ukazać na niebie. Opisała go jako węża wypełzającego ze szczęk nagiej czaszki, wyobrażacie to sobie? - syknęła. - Wąż, kości... Ciarki mnie przechodzą, kiedy tylko o tym myślę! - Objęła się wątłymi ramionami, krzywiąc usta w grymasie żalu i smutku. - Niecałe trzy godziny temu nad domem tej kobiety ukazał się symbol, o którym mówiła. Jej dzieci, jej mąż... - głos Sashy się załamał. - Wszyscy martwi. Zamordowani!
Potrząsnęła głową, chcąc zaprzeczyć własnym słowom.
- Nie, nie zamordowani! Oni zostali zarżnięci! Zarżnięci jak świnie!
Victor poczuł, jak oblewa go chłodny, nieprzyjemny dreszcz. Dreszcz strachu, dreszcz grozy.
- Ten znak...
Antonin przytaknął.
- Był na kilku zdjęciach w ostatnich artykułach Feniksa.
- Voldemort... - szepnął Chikachev, smakując głosek.
Sasha wzdrygnęła się ponownie, zrywając się z krzesła.
- Cicho! - syknęła. - Słabo mi się robi, kiedy słyszę to okropne imię! Mam nadzieję, że szybko złapią drania i to wszystko się skończy!
- Sasha! - Stary Marinin wrzasnął, przywołując do siebie córkę.
- Już idę, tatko! - odkrzyknęła szybciutko, przecierając szmatką stolik chłopców.
- A jak moja siostra? - zapytała jeszcze. - Wszystko w porządku?
Pośród społeczności szkolnej, Arina figurowała jako ta ładniejsza, mądrzejsza, zdolniejsza; jako ta lepsza siostra Sashy. Chłopcy nie kryli zdumienia - nie sądzili, że dziewczynę zainteresuje los młodszej. W końcu małolata na każdym kroku przypominała siostrze, że ta nie dorównuje jej do pięt, w związku z czym obie panny nigdy za sobą nie przepadały... a może tylko sprawiały takie wrażenie? Może to tylko gadanie Ariny?
- Ma się świetnie - odpowiedział zdezorientowany Dolohov.
- Sasha! - Właściciel pubu tracił cierpliwość.
Przewróciwszy oczyma, dziewczyna czym prędzej pobiegła do ojca.
- Jak myślisz, kim on jest? - zapytał Antonin, spoglądając na przyjaciela. - Ten facet, który jest za to wszystko odpowiedzialny?
- Ujawnił się - dodał, nim Victor otworzył usta. - Nazywa się Voldemort. Grindelwald jest więc przeszłością, to nie on...
Z powagą spojrzał na Chikacheva.
- Bałem się, że wrócił. Że go wypuścili, że jakimś cudem - urwał, zbierając myśli. - Ale to nie tak, to nie on, ten psychol jest kimś zupełnie innym. Rozpętał wojnę, która jeszcze do nas nie dotarła. Ale która kiedyś dotrze. Więc... Kim on jest? - ponowił pytanie, spoglądając w ciemne oczy Victora.
Lord Voldemort, twórca nowego porządku, potwór. Jakie czekało na niego fatum? Tryumf, czy zguba? Czas miał niebawem pokazać.
- Naiwnym głupcem, Tony. Nie wiem, naprawdę nie wiem. Ale... - zawahał się, - ale czuję, że go wszyscy popamiętamy.
Antonin pokręcił głową.
- Czystość krwi? - zapytał cicho. - Myślisz, że to prawda, co mówią, co piszą?
Knot łojowej świecy zaskwierczał, trawiony wciąż kwitnącym płomieniem.
- Może... - odpowiedział.
Mówili półgłosem, nie chcąc, by inni goście ich usłyszeli. Blondwłosy alkoholik wciąż trwał bez ruchu, a dwaj mężczyźni nadal konwersowali zawzięcie między sobą, posilając się złocistym trunkiem zaklętym w pękatych naczyniach.
- Likwidacja szlam? Przecież to... To niemal niemożliwe - zamyślił się Dolohov. - Jest ich zbyt wiele, zbyt trudno znaleźć rodziny czystokrwiste, zwłaszcza na zachodzie. I cholernie trudno je utrzymać bez mieszańców.
- Niemal?
Nie oceniali, ani jeden, ani drugi. Nie byli "za", ani nie byli "przeciw". Zwyczajnie obserwowali nieuniknione, śledzili historię. Los mugolaków przedstawiał im się obojętnie, wszak osobiście żadnego bliżej nie poznali. Czy lepiej byłoby bez nich, czy też gorzej - któż mógł to wiedzieć?
Może rzeczywiście nie byli tak pojętni, ani tak zdolni jak prawdziwi czarodzieje, aczkolwiek... Komu zawadzali? Byli, po prostu byli. A likwidacja ich do cna zdawała się być pomysłem zgoła szalonym i prawie nierealnym.
Drzwi pubu otworzyły się ponownie niecałe pół godziny później. Chłopcy zdążyli osuszyć kufle i przedyskutować ostatnie wydarzenia, kiedy do Halabardy w asyście chłodnego powietrza z zewnątrz wkroczył niski, nieco krępy mężczyzna okryty szmaragdowym płaszczem z małym, czarnym melonikiem na głowie. Wspierał się na wąskiej, wściekle czerwonej laseczce.
Poznasz go, pisał Misha.
Victor wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Antoninem. Któż to? Przyjaciel Michaiła, czy wioskowy idiota? Bez wątpienia jedno z dwóch. Chłopiec dźwignął się z krzesła, chcąc zaprosić nieznajomego do stolika, wypytać o tożsamość, jednak - jak się okazało - taka potrzeba wcale nie nadeszła. Napotkawszy się na spojrzenie Victora, mężczyzna z rozbrajającym uśmiechem zbliżył się do ich stolika.
- Rollinson - przedstawił się, ściskając mocno dłoń młodego Chikacheva. - Ty musisz być Victor, chłopcze - powiedział - wyglądasz zupełnie jak twój brat.
Kąciki ust obu chłopców drgnęły nieznacznie; Rollinson mówił z takim śmiesznym, obcym akcentem, typowym dla ludzi Zachodu.
- A to pewnie... - przeniósł wzrok na Antonina.
- Dolohov - przedstawił się blondyn. - Przyjaciel.
- Ach.
Rollinson uśmiechnął się promiennie, i ściągnąwszy z głowy zabawny kapelusik, raz i drugi chuchnął w zmarznięte dłonie.
- Piekielnie zimno - rzucił, rozcierając zarumienione mrozem policzki. Zawsze tu tak o tej porze roku? Do tego mugole, wszędzie mugole, mnóstwo mugoli! Trzeba bardzo uważać z magią, jak wy to znosicie na co dzień?
Na te słowa obaj chłopcy rozejrzeli się instynktownie po pomieszczeniu - czy ktoś go usłyszał? Zdawało się, że nie, inni goście wciąż zajmowali się swoimi sprawami.
- Talavat właściwie nie jest... - Antonin podjął się próby wyjaśnienia, jednak mężczyzna nie dał mu dojść do głosu.
Chłopcy wiedzieli, że polubienie tego mężczyzny byłoby naprawdę, ale to naprawdę trudnym zadaniem.
- Herbaty! - ryknął za krzątającą się za barem Sashą. - Byle ciepłej!
Nieco cichszym tonem zwrócił się do Victora i Antonina.
- A teraz, jeśli można, przejdźmy do naszych spraw. Macie coś dla mnie?
Ciemnowłosy sięgnął do kieszeni, wyjmując zeń zielonkawą paczuszkę, którą to wnet położył na stole.
- Misha prosił, żeby to panu przekazać - oznajmił, lustrując wzrokiem nieznajomego. - Nie wiem, co jest w środku.
Mężczyzna pokręcił niewyraźnie nosem, biorąc w dłoń przesyłkę. Przez krótki czas ważył ją w ręku, aż w końcu uśmiechnął się nienaturalnie szeroko.
- Doskonale! - ucieszył się. - Uncja niewielka, lecz pana brat zrobił zapewne wszystko, co było w jego mocy. Pięć galeonów, na tyle się umawialiśmy. Pan ma podobno przekazać pieniądze bratu.
Złote monety zalśniły na blacie, odbijając blask bijący od pobliskich świec. Victor ściągnął je bladą dłonią do kieszeni spodni. Pięć złotych galeonów, pięć. Dla niejednego niemała fortuna.
- Przekażę mu - powiedział powoli, kątem oka obserwując nadchodzącą Sashę.
Niosła na rękach srebrzystą tacę z ułożoną nań porcelanową filiżaneczką; wraz z nią przybył gorzki zapach parzonej herbaty. Położywszy naczynie przed Anglikiem, obeszła stolik, by zabrać puste kufle chłopców.
- Zmywajcie się - szepnęła cichuteńko. - Widziałam przez okno profesora Federova, zmierza do Halabardy.
Victor przeklął siarczyście, zrywając się z miejsca, Antonin prędko podążył w ślad za nim. Oboje wiedzieli, że gdyby spotkali nauczyciela, zdarzenie to mogłoby się skończyć dla nich doprawdy fatalnie.
- Panie Rollinson, pan nam wybaczy - jęknął ciemnowłosy, spinając poły płaszcza. - Ale na nas już pora...
- Naturalnie. - Mężczyzna rozparł się wygodnie na krześle, zakładając nogę na nogę i odpaliwszy wyjęte przed momentem cygaro, całkowicie stracił zainteresowanie rozmówcami.
Tymczasem chłopcy już dopadli drzwi, już pchnęli klamkę, kiedy niefortunnym zbiegiem okoliczności wpadli prosto na profesora Federova.

Gdy wrócili do zamku, gdy znaleźli się w okolicach Wilczych Nor, powitała ich jeno niewysłowiona cisza i nieogarnięty mrok. O tej godzinie starsze roczniki zazwyczaj zabawiały jeszcze w pokoju wspólnym, jednak tego wieczoru najwyraźniej nauka wyczerpała wszystkich uczniów do cna; czarna magia nie należała do najprostszych przedmiotów, a nie pozostawiało wątpliwości, iż profesor Dratshev bardzo się postara, ażeby egzamin stanowił kolosalne wyzwanie dla przystępujących doń młodych adeptów arkanów magii.
Następnego ranka słońce długo nie wstawało, ciemności nie przemijały, a mroźny wicher prześlizgiwał się do pomieszczeń przez nieszczelne okna. Na zewnątrz rozpętała się prawdziwa lodowa nawałnica - smagany wiatrem śnieg uderzał w szyby z głośnym łomotem i z potężną siłą.
W pogodę taką jak ta, pewnym było tylko jedno - epidemia zachorowań na przeziębienie i grypę. Victor obudził się drżąc z zimna i z zatkanym nosem, oraz z grzesznymi myślami, w których to łajał szkolny zarząd za brak zainteresowania zamkowym ogrzewaniem. Naciągnąwszy kołdrę pod samą brodę, łypnął okiem na bok, na kolumienkę, podtrzymującą baldach swego łóżka. Nayatie, ciemna, naznaczona czarnymi jak atrament plamami nocówka Igora wspięła się na sam jej szczyt, spozierając na Victora wyłupiastymi ślepiami.
- Igor, to znowu łazi po moim łóżku! - jęknął w powietrze.
Młody Karkarow stał tuż obok, ubrany, umyty, gotów do porannych zajęć. Uśmiechnąwszy się, wziął jaszczurkę w dłoń.
- Po prostu cię lubi - oświadczył rozbawiony.
Z drugiego końca pokoju rozległ się umęczony jęk Antonina.
- Bądźcie ciszej, próbuję spać!
Igor westchnął z politowaniem.
- Śniadanie będzie za dziesięć minut, zbierajcie się - powiedział. - Na pierwszej lekcji mamy egzamin z czarnej magii.
Victor i Antonin wydali z siebie zgodny, przepełniony niewyobrażalnym dla zwykłego, prostego człowieka bólem jęk.

Rytuał spożywania posiłków w szkole Durmstrang wiązał się ze ściśle respektowaną etykietą. Na salę jako pierwszy wchodził dyrektor Kararovich, w ślad za nim zastępca, a później nauczyciele - wpierw starsi, potem młodsi - następnie starszyzna domów i na końcu uczniowie w kolejności od najwyższych do najniższych roczników. W tejże też kolejności równe trzydzieści minut później opuszczano komnatę. Spóźnionych nie wpuszczano na salę wcale.
Zastaw nigdy nie przenoszono za pomocą magii - kilkanaście skrzatów domowych obsługiwało wszystkie stoliki manualnie. Maluchy rozkładały talerze, podawały żywność, rozlewały napoje, ścierały ewentualne nieczystości. Wszystko zgodnie z tradycją.
Bezwarunkowo nakazywano zachowywać idealną ciszę i wszelakie rozmowy podczas posiłków karano nadzwyczaj ostro - przynajmniej do czasu, aż z sali nie wyszedł dyrektor Kararovich. Względem jego osoby wymagano ogromnego szacunku. Zawsze i wszędzie.
U progu wejścia do pomieszczenia zawsze stali Kazimir i Andrei, dwaj pomocnicy woźnego, którzy bacznie przyglądali się strojom i ogólnemu wyglądowi wchodzących. Co bardziej zaniedbanych zatrzymywali, by odesłać z powrotem.
Igor, Victor i Antonin wielokrotnie mieli z nimi kłopoty ze wzgląd na swoje włosy, wszyscy troje mieli je zbyt długie, niż - przynajmniej w mniemaniu nauczycieli - przystało na kulturalnego, młodego człowieka, jednak chłopcy nie mieli najmniejszego zamiaru zmieniać fryzur.
To był jawny bunt. Ich prywatny, młodzieńczy bunt przeciwko konserwatywnym zasadom starszego pokolenia.
Podczas śniadania chłopcy zauważyli, że przy stole nauczycielskim zabrakło profesora Federova - podobnie jak wielu innych, jego również dopadło przeziębienie. Belfer pozostał w łóżku, grzejąc się pod kocami, a - co przekazał im starszy Ivan - przywilej wymierzenia im kary za wczorajszy wybryk przejęła piękna profesor Nerateva.

Egzamin z czarnej magii nie był najtrudniejszym, jaki Victor miał okazję pisać podczas swej długoletniej, szkolnej kariery. Na twardym, zimnym krześle usiadł z gulą zastygłą w zasuszonym gardle, myślami nawoływał do pomocy duchów zmarłych przodków, zaś wzrokiem szukał otuchy u porozstawianych w innych częściach komnaty przyjaciół.
Kiedy tylko otrzymał pergamin z wypisanymi nań zadaniami, przejrzał go dokładnie, oceniając swoje marne szanse na przetrwanie. Pytanie pierwsze odnosiło się do jego wiedzy z zakresu klątw, do ostatnich lekcji. Obleje na pewno, ostatnio był zajęty czymś zupełnie innym. Pytanie drugie... Wypisz argumenty "za" i "przeciw" korzystaniu z żywych komponentów alchemicznych pochodzenia białomagicznego w magii nekromantycznej. Chodziło o krew jednorożców, pył niektórych chochlików i tak dalej? Każde dziecko by na to odpowiedziało. Victor wiedział, że napisze przynajmniej połowę z zakresu obowiązkowego i bez trudu wymyśli kilka własnych. Dalej - Przedstaw tezy Heinricha Corneliusa Agrippy, opisz je, odwołując się do życiorysu czarnoksiężnika oraz rzeczywistości, w której żył. Agrippa, Agrippa - chłopiec w myślach kilka razy powtórzył przeczytane nazwisko. No jasne, Agrippa! Dratshev kazał mu przygotować referat na jego temat kilka tygodni temu. Jeśli się skupi, na pewno przypomni sobie sporo istotnych faktów. Ostatnie zadanie dotyczyło nakładania wilkołactwa; tematyka niezwykle bliska sercu młodego Chikacheva. Ludzie-psy od zawsze go fascynowali.
Odetchnął, odrzucając z czoła przydługą grzywę i oparłszy się o krzesło, zanurzył pawie pióro w ciemnym atramencie.
I znowu mu się upiecze.

Był już wieczór, kiedy Victor i Antonin wspięli się na szczyt wieży alchemicznej, gdzie profesor Nerateva miała lekcje z mieszaną grupę pierwszorocznych uczniów domu Kozicy i Orła. Wzdłuż prowadzącego doń korytarza leżał długi, szkarłatny, uwieńczony misternymi zdobieniami dywan, a ściany zdobiły niezwykłe gobeliny; wszystko jak z obrazka starej książki. Kto jak kto, ale Elizaveta Nerateva nie była kobietą pozbawioną gustu.
Zapukawszy wcześniej w mahoniowe drzwi, weszli do środka.
Przyjemny zapach parzonego lubczyku pieścił zmysły, a drobne listeczki pasternaka pływały w rozjuszonym powietrzu.
Pierwszaki zebrały się w kilkuosobowe grupki, otaczając kilkanaście mosiężnych kotłów, w oparach barwy jasnego fioletu, z zapartym tchem i szeroko otwartymi oczyma wpatrywały się w bulgoczący wywar.
Na samym końcu komnaty, za potężnym biurkiem, siedziała nauczycielka. Piękna jak zwykle - ubrana w jedwabną suknię barwy gorzkiej czekolady, z przepiękną gawroszką zawiązaną na smukłej szyi.
- Wejdźcie, chłopcy - zaprosiła ich do środka. - Mam się wami zająć w zastępstwie za profesora Federova.
Jej melodyjny głos przepełniał komnatę prawdziwą magią, kiedy rozchylała ponętne, szkarłatne usta.
- Przyda mi się pomoc silnych, męskich rąk - dodała, wspierając brodę na splecionych palcach. - Później mam zajęcia jeszcze z trzema grupami, będziecie wolni po dwudziestej.
Dziewczynki i delikatniejsi chłopcy z młodszych roczników często mieli kłopoty na zajęciach z alchemii. Szkolne kotły były potężnej wagi, a więc zwykłe przesunięcie ich, czy rozpalenie podeń ognia niejednokrotnie przysparzało dzieciom nie lada problemów. To samo tyczyło się twardszych korzonków, czy innych komponentów, których pokrojenie wymagało dołożenia siły. Z tejże przyczyny wielu nakrytych na podłych uczynkach nicponi i wagarowiczów, musiało rehabilitować się poprzez uczestniczenie w lekcjach klas młodszych, pomagając dzieciom przy tworzeniu eliksirów. Kilka godzin spędzonych w przygarbionej pozycji, w oparach magicznych wywarów czy soków roślinnych, zwykle starczało, ażeby wybić z głowy młodocianym chuliganom podobne pomysły na przyszłość.
Victor właśnie pomagał małej Kalince siekać twarde, zasuszone łodyżki solanum, kiedy łypnął okiem na siedzącego przy grupce innych dziewczynek Antonina.
Wzrok blondyna błądził przy sylwetce przechadzającej się pomiędzy kotłami Elizavety, a w oczach chłopca, w jego oczach błyszczał jakby dziwny ogień, wiązanka krytych przed światem uczuć, jakaś dziwna niemoc.
W jego oczach gorało pożądanie.
Uchodzić za wzorowego ucznia Durmstrangu wcale nie było łatwo, kiedy wokół czaiło się tak wiele pokus.


[1] Akcja toczy się w prawosławnej Rosji. W związku z późnym odrzuceniem kalendarza juliańskiego przez kościół, święto Bożego Narodzenia obchodzone jest siódmego stycznia.
[2] M. Lermontow.

Komentarze (0). Dodaj



0 komentarzy
Następne Poprzednie




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!