Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

III Alea iacta est !

Lśniący majestatycznym blaskiem i z daleka pachnący starością gramofon ustawiony na drewnianym kredensie w kącie sali chybotał się delikatnie w rytm spokojnej, delikatnej muzyki Prokofieva, którą sam wygrywał. Subtelne, ciche dźwięki pianina zapełniały zatęchłą w pomieszczeniu ciszę, a tańczące za brudnymi szybami drobiny śniegu sklejały się z sobą i wirowały w magicznym, tak nienaturalnie podniosłym walcu. Raz za czas dmuchnął potężny, górski wicher.
Chłopcy siedzieli na potężnych, królewskich fotelach o miękkich, satynowych obiciach barwy dzikiego szkarłatu, które otaczały kwadratowy, mahoniowy stół. Antonin i Igor spoglądali wyczekująco na Victora, który ze skupieniem wymalowanym na bladej twarzy zamachnął się dłonią, wyrzucając zeń pięć maleńkich, drewnianych sześcianków z naznaczonymi nań czarnymi kropkami na lakierowany blat mebla. Stukot rzuconych kości przez krótki czas wędrował pomiędzy głośną ciszą komnaty.
- Dwa, dwa, trzy, pięć, sześć - odczytał wynik Dolohov i zgarnął kości, uśmiechając się pod nosem. - Nie masz dzisiaj szczęścia, przyjacielu!
Victor westchnął, od niechcenia wzruszając ramionami.
- Nie w tym, to w czym innym - mruknął.
Wskazówki zegara wiszącego ponad ich głowami przesunęły się leniwie na dwudziestą trzecią godzinę, komnata powoli pustoszała. Gramofon umilknął. Ci nieliczni, którzy pozostali, okupowali co wygodniejsze sofy i kanapy, zwykle w milczeniu, czasem tylko nieśmiało szepcząc między sobą, dyskutując o ostatnich wydarzeniach, o morderstwach i zgonach.
Gdzieś na kolanach co poniektórych szeleściły strachliwie obracane stronice Feniksa, obwieszczające wszem i wobec, iż oto niejacy Śmierciożercy rozpoczęli krwawą wojnę - bezlitosną krucjatę przeciwko istotom niemagicznym, zwierzęcą walkę w imię czystej krwi.
To stało się wczoraj. Smutna wiadomość w zaledwie kilka godzin obiegła cały czarodziejski świat. Świat pełen nienawiści, świat pozbawiony nadziei. Serca młodych przejęły się grozą.
Kogo zamordują, kogo oszczędzą? Kim są, jak długo będą walczyć? Czy ktoś ich powstrzyma? - tyle pytań, lecz żadnych odpowiedzi. Tyle wątpliwości, lecz żadnych informacji.
Smutne były to czasy i smutne miały być losy ich bohaterów.
Młody Chikachev przymknął powieki i odchyliwszy głowę, przywarł nią do oparcia fotela. Był zmęczony, ból pulsował w jego skroniach. Usłyszał, jak Antonin rzuca kośćmi.
On nie przejmował się nadchodzącymi czasami. Był czarodziejem, miał czysty rodowód od co najmniej dziesięciu pokoleń wstecz - dalej nikt nie sprawdzał. Z tego, co było mu wiadome, jego przyjaciele też mogli się czuć bezpiecznie.
A inni? Kogo obchodzą inni? Skoro on nie obchodzi innych, to inni nie będą obchodzić jego. To by było niepoprawne.
Jego rozmyślania przerwał ponury śmiech Igora.
- Śmiałeś się, to masz - powiedział. - Daj, moja kolej.
Usta Victora wykrzywiły się w paskudnym uśmieszku satysfakcji. Wiedział, że jeżeli Karkarov spaści swoją kolejkę, on będzie miał szansę na dogrywkę z Antoninem - ale nie wierzył w to. Niewiarygodnym, boskim zrządzeniem, szczęście nigdy mu nie dopisywało.
Jego myśli wciąż kręciły się wokół ostatnich wydarzeń. Rozmyślał nad końcem całej tej historii. Do czego ta wojna zmierza? I jak wiele ofiar pochłonie? Może to tylko szczeniacki wybryk świeżo upieczonego absolwenta Hogwartu? Każdy wie, jak butna młodzież stamtąd wypływa. Jakim kompletnym brakiem dyscypliny cieszy się owa szkoła.
Jakie pisklęta się chowa, takie się potem ma orły.
Łypnął okiem na wynik rzutu Igora, kiedy tylko usłyszał dźwięk uderzanych o siebie drewienek.
- Wygrałem - oznajmił niechętnie młody Karkarov. - Zostawiłem was w tyle o kilkadziesiąt punktów.
Jeden, dwa, pięć, pięć, pięć.
- A, a - zaprzeczył Antonin, biorąc w dłoń jedną z kości. Przyglądając jej się przez chwilę przetarł jej wierzch rękawem. Czarna smuga rozmazała się na górnej ściance.
- Ta była brudna - powiedział. - Zwyciężyłeś, ale nie zaszedłeś o wiele dalej niż ja. Victor, jesteś ostatni.
Młodzieniec obojętnie zerknął na kość, która narobiła takiego zamieszania.
Pozorne zwycięstwo, ostateczna klęska. Wszyscy w trójkę mieli beznadziejne rzuty.
- Chodźmy spać - zaproponował.

Alchemia nie była ulubioną lekcją Victora, jednak z całą pewnością należała do tych znośniejszych. Nauczała jej profesor Nerateva, prawdziwa dama, a zarazem uczona, kobieta o godnych manierach i nienagannej aparycji. Nosiła się w starych, godnych magnackiej szlachty sukniach, zaś włosy miała zwyczaj upinać pod czarnym, koronkowym czepcem. Jej smukłe dłonie zawsze uginały się pod ciężarem złotych pierścieni, a szyję ocierały matowe perły, bądź łańcuszki z zawieszonymi nań ciężkimi, nader imponującymi amuletami aż drgającymi od niebywałej potęgi starożytnej magii. Sama ukończyła szkołę ledwo trzy lata temu, a więc nie była wiele starsza od uczniów z ostatnich klas. Katedrę zajęła tuż po śmierci swego dawnego nauczyciela, starego profesora Voretizna. Czarodziej - jak przystało na kogoś, kto całe życie spędził, mieszając magiczne wywary - nie stronił od mocnych trunków, a zwłaszcza zimą, kiedy mróz tak mocno dawał o sobie znać. Niestety, jego stare serce nie wytrzymało takiego obciążenia.
Czy zwyczajnie nie było lepszych kandydatów na miejsce nieboszczyka, czy może Elizaveta Nerateva wspomogła się swoimi wdziękami podczas rozmowy z dyrektorem, to na zawsze miało już pozostać jej słodką tajemnicą.
Kobieta stała przed katedrą w swej komnacie - w jasnym, eleganckim, jakże gustownym pomieszczeniu usytuowanym na jednym z górnych poziomów zamku - i założywszy ręce na obfitej piersi oczekiwała, aż jej wierni studenci zajmą przeznaczone im miejsca. Falbany ze wzburzonej, miękkiej tafty mieniły się, odbijając światło bijące od wysokich, smukłych świec poustawianych wokół jej mosiężnego kotła. Pełne usta kobiety trwały w obojętnym grymasie.
- Witam państwa. - Odezwała się, gdy nastała cisza. Jej głos był niski, przeciągły i sprawiał wrażenie znudzonego.
- Grudzień pędzi nieprawdopodobnym tempem. Niebawem nadejdzie styczeń, gdzie czekają nas ferie świąteczne, a więc i przerwa od nauki - rzekła. - Wasze egzaminy jednakże nie będą czekały, aż się przygotujecie. Ich terminy są już ustalone na początek czerwca.
Zrobiła teatralną przerwę, wodząc wzrokiem po twarzach uczniów. Nie wywołała zamieszania, przeciwnie - niektórzy odetchnęli z ulgą. Obawiali się, że będą musieli przystępować do ostatecznych sprawdzianów już końcem maja.
- Pozostało nam jeszcze sporo materiału, musimy szybko wziąć się do pracy - oświadczyła. - Dzisiaj będziemy kontynuować temat antidotów i przeciwnych im eliksirów. Jak mówiliśmy ostatnio, jedną z najpotężniejszych trucizn jest...
- Mało czasu, mało czasu - burczał pod nosem Igor. - Przecież to pół roku! Gdyby ona więcej mówiła na temat, a mniej bajerowała, już dawno skończylibyśmy cały podręcznik.
Chłopcy usiedli w jednej z dalszych ławek, toteż Karkarov mógł marudzić spokojnie, bez obaw, iż profesor Nerateva go usłyszy. Raz za czas prychał, demonstrując znudzenie. Victor parsknął, rozbawiony zachowaniem przyjaciela.
- Przestańcie - syknął rozeźlony Antonin.
Pozostali dwaj przyjrzeli mu się bez wyrazu, później przenieśli wzrok na przemawiającą doń młodą damę.
- ... I to będzie dzisiaj waszym zadaniem - prawiła. - Sporządzicie truciznę Agledtinova. Pamiętajcie, nie przesadźcie z ilością żabiego skrzeku! Uważajcie też na liście datury. Nim je dodacie, upewnijcie się, iż nie ma w nich ani kropli soku! Skutki mogłyby być tragiczne. Składnikiem, który sprawi wam najwięcej trudności będzie roślina Scopolia Magnacea, łodyżki muszą być posiekane z krawiecką dokładnością. Sami je obierzecie, przekonałam profesora Yarudina, by podarował mi kilka doniczek. Te te zielone, - wskazała dłonią na szafkę pod ścianą, pod którą ustawiono kilka skrzynek, - weźcie po jednej na grupę. Chcę dostać jedną fiolkę wywaru na dwie, trzy osoby. Zaliczenie eliksiru jest obowiązkowe dla wszystkich.
Klasnęła w dłonie.
- Zaczynajcie. Strona siedemdziesiąta ósma!
Antonin zerwał się z miejsca, by zabrać potrzebne komponenty, a Igor leniwie przegrzebywał torbę, wyciągając na wierzch noże do krojenia, podstawki, czy niewielkie fiolki na odmierzanie odczynników. Victor ze znudzeniem obracał stronice podręcznika, poszukując tematu o truciznach. Westchnął. Na żabki skrzek miał uczulenie, a od duszących oparów zawsze bolała go głowa. Odgarnął dłonią przydługą grzywkę z oczu.
- Przepraszam, można? - usłyszał słodki, dziewczęcy głos zza własnych pleców. - Nie mam dzisiaj pary.
Chłopiec przewrócił oczyma, bolejąc nad swym jakże smutnym losem.
- Nie - warknął, nawet się nie odwracając. - Jesteśmy już w trójkę, szukaj gdzie indziej.
- Och...
Igor uniósł wzrok, łypiąc na nieproszonego gościa. Wtem wyszczerzył się złośliwie i odchrząknąwszy znacząco w zaciśniętą pieść, dźgnął Victora łokciem. Zdumiony Chikachev zerknął w tył.
Zagubiona Nadia trzymając w dłoniach jedną z zielonych doniczek, nieśmiało rozglądała się po sali, poszukując kogoś, kto podobnie, jak i ona, nie miał dzisiaj pary. Niestety, jedynym nieobecnym był jej chuderlawy przyjaciel. Krzesło Sevastiana stało puste.
Victor jęknął.
- To była ona? - zapytał Igora.
Karkarov skinął w odpowiedzi głową. Zerknąwszy przez ramię chłopca na przepis ze strony siedemdziesiątej ósmej, wręczył mu kilka błyszczących świeżością, zaiste ogromnych liści datury.
- Pomóż mi z tym - poprosił.
Klnąc w myślach niemiłosiernie, z sercem zastygłym w uschniętej gardzieli Victor zwinął jeden z liści w rulonik, wyciskając jego soki na płytki talerzyk, który chwilę wcześniej wyciągnął na wierzch Igor.
Jasna cholera. Czemu ja zawsze muszę mieć takie szczęście? Zawsze!
Wyżywając się na Bogu ducha winnym liściu, począł rozglądać się po sali w poszukiwaniu swej jedynej, wielkiej miłości, którą przed paroma minutami bez mrugnięcia okiem spławił. Nadia dołączyła do dwóch dziewcząt z Domu Niedźwiedzia, wspólnie właśnie krajały wijącą się w doniczce roślinkę.
Pieprzona cholera.
Jej włosy koloru miedzi - nieco umorusane odczynnikami - tak pięknie mieniły się w błyskach rzucanych na sali zaklęć. W jej mądrych oczach tak magicznie odbijał się kolor płynu w jej kotle. Jej policzki tak ślicznie zarumieniły się od gorących oparów warzonych eliksirów. Jej perłowe zęby tak uroczo błyskały przy każdym uśmiechu dziewczyny.
- Victor, daj sobie spokój - poradził Anotnin, kiedy wrócił z ostatnią partią komponentów. - Po prostu daj sobie spokój.

Lekcja ta wlokła się Victorowi w nieskończoność; chłopiec nie mógł się powstrzymać, by nie podglądać obiektu swych westchnień przy każdej możliwej okazji - czego w końcu omal nie przypłacił własnym palcem podczas krojenia legwanich pazurów.
Dzięki zaradności i pracowitości Igora, chłopcy oddali próbkę uwarzonego eliksiru jako jedni z pierwszych. Rzadka, błyszcząca rubinową poświatą ciecz śmierdziała gorzej, niż smocze szczyny, a jak smakowała - woleli nie próbować, wszak była to trucizna, do tego mocna.
- Dokładnie wytrzyjcie stoliki i wyczyśćcie kotły! - pouczała młoda pani profesor. - Otwórzcie okna! Zbyt długie wdychanie oparów może zakończyć się nieszczęśliwie dla naszego zdrowia!
- Na to liczyłem, stara harpio - mruczał Igor, przecierając starą szmatką drewniany blat stolika. Victor uśmiechnął się smutno, szorując szczotką dno kociołka.
- Nie rozumiem, dlaczego nie wolno nam użyć do tego magii - narzekał. - Nie tylko mielibyśmy mniej roboty, ale i zrobilibyśmy to o niebo dokładniej.
- Nie wolno ci zaszczepiać w sobie szkodnika, Chikachev! - ryknął Antonin, idealnie naśladując ton dyrektora. - Lenistwo nie popłaca, a poprzez ciężką, mozolną pracę nauczysz się pokory!
Cała trójką parsknęła śmiechem, podczas gdy profesor Nerateva z ulgą obwieściła koniec zajęć.
- Jesteście wolni - powiedziała. - Jeśli ktoś nie skończył, dokończy wieczorem. Będę tutaj po kolacji, mam zajęcia z pierwszymi klasami.
Uczniowie pozbierali swoje rzeczy i tłumnie wysypali się z sali, rozbiegając się po rozległych korytarzach zamku. Victor, Antonin i Igor opuścili pomieszczenie jako ostatni, powoli, z niebywałą godnością i szlachecką nonszalancją.
- Przerwa, tak? - przeciągnął się Dolohov. - Nikt z nas nie ma teraz lekcji?
Igor przytaknął.
- Dzisiaj czwartek, mamy teraz dwie godziny wolnego, a później...
- Chodźmy odpocząć! - Antonin zarzucił ramiona na szyje przyjaciół. - Trochę świeżego powietrza po tych alchemicznych zaduchach nam się jak najbardziej przyda!
- ... Przepraszam?
Wystraszona Nadia, która nagle znikąd zjawiła się tuż obok, rzuciła Victorowi błagalne spojrzenie.
A jednak nie wyszli ostatni!
Pozostała dwójka - Igor i Antonin - spojrzeli po sobie i nie czekając ni chwili, ruszyli przed siebie.
- Będziemy na zewnątrz! - rzucił przez ramię Dolohov, popędzając Igora.
Zakłopotany Victor odgarnął z czoła czarne kosmki włosów, a wtedy poczuł, że jego blada skóra wcale nie jest już taka blada.
- Ja...
- Chodzi o to, że...
Zaczęli mówić równocześnie. Chłopiec zaklął w myślach i natychmiast umilknął. Nastała okrutna, niezręczna cisza.
- Widziałam cię wczoraj w bibliotece - powiedziała w końcu. Szybko, cicho, jak gdyby wstydziła się otwierać usta. Wnętrzności Victora przewaliły się wewnątrz jego brzucha gdzieś w okolicy śledziony. Nie odezwał się.
Spłoszona Nadia przygładziła włosy na głowie i niezręcznie pochylając się ku swojej torbie, poczęła mamrotać pod nosem.
- Bo widzisz, biegłeś, wpadłeś na mnie, i...
Wyciągnęła podniszczony zielnik Victora.
Napięcie natychmiast opadło z chłopca.
Zielnik. Głupi zielnik. Wszystko, czego chciała, to tylko oddać mi ten głupi zielnik.
- Dzięki - mruknął bez przekonania.
- Mmm - odmruknęła - proszę.
Pochyliwszy się, by zapiać torbę, przykryła zawstydzoną twarz za zasłoną długich, jedwabistych włosów. Victor przegryzł wargi, zastanawiając się, jakimi słowy mógłby zatrzymać dziewczynę chociaż o kilka sekund dłużej.
Nie zdążył, odeszła. Odeszła, pozostawiając go zupełnie samego.

Victor przyglądał się szarym kłębom dymu rozpierzchłym w czystym, zimowym powietrzu, jakim można się rozkoszować jeno wśród górskich szczytów. Jednym, zgrabnym ruchem strzepnął popiół z trzymanego w ręku papierosa. Perlisty śmiech Antonina został zagłuszony przez nadciągający wicher.
- Tylko tyle? - Zapytał, szczerząc białe zęby. - Chciała ci oddać podręcznik, który zgubiłeś w bibliotece?
- Tak.
Zmarnowany Victor oparł się o korę rosnącego przy ścieżce dębu.
Nawalił, wiedział o tym.
- Gaście to. - Igor patrzył na nieznajomą, majaczącą w oddali sylwetkę. Victor nigdy nie byłby w stanie rozpoznać w niej kogoś znajomego, ale to nie on miał tutaj perfekcyjny, sokoli wzrok.
- Ivan, starszy - wyjaśnił lakonicznie Karkarov. - Gaście to, no już!
Niech to.
Antonin rzucił swój niedopałek na udeptany śnieg, Victor podążył jego śladem. Jeden z nich przydeptał, by stłumić żar.
- Idzie tu? - zdziwił się Igor.
Blondyn fuknął.
- Będziemy tu stać i czekać, aż nas przyłapie? W nogi, panowie, dalej! - To mówiąc, złapał obu przyjaciół i pchnął ich ku dziedzińcu zamkowemu drogą na przełaj. Chłopcy gnali, pędzili, ile sił mieli w nogach, pędzili ze śmiechem na ustach. I wcale nie chodziło o ucieczkę, chodziło o odprężenie, o upust, o pozbycie się nadmiaru energii i zbędnych emocji.
Ich śmiech rozległ się na błoniach szerokim echem.
Było dopiero południe, a na niebie już nieśmiało skrzył się blady sierp nocnego księżyca, zaś atramentową plamę na niebie wyhaftowały srebrzyste gwiazdy. Olbrzymie połacie łąk przykryte w całości śnieżną zaspą malowały widok tak piękny, iż mogłyby stanowić inspirację dla niejednego artysty.
Antonin skleił w dłoniach śnieżkę, ze wszystkich sił ciskając nią w Igora. Ten nie pozostał dłużnym. Rozpętała się prawdziwa wojna.
Byli młodzi, mieli prawie dwadzieścia lat. Przed nimi stało całe życie, życie, które ich wzywało, które wołało, które czekało.
A oni chcieli to życie brać, najlepiej pełnymi garściami.

Victorze!
Nie obawiaj się o mnie, wśród przyjaciół w Londynie jestem bezpieczny. Jeśli możesz, przekaż to naszym rodzicom, muszą się okropnie zamartwiać. Przykro mi, nie miałem sposobności, żeby się do kogokolwiek odezwać - czy to do ciebie, czy do nich. Niedawno otrzymałem całkiem interesującą propozycję pracy, dlatego zostanę w Anglii jeszcze przynajmniej przez kilka miesięcy. Przy okazji! Dołączyłem do listu niewielki pakunek. Mogę Cię o coś prosić? Szesnastego w Halabardzie pojawi się jego właściciel, przekaż mu to. Poznasz go, wśród mugoli nie będzie trudno. Ma na nazwisko Rollinson.
Ufam, że u Ciebie wszystko w porządku? Trzymaj się.
Michaił.


List ten przypominał bardziej notatkę przyklejoną do lodówki przez kogoś, kto w pośpiechu opuszczał mieszkanie, niż faktyczny list od stęsknionego brata. Paczuszka zaś była malutka, otulona delikatną, ciemnozieloną tkaniną. Sprawiała wrażenie niezwykle lekkiej.
Victor miał mieszane uczucia. Nie wiedział, co było w środku, nie wiedział, co działo się z Mishą, ani nie wiedział, co o tym wszystkim powinien myśleć.
Chyba był trochę zagubiony.

Komentarze (12). Dodaj



12 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

piątek, 28.listopada.2008, 16:08
87.239.180.104

Wtaj!
Jestem pierwsza? O jak miło xD.
Juz chyba będę się powtarzać i to nie jeden raz, ale boże jak ja kocham twoje opowiadania! Są takie "realisrycznie" napisane. Aż chce się czytać. Te twoje pomysły! Ah.... żebym ja takie miała to bym poprostu siebie uwielbiała. Jesteś niesamowita naprawde! Oh, ubustwiam cię.
Powiem ci że jak pewnie łatwo można się domyślić bardzo mi się podoba. Jak czytałam o tej nauczycielce Alchemi. To od razau przypo mniała mi się nauczycielka z Gimnazjum od Bilogi. Kóra na każdej lekcji chyba z 10 minut mówiła o tym że nia ma czasu i musi szybko rpowadzić lekcje, bo jedna godzina w tygodniu na taaaki materiał to stanowczo za mało. Po tem koledzy z klasy sie śmiali mówiąc : "Koniec lekcji bo nie mam czau." ^^
oH biedny Viktor tak okrutnie przez los potraktowany! Ale przynajmniej nie orbisz czegoś oczywistego, boi by było oczywiste że, się zgodzi na to  by z nimi pracowało, a tu jednak nie ^^. Oh jak ja cię kocham! (powtarzam się wiem xD).

Wiem kochana na pewno nie masz dużo czasu, ale wiesz jeśli masz tylko chęci i czas zawsze możesz sobie poczytać moje wypociny. Choć moim zdaniem nie tak piękne jak twoje ^^ :P

No zem się rozpisała xD
Pozdraiwam
Zachwycona <i>Nat</i>

Retia (morbid) Retia (morbid).mylog.plpiątek, 28.listopada.2008, 18:47
80.55.149.155

Jej, ja Gunsów uwielbiam, uwielbiam, uwielbiam. W ogóle widze, że mamy dość podobny gust muzyczny -> muzyka na twoim blogu :)
Dziękuję za komentarz, nie pamiętam, kiedy ktoś tak dobrze podsumował moje opowiadanie i wyraził wszystko to, co miałam do przekazania. Dlatego jeszcze raz dziękuję za miłe słowa i obiecuję zabrać się za Twoje opowiadanie jak tylko znajdę na to chwileczkę czasu (szkoła!)
I postaram się pisać nieco dłużej, obiecuję ;)

chikachev OFmylog.plsobota, 29.listopada.2008, 14:31
Adres ukryty

A idź ty! Nie lubię cię, bo piszesz za ładnie. O. ;D
A tak serio, to podoba mi się, jak zgrabnie wplatasz ten wątek miłości Victora do całego opowiadania, które wydaje się raczej mroczne i w ogóle. A ta miłość daje takie światełko i pokazuje, że nawet w złych czasach ktoś potrafi kochać. Ale powiedziałam. ^^
E, nie mam dzisiaj weny. Trochę krótko było, ale i tak cudownie. Ja mam nadzieję, że się wyjaśni to z tym pakunkiem i w ogóle.
No.
Przepraszam, ale więcej nie napiszę, bo jakaś jestem "nie tego" dzisiaj.
Podobało się mało wybrednej Mary! ;)

Pozdrawiam,
Mary

Fama & Sachel Fama & Sachel.mylog.plsobota, 29.listopada.2008, 16:21
77.253.178.207

Dzień dobry.
Nie lubimy Cię, bo chcieliśmy się pośmiać i powytykać Ci palcami błędy, tak fajnie, a tu nie ma i nie możemy. Ale może są, bo to Gabriel sprawdzał, a jemu to kiepsko idzie, no ale skoro zrozumiał, to pewnie nie ma, albo i są, ale on nie znalazł, no wiesz. Nie o tym miało być.
Hej, ale masz fajny CSS! Kto Ci go pisał? A, racja, już się pytaliśmy.
Muzyka Prokofieva? Ja uwielbiam muzykę Prokofieva, zaraz puszczę Tomkowi i ode mnie ucieknie, albo i nie, a szkoda. Puścimy sobie i poczytamy dalej, będziemy mieli tak super klimatycznie , śnieg za oknem załatwili nam ci z góry.
Kości zostały rzucone, gra się rozpoczęła - niepozorna zabawa chłopców stanowi błahą analogię co do ich przyszłego życia, ha. Igor wygrał, bo i miał życie chyba najdłuższe, Antonin niewiele krótsze, ale Victor zginie nam pewnie dużo wcześniej, bo o tym mówi sam prolog. A pani od Amelki myślała, że błysnęła złotą myślą, to ja tu wymiatam! Patrzcie, patrzcie, powinienem za to na nagrodę od autorki dostać normalnie. I od prof. Nowak też, w końcu robię postępy w analizie interpretacyjnej. Króliczku, ja chcę Twojego bloga dostać na maturze, zdam na 100%, albo i 101%.
Prof. Nerateva wydaje się być miłą kobietą, czemu mnie takie nie uczą? Piękne, młode, wygadane... Dobra, dobra, już nic nie mówię, obiecuję. Victor jest obrzydliwie słodko zakochany.
I dostał prezent od brata, który wyjechał na inny kontynent i nikomu nie powiedział ani słowa, więc bardzo możliwe, że jest trochę wariatem. Co jest w środku, co?

<i>Ja dla was bombę mam
wielką jak cały świat.
Dam wam ją w prezencie,
polecicie aż do gwiazd !</i>

Zdrowia, szczęścia, pomyślności, samych piątek, udanych wakacji, świetnych wrażeń, spełnienia marzeń, tyle dzieci, ile gwiazd na niebie... Zaraz, to nie święta? A, jeszcze trochę. Sorry, lei. Trzymaj się!

Clairey Clairey.mylog.plniedziela, 30.listopada.2008, 12:13
94.251.143.204

Wczoraj się nie dodało, jak zwykle, pf.

A napisałam, że ładnie i że wiedzieć o tym powinnaś. I pewno Ci już o tym mówiłam wcześniej. Nawet jeśli wtedy nieco nieprzytomna byłam i wyszczyszczone kości przeoczyłam, to miałam rację... M.
I rozwijaj Nadię, rozwijaj.

Sto lat, sto...!
Niech gwiazdka pomyślności...!
Wśród nocnej ciszy... no.

niedziela, 30.listopada.2008, 15:10
Adres ukryty

Fenomenalnie. Nie mam słów, kiedyś tu weszłam, przeczytałam pierwszy wpis i byłam oczarowana, potem nie było dostępu do internetu i nie wchodziłam dość długo, ale dzięki reklamie na stronie głównej jestem. Obserwuję, i proszę grzecznie o powiadamianie.

Ukłony do ziemi.
Alicja.

brzydka-zla-i-szczera brzydka-zla-i-szczera.mylog.plniedziela, 30.listopada.2008, 19:47
80.51.192.58

wiesz co....wszystko ladnie pieknie ale nie podoba mi sie ten styl...kazdy blog tego typy, kazde opowiadanie ma ten sam styl... taki, ktory udowadnia ze sie jest artystka bla bla bla.... masa epitetów i zdania, ktore mogla by pisac  60-cio letnia babcia..... nie podoba mi sie.  sory.

Sachel Sachel.mylog.plniedziela, 30.listopada.2008, 20:16
77.254.5.70

Do pani Brzydkiej:
Generalnie, to kiedy pisze się opowiadanie, używa się języka literackiego, kochana. :) Sądzę, że autorka nie próbuję nam udowodnić, że jestem artystką (i to nie dlatego, że nie musi, ani nie dlatego, że i bez udowadniania to wszyscy wiemy, ale chyba dlatego, że nie odczuwa takiej potrzeby. To raczej skromna dziewczyna.) - po prostu piszę prozę. Tak, w prozie mile widziane są epitety. Czytasz Ty czasem książki? Takie z okładkami i numerowanymi stronami? Nie? Szkoda, powinnaś. Rozwijają wyobraźnie. No, i wspomagają poprawność językową, u Ciebie z nią raczej kiepsko. Nie jestem Polakiem, a wysławiam się lepiej niż Ty.
Jasne, że większość opowiadań ma podobny styl (to się nazywa narracja trzecioosobowa, bardzo popularna w literaturze XX, XXI wieku, a wiesz, wcześniej też jej używano) , ale widzisz, to jest właśnie wyróżnik, który mówi, że to JEST OPOWIADANIE. Hm, Ishke temu nie zaprzecza. Pisze opowiadanie. I to jest opowiadanie. Jak się czyta opowiadanie, to się nie spodziewa, że to nie będzie opowiadanie.
A jak się nie podoba, to się wcale nie czyta, bo nikt nie zmusza.
Nie pozdrawiam.

chikachev OFmylog.plponiedziałek, 1.grudnia.2008, 12:56
Adres ukryty

No ja myślę, że będzie dłużej! Bo tak się miło czyta i czyta, a tu nagle BUM! Koniec. :| O, źle. o, ale obiecałaś to obiecałaś i zobaczmy. ;)
Nie, no ja cię lubię, uwielbiam, szanuję i w ogóle! To był taki żart. ;P

Całuję,
Mary
;*

poniedziałek, 1.grudnia.2008, 16:52
83.11.95.98

Ojacie. Jak mi się podobało! Historia okolona pewną tajemnicą, Durmstrang, o którym żadnego opowiadania chyba jeszcze nie czytałam (naprawdę, już chyba częściej występuje Beauxbatons), Victor, który jest taki słooodki zwłaszcza ze swoim nieszczęściem co do lekcji czarnej magii i Nadii, Igor i Antoś, w ogóle wszyscy, w ogóle wszystko. Stworzyłaś cudowny świat, cudowną szkołę magii - taką ciemną i przerażającą, ale jednak na swój sposób cudowną; świetnych bohaterów, których chciałabym spotkać, gdyby nawet mieli stanowić ostatni obraz widziany przeze mnie na tym świecie, historię, której dalszy ciąg chce się poznać i generalnie ą-ę, woda z miodem i masełko. Rozdziały są długie, wyczerpujące, a chociaż od malusiej czcionki w szablonie bolą mnie już oczęta, to nie zmieniaj jej za nic - jest tak estetycznie i adekwatnie do opowiadania, że aż chce się patrzeć.
Krótko mówiąc - zaczarowałaś mnie i na pewno będę czytać nadal. Byle szybciuuchno, ja już się nie mogę doczekać kolejnej części!

Pozdrawiam cieplutko i całuję w oba policzki,
M aruda

chikachev OFsobota, 10.stycznia.2009, 13:18
Adres ukryty

Na samym początku, uroczyście Cię przepraszam, że nie skomentowałam wcześniej ale ... [ tutaj słowa cenzurowane ] ... Mylog nie chciał działać. Gr.

Walc odtańczony przez płatki śniegu ... przecież to jest piękne!

U. Śmierciożercy wkraczają do akcji ... niezbyt sympatycznie.

<i> Smutne to były czasy i smutne miały być losy ich bohaterów. </i>
Znów się położę i zacznę kwiczeć bo piękne zdania tworzysz.

Hogwart cieszy się szkołą z brakiem dyscypliny... jeszcze nigdy o czymś podobnym nie słyszałam, ale ... podoba mi się i to strasznie!

Brudna kostka ... mnie się zawsze trafiają kostki z jedynką ... już wolałabym mieć brudną, naprawdę.

Ale odrzucił Nadię ... no z takimi podchodami to on na pewno będzie miał u niej szanse. Nie ma co.

Zielniiik! A już myślałam, że powie mu : Victor kocham Cię! : osobiście też już rozmyślałam jakby się jej pozbyć bo no ten ... chyba się zrobiłam zazdrosna o chłopaka, który nawiedza mnie w snach. Aach

chikachev OFsobota, 10.stycznia.2009, 13:21
Adres ukryty

nie dodał się cały, Idiota jeden.


BRAT DO NIEGO NAPISAŁ!
No szok!
W końcu bo już sama się o niego martwiłam.

Notka jak zwykle piękna, wspaniała, urocza, idealna.
No kocham twoje notki.
Kocham ten stan Victora kiedy widzi Nadię.
Kocham Antonina i Igora za to, że ich stworzyłaś.

I czekam na kolejny rozdział. Nie karz mi czekać długo, dobrze?

<b> Na bride-of-the-satan nowy rozdział </b>

[treść wytłuszczona – kopiowana. ]

Serdecznie pozdrawiam.
[ piórem nabazgrała. ]
<i> Panna R. </i>




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!