Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

II Licząc na łut szczęścia

Szare, niekształtne kłęby kurzu błąkały się chaotycznie pod kruchymi witkami drewnianej miotły, przy pomocy której Victor zamiatał zapaskudzoną posadzkę zamkowej jadalni.
Olbrzymie, ciężkie płatki śniegu potężnie waliły w drżące szyby okien, a blade światło kandelabrów łagodnie oświetlało całą komnatę. Nie była wielka; była w sam raz. Na samym jej środku stał wysoki, opasły stół, którego rzeźbienia bez wahania można było uznać za znakomity akt wirtuozerii - to przy nim podczas posiłków zasiadało całe grono pedagogiczne oraz uczniowska starszyzna domów. Po prawej i po lewej jego stronie stały dwa kolejne stoły - dużo dłuższe od środkowego, jednak nie tak majestatyczne - nieco niższe, bez zdobień, proste. Łącznie było przy nich dokładnie tyle miejsc, ile dzieciaków zamieszkujących Durmstrang. Ściany wymalowano kwiecistymi wzorami w świeżych, wiosennych odcieniach zieleni i żółci - ot niezobowiązujące ożywienie chłodnych, zimowych dni. Posadzkę wyłożono ciemnym drewnem.
Victor przystanął z boku, wspierając ociężałą głowę na kiju od miotły. Westchnął.
Był wieczór, późny wieczór. Bezlitosna, irytująca cisza drażniła wrażliwe uszy chłopca, a zmęczone powieki już od dawna leniwie opadały na jego ciemne ślepia. Krytycznym spojrzeniem przyjrzał się posadzce, kulawo oceniając stopień jej zabrudzenia.
Okruchy, których po kolacji nie zdołały jeszcze uprzątnąć skrzaty domowe leżały pomiędzy grubymi nogami krzeseł, a naniesiony przez uczniów kurz wznosił się w górę, ilekroć tylko Victor mocniej przytupnął stopą.
Niech to! Zamiata i zamiata już tyle czasu, a wszystkiemu wciąż nie było końca. Czy ktoś ten brud zaklął, nie wiem, zaczarował?! Cholera!
- Stary dureń! - Warknął w bliżej nieokreślonym kierunku, przywodząc przed oczy swej wyobraźni obraz Dratsheva, okrutnego sprawcy jego tegonocnej męki.
W tym samym momencie usłyszał donośny hałas z korytarza, zza otwartych drzwi. Wystraszony Victor aż się zjeżył. Uczniom nie wolno było krzątać się po zamku o tak późnej porze, intruz musiał być więc pracownikiem szkoły. Czyżby Dratshev chciał sprawdzić, jak jego ofiara sobie radzi z odrabianiem kary?
Zaiste wielka była jego ulga, gdy sprawcą zamieszania okazał się nie być człowiek, lecz zwierzę, a raczej jego duch - zjawiskowo piękna, srebrzysta kozica górska o mieniącej się cudnym blaskiem sierści wpadła szaleńczym galopem do komnaty, przebiegła tuż przed nosem chłopca i zniknęła, rozpływając się pod przeciwległą ścianą w rzadką, mieniącą się mgiełkę, która to prędko opadła na skalaną brudem posadzkę. Rytmiczny stukot jej kopytek jeszcze długi czas odbijał się w głuchej ciszy.
Zastygły w bezruchu Victor przypatrywał jej się bez wyrazu.
Po Durmstrangu krążyło pięć takich stworzeń, z których każde ponoć wyłoniło się z różdżki jednego spośród pięciu założycieli zamkowych domów - jako pochodne istot zrodzonych zaklęciem Patronusa. Najczęściej błąkały się po pobliskich terenach, po lasach, górach, rzadziej gubiły się w korytarzach budynku, rozświetlając ich ciemności własnym, nadnaturalnym blaskiem. Uchodziły jednak za płochliwe i z rzadka dawały się dostrzec uczniowskiej hałastrze. Nawet przesądy z nimi niegdyś związano. Kozica miała rzekomo zwiastować rychłe szczęście.
Obojętny wyraz twarzy Victora prędko zamienił się w paskudny, złośliwy uśmiech.
Nigdy nie wierzył w zabobony. Nawet w te czarodziejskie.

Nazajutrz się rozpogodziło. Jasne słońce rozświetlało błękitne, bezchmurne niebo, a jego ciepłe promienie opadały łagodnie na śnieżny puch. Zwisające sople odbijały jego oślepiające promienie, a szalejący poprzedniego dnia wicher przeobraził się w delikatny, spokojny wietrzyk.
Victor, Antonin i Igor jak wielu innych postanowiło tego dnia przespacerować się przed dziedzińcem zamkowym, korzystając z uroków pięknej pogody. Otuleni grubymi płaszczami, w szkarłatnych mundurach Durmstrangu, z policzkami i nosami odbarwionymi na odcień malowniczej czerwieni, kręcili się nieopodal boiska do Quidditcha.
Nie było to boisko z prawdziwego zdarzenia. Nie było tak duże, jak być powinno, a bramki były zbyt nisko, ba! Jedna z nich wyglądała nawet na pękniętą. O trybunach mało kto mówił, nie było o czym. Trzy drewniane ławki, które nie byłyby w stanie pomieścić nawet połowy studentów. Z powodu złych warunków atmosferycznych, które w okolicach utrzymywały się niemal przez cały rok, większość meczy rozgrywano wewnątrz zamku, w specjalnie przygotowanej do tego komnacie. Tam mróz nie przeszkadzał, jednak swobody działania pozostawało dużo mniej.
Dyrekcja Durmstrangu już dawno pożegnała się z marzeniem, by z ich szkoły wyłonił się zawodowy gracz. Trzeba było mieć w sobie wiele talentu i samozaparcia, by pomimo tak złych warunków wyszkolić się na dobrego zawodnika.
- Powinni coś z tym zrobić - burknął Antonin, odgarniając z twarzy kilka złotych kosmyków. - Jesteśmy tutaj już ósmy rok, a obręcz środkowej bramki wciąż jest połamana.
- Co za różnica? - Igor wzruszył ramionami. - Nawet, gdyby ją naprawili, pewnie zniszczyłaby się po kolejnym przymrozku. Zresztą - dodał - Ursus zawsze zwycięża, co to za gra?
Młody Dolohov zmarszczył nos.
- Bo są silni - oburzył się. - Nie mają taktyki, są po prostu silni! Gdybyśmy tylko mieli gdzie ćwiczyć, z pewnością rozgromilibyśmy ich jak nic! Mam rację, Victorze? - zapytał, odwracając się do przyjaciela. - Victorze?
Victor nie słuchał.
Stojąca nieopodal grupka uczniów przekrzykując się nawzajem, rozrywała pomiędzy sobą najświeższą gazetę. Śmiali się, wołali, z wypiekami na twarzy przeglądali najnowsze artykuły. W okół nich począł zbierać się niewielki tłumek gapiów, a w nim Victor wypatrzył ją, Nadię.
Miała krzywy nos, rozczochrane, falowane włosy koloru płonącego ognia, suche dłonie ubrudzone czarnym atramentem oraz radosną kępkę piegów na rumianej twarzy.
Dla każdego innego wyglądała przeciętnie.
Dla każdego innego, bo dla samego Victora była prawdziwym uosobieniem piękna i cnót wszelakich. Pech jednak sprawiał, iż ilekroć Victor zjawiał się w jej pobliżu, tylekroć zapominał o własnym języku.
Stała nieco z boku, przyglądając się wszystkiemu z fascynacją w szmaragdowych tęczówkach jej oczu. Stała, sama, nie licząc... Ach, znowu ten kretyn! Nie licząc trzymającego ją za ramię chudego niczym podrzędna szkapa, pryszczatego chłopca o odstających uszach. Victor odwrócił wzrok, krzywiąc się niemiłosiernie.
- Co? - łypnął na Antonina.
Blondyn zarechotał, szturchając przyjaciela w bok.
- Znowu ta panna? - parsknął. - Daj spokój, Victor, przez osiem lat nawet na ciebie nie spojrzała!
Zainteresowany uśmiechnął się niewyraźnie, usiłując ukryć zakłopotanie.
- Kiedyś... - mruknął bez przekonania.
Wiatr świsnął, biorąc w obroty co drobniejsze płatki śniegu. Igor pociągnął nosem, poprawiając poły przydługiego płaszcza.
- Co oni tam robią? - przymrużył oczy, odgarniając dłonią włosy z twarzy. - Mają Feniksa? Chodźcie rzucić okiem - zaproponował, zerkając przelotnie na Antonina. - Być może złapali tego mordercę...
Victor prędko skinął głową, wdzięczny, iż zakończą jakże krępujący dlań temat ślicznej Nadii. Chłopcy wolnym, niechętnym i leniwym krokiem zbliżyli się do zbiegowiska. Szepty rozgorączkowanych dało się słyszeć już z daleka - Prawda! Sukinsyn uciekł ze swego więzienia! Jak dobrze, że to tak daleko! ... , ... , Mugole, mugole... Co oni mu zrobili? ... , Wojna, kolejna krwawa wojna. Tym razem nie będzie ratunku!
Gazetę trzymał w rękach Yoshi, z którym młody Chikachev niegdyś dzielił komnatę sypialną, i za którym szczerze nie przepadał. Ujrzawszy znajomą twarz, Yoshi wyszczerzył równe rządki białych zębów i rozprostował na kolanie pierwszą - pomiętą już nieco - stronę gazety.
- Słyszeliście? - zapytał z niezdrowym entuzjazmem.
Kolejne ofiary bezwzględnego mordercy! - obwieszczały wielkie, pięknie zdobione litery. - Czy następca Grindelwalda dokończy jego wielkie dzieło? - pytał mniejszy, dopisany kursywą podtytuł.
Z gardła Antonina wydobył się cichy jęk przerażenia.
Czyli jednak? Historia zatoczyła pełen obrót i oto miała się rozpocząć od nowa? Ale przecież poprzednia dopiero co się zakończyła, dopiero co niebezpieczeństwo zostało zażegnane! To niemożliwe, nieludzkie. Jedna wojna zabrała im dzieciństwo, a druga właśnie polowała na ich młodość.
- Przecież to śmieszne - usłyszeli cichy, słodki głos Nadii. - Następca Grindelwalda? Kto to wymyślił! Nie trzeba dorabiać wielkich ideologii do każdego morderstwa! - oburzyła się. - Nikogo nie widzieli, nic nie wiedzą... Każdy mógł tego dokonać! Większość ofiar to mugole, charłaki, wyjątkowo słabi czarodzieje... Każdy mógłby tego dokonać! - powtórzyła, przytupując okutą w zimowe buty stópką. - Dlaczego ludzie zawsze muszą myśleć najpierw o najgorszym?
Victor obejrzał się za siebie. Kiedy ujrzał jej twarz, wzburzoną gniewem, rozjuszoną nadzieją, jego serce na krótką, jedną ulotną chwilkę zabiło odrobinę mocniej. Patykowaty młodzieniec odpowiedział coś dziewczynie, śmiejąc się w głos. Śmiejąc się, odciągnął ją za rękę od tłumu, w stronę lasu.
Jej spostrzeżenia były głupie. Były głupie i bardzo, bardzo naiwne. Jednak... barwa jej głosu, wiara, z którą mówiła - to wszystko sprawiało, że jej nierealne słowa stawały się niemalże wiarygodnymi. Victor poczuł, jak jego wnętrzności się przewracają.
Ale dlaczego za rękę?

Smukłe palce Victora delikatnie przewróciły żółtawą stronicę Czarciego Zielnika pióra Iana Gaelisha, odsłaniając rycinę potwornej alrauny o podgniłych liściach i potwornej paszczy rozwartej podczas przerażającego krzyku. Myśli chłopca błąkały w chaosie i były tak dalekie od spraw zielarstwa i ziołolecznictwa, jak tylko było to możliwe.
Od rana żywił się nadzieją, iż gdy tylko nadejdzie pora astrologii i jego przyjaciele udadzą się na zajęcia, on będzie mógł w spokoju pouczyć się na egzamin z właściwości korzeni roślin długowiecznych, jednak otoczenie skutecznie mu to uniemożliwiało. Tuż po dziewiętnastej, gdy tylko Igor i Antonin wspięli się po schodkach na wieżę obserwacyjną, Victor wziął swój podręcznik i wraz z nim ruszył ku bibliotece, gdzie niczym nie zmącana cisza miała wspomóc jego szare komórki w procesach myślowych. Zajął jeden z pojedynczych stolików nieopodal regału z kolekcją opasłych ksiąg, które zawierały w sobie niemal całą historię świata czarodziejów. Jak nietrudno się domyślić, niewielu uczniów zapuszczało się w tę okolicę - w bibliotece Durmstrangu znajdowało się kilka setek, jeśli nie tysięcy ciekawszych pozycji od tych. Victor miał więc ciszę, miał spokój i miał materiały do nauki. Brakowało mu tylko odrobiny dobrej woli.
Jego myśli błąkały się chaotycznie w odmętach jego świadomości, przyzywając obrazy ostatnich fotografii z Feniksa, obrazy nędzy i rozpaczy. Wędrowały krętymi labiryntami pomiędzy ostatnimi wydarzeniami. Pomiędzy morderstwami w odległym Londynie, milczeniem Mishy, a pięknym uśmiechem Nadii. Z głową wspartą na łokciu i wyrazem twarzy tak znudzonym, że aż strach, bez żadnych oznak zainteresowania kartkował zielnik.
Misha, idioto. Co się z tobą dzieje? Możesz być wszędzie; ostatnio widzieliśmy cię, kiedy dostałeś ten kontrakt od goblinów z Gringotty. Mówiłeś, że się zastanowisz, że miła odmiana byłaby dobra, że ciekawie byłoby zobaczyć kawałek świata. Rzeczywiście wyjechałeś? Nie mówiąc nic nikomu? Nie, nawet ty nie byłeś nigdy tak głupi, nawet ty!
A może jednak - może wyjechałeś, wyjechałeś i znalazłeś się wśród ofiar mordercy? Nie, nie, nie. Zranieni czarodzieje zostali wymienieni z nazwisk w ostatnich Feniksach. Niemożliwe.
A jeśli...
Victor wyprostował się niespokojnie na niewygodnym krześle.
A jeśli nie przypadkowo wspominałeś o Anglii? Jeśli... , nie, nie, to obłędne. Zawsze uważałeś Grindelwalda za świra, Misha!
Wziąwszy w usta potężny łyk stęchłego, bibliotecznego powietrza, młody Chikachev zdmuchnął płomień, kołyszący się na przyświecającej mu lampce i wsunąwszy stary podręcznik pod pachę - ku okrutnemu oburzeniu Vladimira, opiekuna zamkowych zbiorów - pognał wprost ku wyjściu, nie siląc się ani na dyskrecję, ani na utrzymanie wymaganej w bibliotece ciszy.
Kiedy biegł tak, potrącił po drodze niepozorną dziewczynę, która osobliwym zbiegiem okoliczności przechodziła tuż obok. Trzymane księgi z niemałym hałasem wypadły jej z rąk, rozsypując się w nieładzie na brudnej, chłodnej posadzce.
Zarzuciła swój gruby warkocz za plecy, przez krótką chwilę zerkając za chłopcem, który ją staranował. Drań nawet się nie odwrócił. Przegryzła spierzchnięte wargi i osunęła się na klęczki, by pozbierać podręczniki. Jakże wielkie zdumienie odmalowało się w jej mądrych oczach, kiedy odkryła, iż wśród jej książek znajduje się również jeden wyjątkowo niezadbany egzemplarz Czarciego Zielnika.
Uśmiechnęła się do siebie, kładąc na nim dłoń.

Marlene nastroszyła pióra, kiedy tylko usłyszała głos właściciela. Zahuczała władczo, rozkładając potężne skrzydła i zleciała z usytuowanej hen wysoko żerdzi.
- Dzień dobry, maleńka - Victor musnął grzbiet ptaka knykciami. - Chodź, mam dla ciebie zadanie...
Wyjąwszy z kieszeni maleńką karteczkę i wąziutki sznureczek, delikatnie przywiązał list do chudziutkiej, szponiastej nóżki sowy.
- Spróbuj znaleźć Mishę, Marly - rzekł, podchodząc do okna. Chwyciwszy metalową klamkę, odchylił szybę, zwalniając zwierzęciu drogę ku lasom i łąkom. Kilka drobnych płatków śniegów niesionych spokojnym wiatrem wpadło łagodnie do ciepłego wnętrza sowiarni.
- Szukaj, a jeśli nie znajdziesz, szukaj za granicą - poprosił, kiedy Marlene wzbiła się do lotu. Kiedy tylko wyleciała, zatrzasnął za nią okno.
- Znajdź go, ślicznotko - szepnął za sową, obserwując, jak ta znika, szybując w przestworzach.
Nie była to długa wiadomość. Składała się z jednego, jedynego zdania - zdania, brzmiącego odezwij się, idioto!

Komentarze (13). Dodaj



13 komentarzy
Następne 1 Poprzednie

Fama & Sachel Fama & Sachel.mylog.plponiedziałek, 10.listopada.2008, 18:34
77.253.171.11

Ave,
jak wiesz doskonale, wiele czasu to my teraz nie mamy, ale jednak Ci napiszemy, bo Ci lubimy pisać różne fajne rzeczy, ale to nie o tym miało być.
Dużo opisów i ładnie zbudowany klimat mroźnej Rosji, co Tomka strasznie ucieszyło, ale mówi, że ta Rosja jest za mało stalinowska, i że przydałoby się parę czołgów, ale nie słuchaj go, bo to świr, co wiemy od dawna. Łał, jakie długie zdanie.
Błędów nie było , tym razem na pewno, bo ja wszystko zrozumiałem.
Duszki zwierzaków są fajne, sam bym takiego chciał, najlepiej niedźwiadka. Ha, ha. Wtedy, to ta miłośniczka kotów już nigdy by do mnie nie zajrzała, hm...
Wątek romantyczny, co? Tia, jak Ty, to Ty, inaczej się nie da. Rozdział miał za zadanie głównie wprowadzenie Nadii, brzydkiej, wrażliwej dziewuchy. Przynajmniej jest realistycznie! Jak fajnie, że ona nie jest miss Russia 1945. A może i jest. Kto wie, jak tam wtedy kobiety wyglądały.
A Misha pomoże Victorowi zostać Śmierciożercą, ja to wiem, chociaż Tomek mówi co innego, ale on jest głupi, już to dzisiaj mówiłem.
Trzymaj się, <i>króliczku</i> ;*

chikachev OFmylog.plponiedziałek, 10.listopada.2008, 19:12
Adres ukryty

A ja cię uwielbiam za to, że ty piszesz. Bo piszesz o czymś innym, a to sprawia, że niemiłosiernie chce się to czytać.
Miałam wrażenie, że było krótko. Chciałam czytać dalej coś dłuższego, a tu masz - koniec. No trudno. I tak było świetnie.
Bardzo lubię twój styl pisania, jest taki... nie wiem. Dobrze się czyta to, co napiszesz.
A Victora to ja zaczynam coraz bardziej lubić, bo jest inny. Jest inny niż wszyscy bohaterowie.
Dobra, nie wiem, co mam mówić. Przepraszam.
Wiedz, że mi się podobało jak zwykle i więcej chcę! :)

Pozdrawiam,
Mary

Klaryśka Klaryśka.mylog.plwtorek, 11.listopada.2008, 13:34
94.251.132.233

Niach, niach.
Mój Victor, moja Nadia, moje kredki.
I jest piknie, powtarzam po raz enty. I stymulujesz mój umysł do działania, co jest dosyć... dziwne, słonko. I jak Ci tu wpierniczę Jeanne to dopiero będziesz płakać, hm...
Wielbię Cię.

Woma, woma, womanizer xd

chikachev OFwtorek, 11.listopada.2008, 15:35
Adres ukryty

Po pierwsze:
Wybacz, że tak późno no ale to już pretensje do myloga proszę skierować. Jeny! Jak mnie ten serwis dołuje, to szok! Szok! Szok!
Po drugie:

Ach! Kolejna notka! No to się biorę za czytanie! ;)

Na samym początku wprowadziłaś mnie w niesamowity zimowy nastrój ... no dosłownie ... aż spojrzałam czy za oknem nie pada śnieg i czy słońce nadal świeci ... szczerze mówiąc to chłód mnie objął, mrucząc wesoło, że masz wspaniałe opowiadanie... aach.

Nienawidzę ciszy! Jak ty możesz tak tego Victora dręczyć! Cisza jest straaasznaaaaaaaaaaa ....
A co do kurzu. Nigdy nie zamiatam bo jestem alergikiem i mogę kipnąć...
Duchy! Duchy są straszne, więc nie wiem dlaczego świadomość, że to duch kozy, przyniosła Victorowi taką ulgę. Mam antypatię do tego przezroczystego gówna. Grr.
A ja wierzę w zabobony. Ale tylko te, które dobrze mi wróżą. W inne nie wierzę, bo są po prostu nieprawdziwe. No weźmy przepowiednie J... a zresztą ... doczytasz kiedyś ^^

Oj patrz! Jak dobrze, że nie robisz z Durmstrangu, tego wspaniałego, jednego, wielkiego boiska do quidditcha, o którym wspomniał Krum.
Oni mają salę! Pewnie ich głowy od sufitu muszą boleć. Biedni ... oj biedni...

Ursus... ;)

Nadia... nosz w mordę! Ale szczęściara! Chciałabym, żeby Victor spojrzał tak na mnie... na rudego, bladego podlotka ... ale hej! Też mam piegi... mam jakieś szanse? Chociażby minimalne? Oj nie... bo mój luby się obrazi [ dopiero co wyszedł ze szpitala, więc wolę go nie urażać xD ]

Ach, jakże ty wspaniale opisujesz ten stan zakochania Victora! Serce bije mocniej, kocham Cię za to!
Alrauna. Moja najukochańsza roślina, jeśli to jest w ogóle roślina... bo naczytałam się Sagi o Ludziach Lodu i mam rozdwojenie jaźni, co tego korzenia.

Potrącił Nadię i tego nie widział! CO Z NIM? No ale tak... Misha, mam nadzieję, że z tym chłopakiem wszystko w porządku i, że to nie On zabija tych wszystkich biednych ludzi.

Wspaniała wiadomość, nie ma co.

Och moja droga! Przecież ja się rozpływam przy każdym rozdziale! Uwielbiam! Uwielbiam to co piszesz! Kocham to co robisz! I chcę stanowczo więcej!

Serdecznie pozdrawiam.
[ piórem nabazgrała. ]
<i> panna R.</i>

ps. Wybacz, że tak krótko, ale osobiście zajmuje się tworzeniem ciągu dalszego rozdziału VII ;)

chikachev OFmylog.plśroda, 12.listopada.2008, 15:41
Adres ukryty

Zapraszam na rozdział drugi. :)

Pozdrawiam w weny życzę,
Mary

środa, 12.listopada.2008, 18:01
87.239.180.95

Witaj!
ja jeszcze nie czytalam Viktor mu jest jak dobrze pamiętam prawda? :D No może i mam ochote ale teraz nie mam czasu bo międzyczasie prubuje odrobić prace domową z Rosyjskiego. A pozatym że sie po dwuch miesiącach LO przepisałam z Niemca na Rosyjski bo mnie do białej gorączki doprowadzał ten język, to jestem jeszcze niew prawiona,  powoli uczę się liter, i to co innym zajmuje 10 min mnie zajmuje 30 :). taki przykład ale twierdze że nad tym jednym zadaniem troche sobie posiedzę ( boże a to tylko głupie przepisywanie z książki do zeszytu!).

Boże jak ja kocham twoje komentarze, aż chce mi się pisać :P. Obiecuję twoje dzieło przeczytam!

środa, 12.listopada.2008, 18:04
87.239.180.95

A zapomniałam! MIałam napisać o szalblonie ^^ Wiedziałam, że oczymś zapomniałam! Eh - skleroza nie boli xD.
Że niby jest dużo zdjęć, i czasami myślę, że jest ich aż za duzo i jest wrażenie naćpania nimi xD. No ale to wąłśnie czuje gdy osłucham Goo Goo Dolls - Iris. Chyba już wszystkim to mówię xD. Kccham od czasu tą piosenkę ^^ aż chce mi się zamknąć oczy wyciągnąc ręce i kręcić się do okoła :) Wiem szalona jestem :)

Życzę wena !

<i>Nat</i>

środa, 12.listopada.2008, 19:22
87.239.180.95

No! tą notkę przeczytałam, miło nie :) W końcu.

Kobieto jakie ty masz pomysły! W życiu takich nie miałam i zapewne nie będę mieć! Kocham cię i Kocham już to opowiadanie, co tam że nadal tęsknie za marudersami, ale muwi się trudno. Coś było - coś się skończyło!

Pisz dalej!

Kocham

<I>Nat</i>

chikachev OFmylog.plczwartek, 13.listopada.2008, 14:50
83.11.231.122

Tak więc, ja może równie kulturalnie, jak i Ty na dobry początek powiem dzień dobry, choć zazwyczaj z tą moją kulturą w świecie myloga jest różnie.
Nie mówię, że jestem osobą niekulturalną, bo nią jestem, ale...
No, dzień dobry, po prostu. (:

Powiem Ci, że Victora - i Ciebie przy okazji - odwiedzałam już kilka razy.  Czytałam z ciekawością i zapartym tchem, a ja nie zawsze tak czytam - pozwolę sobie zauważyć, bo ja zazwyczaj dzielę się większością myśli moich, bo z natury rozmowna i szczera jestem. No i otwarta, ale ja nie o tym mówić miałam. Pisać tym bardziej.
Jak już wspomniałam, Victora odwiedzałam, aczkolwiek [z góry uprzedzam, że to słowo kocham, wiec mogę go w wypowiedziach swych nadużywać] nigdy nie komentowałam, ponieważ nagle okazywało się, że mój czas kurczy się do wielkości [albo i małości] mikroskopijnej.
Teraz to uczynię, ponieważ czas sam się zrobił.
I powiem Ci, że piszesz ślicznie, ślicznie. I że kocham Twój styl, też Ci powiem.
I Victora. Kocham, ma się rozumieć.
Bo jest wyjątkowy, chikachevowy. Albo chikachevski? Nie wiem, jak to napisać, ale prawdopodobnie wiesz co mam na myśli.
Wytłumaczyłabym Ci to, aczkolwiek tego nie potrafię. Bywa, prawda? (:

Wybacz, dzisiaj na nic bardziej sensownego się nie zdobędę. Powiem więc jeszcze tylko, że szablon bardzo, bardzo mi się podoba. Dzieło Clairey? Też kiedyś miałam. (:
A, i bardzo dziękuję za pochwały, miło mi.
Za tę dotyczącą szablonu również, bo wykonałam go prawie sama, z czego jestem dumna. (:
A błędy chyba poprawiłam przy okazji uświadamiając sobie, jak chaotycznie to wszystko wygląda, jakie jest niechlujne. Dziękuję więc. ;*

O nowości poinformuję, oczywiście.
Właśnie się ona pisze. Pisze się, a ją tylko zapisuję, jeśli wiesz, co mam na myśli. (:

Pozdrawiam,
Carr.

chikachev OFmylog.plczwartek, 13.listopada.2008, 16:16
Adres ukryty

A ja będę oryginalna i też Ci podziękuję. ;)
Tak, jest smutno i przygnębiająco, bo tak sobie założyłam. Raczej będzie taki nastrój do końca. Postanowiłam sobie zrobić przerwę od szczęśliwych opowiadań. ^^
A nie wiem, czy wspominałaś, ale ja przyznam, że ja też go kocham! Jak to mówi mój trzyletni brat: "kocham go za pięć złoty", co oznacza wielką miłość. :D
No nowy szablon, bo ja nie potrafię długo z jednym wytrzymać, niestety. ;] Tak jakoś zawsze wychodzi, że zrobię ładniejszy i stary muszę wywalić. ^^

Pozdrawiam,
Mary ;)

chikachev OFmylog.plpiątek, 14.listopada.2008, 22:48
83.11.203.242

Zapraszam na kolejną odsłonę, która miała być <i>fajna</i>.

Carr.

chikachev OFsobota, 22.listopada.2008, 13:52
Adres ukryty

<B>
Rozdział VII: Plan odwetu.

Czy wszystko będzie dalej sielanką?
Zapraszam.

Serdecznie pozdrawiam.
[ piórem nabazgrała. ]
<i> panna R.</i>
</b>
__________
* treść wytłuszczona, kopiowana!

chikachev OFmylog.plsobota, 22.listopada.2008, 16:42
83.11.207.27

A dzień dobry. :)
Ja to tak na początek ładnie podziękuję. :* Za pochwały, za błędów wytknięcie, za wszystko, o. :)
Błędy poprawię przy najbliższej okazji, może jeszcze dzisiaj. To zależy od tego, kiedy znajdę chwilkę, a z wiadomego powodu – weekend – czas chyba się znajdzie. ;D

O błędach już powiedziałam, podziękowałam, ale jeszcze raz podziękować mogę.
Bo ja zwykle nieuważnie piszę, nie zastanawiam się i tak jakoś samo wychodzi, no. ^^

Fragment z Prometeuszem… To będzie wyjaśnione; to nie tak, że testral tę kobietę zabił i już. No, ale to już w kolejnej odsłonie będzie. :)

A szablony Clairey to rzeczywiście niesamowite są. Ma Dziewczyna smykałkę do tego. :]
Swój zmieniłam, nie wiem dlaczego. Ot, pilnie poszukiwałam zachęty do napisania części kolejnej prawdopodobnie. Ale Jej dzieła i tak podziwiam, bardzo, bardzo.

Do szkoły w sobotę? Nie, nie, nie. Jeśli kiedyś będę ministrem edukacji narodowej (czego nie planuję ;d) zniosę to całe odrabianie dni obowiązkowych, ale wolnych. Bo to bez sensu jest. ;d

Pozdrawiam, ściskam i przepraszam – tak późno odpisuję,
Carr. ;*




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!