I Feniks donosi...Victorze,
list od Dyrektora Kararovicha doszedł do Nas niespełna trzy dni temu i od tego czasu wciąż zastanawiam się, jakimi słowy rozpocząć tę trudną wiadomość.
Powinieneś wiedzieć, że wraz z Ojcem jesteśmy niezwykle niepocieszeni Twoim zachowaniem i gdyby tylko na papierze, który Nam dostarczono, nie widniała szkolna pieczęć, nigdy bym nie uwierzyła, iż dopuściłeś się czynu tak karygodnego. Zdradź, proszę, Swym zatroskanym rodzicom straszliwą tajemnicę. Czego szukałeś w damskiej toalecie?
Oboje odczuwamy głęboki zawód, jednakowoż mamy nadzieję, iż kara, którą musiałeś - lub też wciąż musisz - odpracowywać w szkole, wybiła z Twojej głowy podobne pomysły na najbliższe pół roku co najmniej. Pragniemy przypomnieć Ci, iż czasu masz niewiele, a nauki mnóstwo. Oceny, które zdobywasz, pozostawiają po sobie wiele do życzenia, podczas gdy terminy egzaminów końcowych zbliżają się nieubłaganie. Zaprzestań szczeniackich zabaw, Synu, one dobre są dla innych. Czas, który dotychczas na nie poświęcałeś, przeznacz na pilniejsze odrabianie prac domowych i systematyczniejszą naukę. Pora zacząć myśleć o przyszłości. Wiesz, jak bardzo nam zależy, ażebyś zdobył godne wykształcenie.
Ojciec przekonał mnie, byśmy tym razem przymknęli oko na Twoje haniebne zachowanie, lecz niechaj chroni Cię ręka Boga, jeżeli choć raz jeszcze usłyszymy o podobnym - lub gorszym - wybryku.
Cieszymy się dobrym zdrowiem i mamy nadzieję, iż Tobie również takowe dopisuje. Twoja babka z każdym dniem czuje się coraz lepiej; osłabienie powoli zanika, a barwy leniwie wracają na jej spierzchnięte usta. Zapewne uradują Cię te pocieszne nowiny.
Bylibyśmy wdzięczni, gdybyś natychmiast powiadomił Nas, jeżeli otrzymasz jakiekolwiek wiadomości od Swego brata. Nikt nie widział go od paru tygodni, a Nasze domysły stają się coraz straszliwsze. Szuka go już Ministerstwo, zgłosiliśmy jego zaginięcie również do kilku mugolskich urzędów, wątpię jednak, by oni wzięli nas na poważnie, ich świat ostatnio też wiele przeszedł. Gdybyś miał jakieś wieści, daj znać natychmiast. Martwimy się o niego.
Ucz się pilnie, nie sprawiaj kłopotów, odżywiaj się zdrowo i nie zapominaj o ciepłych ubraniach. Zima tego roku jest jeszcze sroższa niż zwykle.
Podpisano,
Twoja kochająca Matka
Victor z wrodzoną obojętnością przyglądał się treści otrzymanej wiadomości. Jego dorodna, nakrapiana sowa - Marlene - siedziała naburmuszona na parapecie, nie mogąc doczekać się zasłużonej nagrody. Chłopiec jednakże najwyraźniej ani myślał chwalić ptaka. Stokroć bardziej by wolał, gdyby Marlene gdzieś po drodze ów list zgubiła.
Damska łazienka, cholera. To nie tak, to był czysty przypadek! Przypadek! Niewłaściwy czas, niewłaściwe miejsce, to wszystko. Durne belfry. One zawsze interpretują wszystko na opak. Ponadto, chłopiec poczuł nieprzyjemne ukłucie, kiedy przeczytał o zaginięciu brata. Był bardzo przywiązany do Mishy...
- Ha! - ryknął tryumfalnie Antonin - a już się obawialiśmy, że ciebie ominie rodzinna troska! - Victor poczuł dłoń przyjaciela na swoim ramieniu. Roześmiany chłopiec przymrużył oczy, bezceremonialnie przyglądając się skrupulatnie wykaligrafowanym na papierze literom.
- Jesteśmy niepocieszeni twoim zachowaniem... - zaczął czytać, nadludzkim niemal wysiłkiem siląc się na powagę. Wtem ściągnął brwi, wydzierając list z rąk chłopca. - Niech to, Victor! Głupi to ma zawsze szczęście! Dlaczego ty nigdy nie obrywasz?
Chłopiec prychnął z udawaną wyższością.
- Moi rodzice wiedzą, że jestem tylko niewinną, przypadkową ofiarą waszych niecnych bezeceństw! - roześmiał się.
- Dolohov! - Zza drzwi komnaty rozległ się poirytowany, dziewczęcy głos. - Dolohov, jesteś tam? Profesor Eltsin szuka cię od rana, nie było cię na zajęciach! Rusz się, jeżeli nie chcesz zasłużyć sobie na kolejną karę!
Antonin przeklął szpetnie, oddając list do rąk właściciela. Zerknął w wiszące na przeciwległej ścianie lustro, wetknięte w grube, posrebrzane ramy i teatralnym ruchem dłoni przygładził swe lśniące, jasne włosy.
- Idę, lepiej starego nie denerwować - rzucił, kładąc dłoń na pozłacanej klamce od drzwi. - Do zobaczenia, Victor!
- Na razie - odpowiedział beznamiętnie chłopiec, rozpierając się wygodniej w miękkim, szkarłatnym fotelu.
Salonik Wilków znajdował się w ciemnej komnacie. Kilka potężnych stołów uginało się pod tajemnymi księgami, czy stertami papierzysk z lekcyjnymi zapiskami, pozostawionymi tutaj przez co bardziej krnąbrnych uczniów. Krzesła pozostawiono w nieładzie. Ogień świec migotał ospale, smagany grudniowym wiatrem, który wpadał do pokoju poprzez lekko odchylone okno. Podwiewane przezeń długie, czerwone zasłony z królewskiego jedwabiu dotrzymywały rytmu tańczącym płomykom.
Znajdziemy cię, Misha - pomyślał - obiecuję.
A światło wschodzącego księżyca - najwierniejszego przyjaciela wszystkich wilków - padło prosto na twarz Victora, uwypuklając zaklęte weń ból i tęsknotę.
Zasnął.
- Spóźniony. Mam nadzieję, panie Chikachev, że miał pan ku temu poważny powód?
Victor jęknął, zatrzymując się u progu niewielkiej komnaty.
Cholera, zaspałem!
Profesor Dratshev był jednym z najsroższych nauczycieli szkoły, a zasłużyć sobie na takie miano w Durmstrangu wcale nie było łatwo. Nigdy uśmiechnięty, nigdy radosny - a przynajmniej nie w trakcie zajęć, czy rozmów z uczniami. Poważny, srogi, obiektywny w ocenie i nader ambitny. Jako przyjaciel ojca Victora, znał chłopca od niemowlęcia, albo i dłużej, jednak to niczego nie zmieniało. Traktował go, jak wszystkich innych - czyli okropnie.
Victor przełknął ślinę.
- Przepraszam, profesorze - powiedział. - Ja tylko...
Zaklął szpetnie w myślach, poirytowany własną głupotą. Tyle miał czasu, kiedy biegł tutaj z sypialni. Czy nie mógł wówczas obmyślić sobie stosownej wymówki? Nawet swój szkarłatny mundur założył tak niedbale, niechlujnie.
Nauczyciel uprzejmym gestem zaprosił Victora bliżej siebie. Później chwycił w dłoń zszarzałe gęsie pióro, zamoczył je w stojącej tuż obok miseczce z granatowym atramentem i zamaszystym ruchem nabazgrał kilka znaczków w otwartym przed nim kajecie.
Stopy chłopca odmówiły mu posłuszeństwa.
- Zapraszam, panie Chikachev, zapraszam - zachęcił go nauczyciel. - Już się znamy. Pan wie, że ja nie gryzę.
Ta, pan połyka w całości, pomyślał Victor, chwiejnym krokiem zbliżając się na przody komnaty. Mężczyzna zza biurka przyjrzał mu się mściwie.
- Za dużo pan się uczy, panie Chikachev, ma pan takie zmęczone oczy...
Victor ponownie przeklął. Nawet umyć się nie zdążył!
- Ale z pewnością chętnie podzieli się pan z nami zdobytą wczoraj wiedzą - kontynuował Dratshev. - Śmiało, co robiliśmy na ostatnich zajęciach?
Chłopiec przewrócił oczyma, w skupieniu marszcząc czoło. Ostatnie zajęcia, kiedy to było...
- Klątwy, profesorze - przypomniał. - Powtórzyliśmy informacje, które poznaliśmy we wcześniejszych latach...
Dratshev skinął głową.
- Niech pan kontynuuje, panie Chikachev.
Oczy Victora poczęły błąkać się po ścianach, jak gdyby chłopiec miał nadzieję znaleźć na nich stosowne odpowiedzi. Powtarzał lekcje wczoraj popołudniu, ale pomimo to wszystkie wiadomości zdążyły już wywietrzeć z jego głowy.
- Mówiliśmy - zaczął ostrożnie, - o tym, jak dzielą się klątwy...
- Mówiliśmy - przytaknął nauczyciel. - A co mówiliśmy?
Głos ugrzązł chłopcu w gardle, i stojąc tak bez słowa, Victor obserwował, jak nauczyciel kreśli maleńką kreseczkę w swoim kajecie.
- Nie pamiętam... - wymamrotał w końcu.
Nauczyciel nie wydawał się być tym zdumiony, przeciwnie - niczego innego się nie spodziewał. Odgonił go prostym gestem, jak gdyby odganiał wyjątkowo natrętną muchę. Victor westchnął boleśnie, leniwie sunąc w okolice tylnych ławek. Zajął wolne miejsce przy stoliku Antonina i Igora.
- Próbowaliśmy cię obudzić - szepnął półgębkiem ten drugi, nie spuszczając wzroku z nauczyciela. - Spałeś jak kamień.
Victor wzruszył ramionami.
- Ale nie spóźniłeś się dużo - dodał. - Widziałeś dzisiejszą gazetę?
Dratshev odchrząknął głośno, sugestywnie spoglądając na dyskutantów. Z potężnym zgrzytem odsunął krzesło od biurka i wstał, prezentując się w całej swojej okazałości.
Opiekun Wilków miał długie, uwiązane z tyłu czarnym sznureczkiem niemal czerwone, falowane włosy i surową, pociągłą twarz, a ubrany w czarne szaty wyglądał zaiste piekielnie. Założywszy ręce na piersi przystanął przed niestartą po poprzedniej lekcji tablicą.
Igor zamilknął.
- Panie Karkarov, jak dzielimy klątwy? - zapytał nauczyciel. Jego niski, monotonny głos odbił się głuchym echem od czterech ścian komnaty.
Tak, to lubił - ciszę. Idealną ciszę.
Wywołany chłopiec zerwał się z miejsca.
- Chwilowe, czasowe i natychmiastowe, profesorze - wydukał.
Pełen podziwu Victor łypnął na niego spode łba; Igor nie otworzył wczoraj notatek. Musiał je przejrzeć dzisiaj rano.
Nauczyciel potarł dłonią gładką brodę, wwiercając się wzrokiem w młodego Chikacheva, który niechybnie sprawiał wrażenie zagubionego.
- Mów dalej - warknął.
- Chwilowe są to takie klątwy, których działanie obejmuje ograniczoną przestrzeń czasową, na przykład Cruciatus. Czasowe to te, których przestrzeń czasowa jest nieograniczona, przykładem może być Imperius. Zaś natychmiastowe to te, których skutek jest widoczny zaraz po rzuceniu zaklęcia. Najpotężniejsze z nich to klątwa śmierci, Avada Kedavra.
Usatysfakcjonowany odpowiedzią Dratshev złożył dłonie z przytłumionym klaśnięciem, wreszcie odrywając wzrok od pobladłego już Victora.
- Doskonale - przyznał. - Panie Chikachev, mówiliśmy coś o komponentach klątw?
Victor zawahał się, zezując na notatki przyjaciela.
- Tak, profesorze - odpowiedział, kiedy Igor podsunął mu niemal pod sam nos swój pergamin. - Niektóre klątwy należy wspomagać odpowiednimi eliksirami, zaś skutki innych da się wywołać jedynie poprzez podanie ofierze odpowiednich napojów - przeczytał.
- Robisz postępy, chłopcze - pochwalił go Dratshev. - Skoro potrafisz już czytać, może czas podnieść sobie poprzeczkę?
W sali rozległo się kilka chichotów, Victor westchnął, wspierając głowę na łokciu. Nauczyciel pozostawił jego milczenie bez komentarza, zmazał brudną szmatką tablicę i wziąwszy do ręki kredę, odwrócił się w stronę uczniów.
- Najprostszymi w tym temacie są klątwy chwilowe, więc od nich zaczniemy...
Igor dźgnął Victora w bok.
- Tony, daj tę gazetę! - szepnął do blondyna. - Victor, patrz!
Zainteresowany odrzucił z oczu przydługą grzywę, z zafascynowaniem przyglądając się gazecie, którą Antonin pod ławką rozpostarł na jego kolanach.
Feniks był tego czasu najbardziej popularną, bo jedyną czarodziejską gazetą regularnie wydawaną na rynku w Rosji. To ona donosiła o najnowszych wydarzeniach, to ona kształtowała opinię publiczną. To ona zwykle miała rację.
Chłopcy zdobyli już dzisiejsze wydanie. Tuż pod rubinowymi literkami, składającymi się na słowo feniks widniał ogromny nagłówek, obwieszczający tragiczną śmierć kilkunastu młodych Anglików. Na zdjęciu poniżej widniały gruzy po starym, wakacyjnym domku, niegdyś zapewne zamieszkałym. Stojący nieopodal ludzie płakali, pocieszali siebie nawzajem, z szacunkiem obchodzili roztrzaskane, chaotycznie porozrzucane szczątki cegieł.
- Co jest? - Victor zwrócił się do swoich przyjaciół. Na twarzy chłopca nie pojawiły się najmniejsze oznaki grozy, czy współczucia; wszak nie znał tych ludzi. Byli obcy. A śmierci nieznajomych z gazet nigdy nie robiły na nim wrażenia. Zdarzały się o wiele zbyt często, ażeby mogły jeszcze wywrzeć na kimkolwiek odpowiednią reakcję.
- Wszyscy zamordowani, kto wie, czy nie przez jedną i tę samą osobę - szepnął Igor, zważając na czujne ucho nauczyciela. - Wszyscy w ten sam sposób, pokonani najohydniejszymi i najpotężniejszymi zaklęciami.
Młody Chikachev poczuł, jak ciarki mimowolnie przechodzą po jego bladej skórze. Spragniony kolejnych informacji spojrzał pytająco na przyjaciół.
- Przez jeden dzień?
- Napisali, że przez trzy - uściślił szeptem Antonin. - Ale w tej samej okolicy, na południu Anglii. Facet musi być potężny...
Dratshev zabębnił palcami o blat swojego biurka, zwracając swe rdzawe ślepia ku niezainteresowanej zajęciami trójce młodzieńców.
- Czy panowie mogliby się zająć lekcją? - spytał z wyraźną goryczą. - Panie Dolohov, powtórzy pan moje słowa?
Antonin powstał z krzesła, uciekając wzrokiem na ławkę dziewczyny, siedzącej po jego prawicy. Jej drobne usta wydęły się, kiedy próbowała bezgłośnie podpowiedzieć sąsiadowi.
- Klątwy miłosne - powtórzył Antonin, po krótkiej chwili wahania.
Tyle mu wystarczyło, pamiętał doskonale, co mówili o nich w poprzednich latach.
- Klątwy miłosne są klątwami chwilowymi, gdyż żadnych spośród uczuć ludzkich nie da się spętać ani usidlić sztuką magiczną, nawet najpotężniejszą. Chcąc przedłużyć działanie takich zaklęć, trzeba je rzucać wciąż, i wciąż od nowa...
Dratshev skinął głową.
- Nie są to moje słowa sprzed chwili, ale ma pan rację, panie Dolohov.
Wykładowca sięgnął dłonią po jedną z grubszych ksiąg leżących na regale w kącie sali. Przez chwilę nie zwracał na swych uczniów uwagi, poszukując odpowiedniego rozdziału, a otworzywszy odpowiednie strony, począł czytać na głos:
- Nie jest prawdą, iż magią da się zdziałać wszystko. Istnieje bowiem miejsce w człowieku, którego żadne zaklęcia się nie imają, a miejscem tym jest serce. Łatwo przejąć władzę nad ciałem, łatwo nad umysłem, lecz nad uczuciami nie jest to możliwe.
Zatrzasnął księgę.
- Magija w teorii i praktyce, Aleister Crowley. Niedawno wydane, lecz głośno komentowane dzieło, musieliście słyszeć - dodał z nutką czułości w głosie. - Obowiązkowa lektura każdego z was. Macie dwa tygodnie, a potem sprawdzimy, ileż wiedzy udało wam się z niej wynieść...
To mówiąc, pogładził delikatnie grzbiet trzymanej w rękach księgi. W komnacie rozległy się odgłosy niezadowolenia, lecz pozbawiony chociażby krzty współczucia nauczyciel stłumił je bez zbędnego wysiłku.
- Cisza - powiedział. - Niech będzie półtora tygodnia. Czasu i tak macie aż zanadto.
Z wyższością ogarnął salę mściwym, pozbawionym skrupułów wzrokiem.
- A teraz, wracając do tematu...
Antonin żachnął się, kiedy Dratshev ponownie odwrócił się w stronę tablicy.
- Stary piernik! - fuknął. - Mamy dość pracy z innych przedmiotów!
- Cicho, bo belfer usłyszy - szepnął Igor, zerkając kątem oka na Victora, który przeglądał pod ławką wstrząsający artykuł.
- Są jakieś podejrzenia co do tożsamości winnego? - zapytał niepewnie Karkarova. Ten jeno pokręcił głową.
- Nic a nic - odpowiedział, - być może to sprawka kogoś, kto zwiał z Munga...
Antonin ostentacyjnie przewrócił oczyma.
- Igorze, nie bądź naiwny! Tyle ofiar! Tyle! Niektóre z nich rozniesione w drobny mak razem z domami, w których mieszkali, inne po prostu wyparowały! I kto był pośród nich? Mugole! Mugole i czarodzieje walczący o ich prawa! Dumbledore zwyczajnie kłamał! Czy psychol, który zwiał ze szpitala byłby w stanie wykrzesać z siebie tak wiele? Nie! Nigdy! To on! To Grindelwald! Jest na wolności, a Dumbledore go tylko kryje! Kryje, słyszysz?!
Maleńkie, perliste łezki same pocisnęły się do błękitnych oczu młodego Antonina. Chociaż chłopiec bardzo starał się zachować spokój, to ostatniego zdania nie dał rady wypowiedzieć szeptem, wrzasnął całym gardłem. Prędko odwrócił wzrok, nie chcąc nikomu pokazać dręczącego go bólu i cierpienia; zwyczajnie przygryzł wargi, chcąc powstrzymać płacz.
Jego przyjaciele zamilkli - przeto trudno było im się dziwić reakcji Dolohova. Bał się. Jego matka, nie dość że piękna, to i niezwykle utalentowana czarownica została zamordowana przez czarnoksiężnika Grindelwalda zaledwie kilkanaście lat temu, gdy ów był u szczytu swej potęgi. Wiedzieli, jak wielki był to cios dla małego wówczas Antonina. I jak wielką nienawiścią darzy on wspomnianego zbrodniarza po dziś dzień; jak wielką gorycz odczuwał, kiedy to arcymag Dumbledore pokonał swego dawnego przyjaciela, lecz oszczędził mu odebrania najcenniejszej rzeczy, którą ów posiadał - życia. Jeno zamknął go w tym przeklętym Nurmengardzie i pozostawił samemu sobie.
Czy uciekł? Nie, to nie mogło być prawdą!
Lecz któż inny mógł dokonać tych makabrycznych czynów, jeśli nie on?
Chłopcy szybko zorientowali się, że nie oni jedni pożałowali Antonina, i że nie na nich jednych wywarła wrażenie jego spontaniczna reakcja. Szesnaście par oczu - bo właśnie tylu słuchaczy zjawiło się dzisiaj na zajęciach z czarnej magii - wpatrywało się ze współczuciem wprost w cierpiącego i okrutnie zawstydzonego własną słabością Dolohova.
Tylko Dratshev nie chciał się rozczulać. Z kamienną miną, i z kamiennym sercem przystanął przed jego ławką, z dłońmi ciasno splecionymi na piersi.
- Prosiłem panów, by zajęli się panowie tematem lekcji - wycedził przez zęby. - Jeżeli nie jesteś zainteresowany, Dolohov, wstań i wyjdź.
Antonin spurpurowiał. Zawiesił głowę, chcąc w ten sposób przekazać wyrazy pokory i przeprosin, lecz nauczyciel pozostawał niewzruszony.
- Wyjdź - powtórzył cierpko.
Z całych sił ściskając powiekami załzawione ślepia, blondyn zerwał się z krzesła, przypadkowo zrzucając swoje rzeczy ze stolika. Nie zadając sobie trudu na ich pozbieranie szybkim krokiem opuścił komnatę, do której obiecał sobie już nigdy, ale to nigdy nie powrócić.
- Jutro po lekcjach chcę widzieć u siebie całą trójkę - szepnął do siedzącego najbliżej Igora. - Będziecie odrabiać u mnie karę za nieuważanie na lekcji. Nie życzę sobie więcej tak nieodpowiedzialnego i szczeniackiego zachowania, jasne?
Obaj chłopcy spuścili wzrok, nie chcąc nawet próbować spoglądać w płonące oczy Dratsheva. Milczenie nauczyciel potraktował jako wyjątkowo taktowną odpowiedź i zbliżywszy się do murów, by zamknąć drzwi za Antoninem, począł kontynuować przerwany wcześniej wykład.
Victor słuchał uważnie i przelewał na papier słowa nauczyciela, lecz przed oczyma wciąż miał obraz fotografii z Feniksa. Ruiny domów, szloch bliskich, i te dziwaczne chmury ponad nimi. Układały się jakby na kształt czaszki.
Uśmiechnął się pod nosem, rozbawiony wybujałością własnej wyobraźni.
Czaszki? Jakie czaszki? Co za bzdury!
Ale czy to, co mówił Antonin, faktycznie było prawdą? Czy to nie koniec ich smutków? Czy Grindelwald faktycznie jest w zmowie z Dumbledorem, czy wciąż realizuje swoje straszliwe plany? Tym razem tak daleko, w Anglii? Wszyscy byli przekonani, że to koniec, że koszmar został przepędzony, że już nigdy więcej...
Jęknął, zmęczony własnymi przemyśleniami, leniwie zerknął za okno.
Choć skryte za kremową, bogato zdobioną firaną, to jednak dało się przez nie dostrzec majaczące w oddali górskie szczyty, owiane lekką, szarawą mgiełką. Od teraz nic nie było już pewne.
Biedny, naiwny Victor nie wiedział jeszcze, że oto rozpoczął się początek reszty jego życia.
Komentarze (10). Dodaj
10 komentarzy
Następne 1 Poprzednie
|
Sachel & Fama.mylog.plniedziela, 26.października.2008, 12:10 87.205.221.55
|
|
|
Ave !
Czapki z głów po raz kolejny poprosimy, bo przeczytaliśmy, i to w terminie, tak, jak obiecaliśmy, a nawet wcześniej, bo obiecaliśmy od razu, a przeczytaliśmy nawet troszeczkę wcześniej, ale to nie o tym miało być.
Za dużo, to się tak jakby nie działo, ale to rozdział pierwszy, a jakieś wprowadzenie musi być, bo jak tu tak od rozpierduchy od razu zacząć, no nie da się! (niektórzy potrafią, śnieżynko... )
No, właśnie. Victor jest przedstawiony nieco inaczej niż wcześniej, aż strach pomyśleć, o losie, jaki się na tego biednego chłopca czai na kolejnych kartach tej historii. Ale to nic, bo my chętnie popatrzymy na to, jak go dręczysz.
Sowa Marlene, pewnie. Ale czemu nie Dagmarka? :-( Na początku miała być Dagmarka...
A Dołohow się popłakał, ha. Chłopaki nie płaczą! Frajeeer! Tomasz mówi, że mam od niego dopisać, że on go żałuje, i że mu przykro, bo chyba myśli, że jak będzie udawał bardziej wrażliwego, to będziesz go bardziej lubić.
A Dratshev się zachowuje jak Kozłowski, słowo. Więc ja wiem, że on tak naprawdę lubi dzieciaki, bo Kozłowski też lubi, tylko to ukrywa, a ostatnio nawet widziałem, jak się śmiał z głupiego żartu Huziorki. To ten sam typ, nie ma co. A Antonina wypieprzył, bo nie chciał, żeby mu się na zajęciach rozryczał. On mu pomógł, tak naprawdę.
W tekście znajdują się liczne epitety, takie jak... A, zaraz. To nie analiza interpretacyjna na polski? To ja, to my już pójdziemy.
Na błędy nie zwróciliśmy uwagi, a ja nawet prawie wszystko zrozumiałem, więc możliwe, że ich nie było.
Pa, <i>króliczku</i>! ;*
|
|
niedziela, 26.października.2008, 18:24 83.14.62.18
|
|
|
chociaż opowiadania potterowskie to banał twoje mi się podoba. Sama niegdyś pisałam o Lily Evnas(tak wiem.......) i uważam, że HP jest czymś w co gdy się wejdzie nie łatwo jest opuścić. Przeczytałam twoją notke jednym trchem i powiem, że na twoim miejscu zwiększyłabym troszkę czcionkę. Wiem, że zmniejszyłoby to troszeczkę efekt stylistyczny, ale uwierz że blogi z większą czcionką lepiej się czyta.
Co do treści to tak... jest nieco mroczna, nieco zabawna i tak jest dobrze. Nie wiem czemu ubawił mnie fragment list u. Najpierw czytając czułam takie wzrastające emocje a potem nadle wyleciał mi ten tekst "co ty robiłeś w damskiej toalecie" czy jakoś tak i poprostu myślałam, że spadne z krzesła; DDD Ogólnie opowiadanie ładne i czekam na dalszą część. Mam nadzieję, że mnie poinformujesz.
Na koniec oczywiście zapraszam do mnie. Już nie pisze o HP, ale również jest to opwoiadanie. Może Ci się spodoba... zobaczymy. Czekam na info i dodaję do fav.
|
|
Clairey.mylog.plniedziela, 26.października.2008, 20:20 94.251.132.233
|
|
|
Słonko, mówiłam już, co myślę. Victora kocham, o. I jest ślicznie. Pisz dalej, jeszcze lepiej, jeszcze przyjemniej. I nie zniechęcaj się, bo i tak Cię przekonam do powrotu, nu. A przynajmniej mam taką nadzieję.
Jesteś moim wzorem do naśladowania.
|
|
OFponiedziałek, 27.października.2008, 11:20 Adres ukryty
|
|
|
Jeest! Jeest! Wybacz, że nie od razu ale zapadłam na jakąś świńską chorobę i nie miałam siły sturlać się z łóżka a tato zabronił mi romansować z jego Toshibą , więc musiałam odczekać aby doturlać się do biurka. I cholera. Ale jestem szczęśliwa. Pierwszy rozdział o Victorze, który mi się śni po nocach ;)
Zaczęłaś od listu i tak wspaniale go napisałaś, że chyba się rozpłaczę z zazdrości nad twoim talentem.
<i> Czego szukałeś w damskiej toalecie? </i>
No właśnie. Czego </i> On tam szukał ?
Podoba mi się to, że sama tworzysz .... Durmstrang. No bo cóż. Tworzysz jego uczniów i nauczycieli oraz jego historię.
A... i podoba mi się Marlene. Chcę taką sowę!
<i> Salon Wilków</i>- czy to coś na zasadzie domów w Hogwarcie?
Szkoda mi Victora. Po pierwszym akapicie , można wyczuć iż straaaasznie był związany z bratem. No cóż. Mam nadzieję, że go odnajdą.
Profesor Dratshev- łochocho. Nie chciałabym mu podpaść. A często zasypiam ...
<I> Oczy Victora poczęły błąkać się po ścianach, jak gdyby chłopiec miał nadzieję znaleźć na nich stosowne odpowiedzi. </i>
Mam tak samo podczas odpowiedzi... zazwyczaj z przedmiotów ścisłych ....
Dratshev... o rety. Istny diabeł z wyglądu. Chyba bym zemdlała z wrażenia, jakbym go zobaczyła.
Ach! Igor Karkarow! Ach! Ale wspaniale, żeś go tutaj wplątała! No po prostu idealnie! Dratshev go odpytuje a sprawy sobie nie zdaje, że to kiedyś Karkarow będzie dyrektorem tej szkoły! Ale za bardzo wybiegam do przodu ... ;)
Opis zaklęć mnie zachwycił. No, no. Ale ten Igor pojętny.
<i> - Robisz postępy, chłopcze - pochwalił go Dratshev. - Skoro potrafisz już czytać, może czas podnieść sobie poprzeczkę? </i>
No cóż. Ta wypowiedź powaliła mnie na łopatki, nogi, kostki. Szczęka mi opadła, zęby mi wyleciały, zaczęłam się cieszyć jak głupi do sera. Oczy wywaliło mi na wierzch i znów się rozpłakałam z zazdrości nad twoim talentem.
<i> Feniks </i> ... no cóż. Nazwa idealna. Lepsza od <i> Proroka Codziennego </i> i to mi się podoba.
Ochocho. Czyżby tutaj się pojawił Vold i rozwalił jedną z angielskich okolic? To takie do niego podobne ... no cóż.
Okay. Boję się tego Dratsheva. Gdybym ja miała takiego profesora bym się chyba powiesiła na nitce.
O. Mój. Boże.
Zupełnie nie pomyślałam o Grindelwaldzie. No tak. To też bardzo możliwe , że to on. Ale mi zadałaś myślenia do kolejnego rozdziału. Będę pytać sama siebie:
<i> Voldemort czy Grindelwald </i> ... chociaż chyba ten drugi bo Voldemort prawdopodobnie jeszcze wtedy siedział w szkole... ale nie jestem pewna... no i oczywiście ty nie musisz trzymać się kanonu.
A wiesz. To dziwne, że nie pomyślałam o Grindelwaldzie bo sama zamierzam go umieścić w którymś tam rozdziale. Nie! I znów to pytanie!
<i> Voldemort czy Grindelwald </i> ... bo w końcu Gellert był drugi na liście Najniebezpieczniejszych Czarnoksiężników Wszech Czasów , po Voldku ... ale znów pytanie... w końcu Gellert władał tym o czym Czarny Pan mógł pomarzyć! Ach ty podła! Tyle myślenia dla mojego schorowanego umysłu!
Biedny Antonin.
<i> Wcześniej nie zwrócił na to uwagi, ale te chmury... Czarne chmury... One miały jakby kształt czaszki, w konturach leciutko rozświetlonej na zielonkawo... </i>
Już wiem! Voldemort! To <b> musi </b> być On!
<i> Biedny Victor. Nie wiedział jeszcze, że oto rozpoczęła się reszta jego krótkiego życia. </I> wspaniałe ale brutalne zakończenie.
O moja droga! Przecież ten rozdział jest IDEALNY! Normalnie! Całuję twój talent po stopach! Tak mrocznie ... tak wspaniale! Tak bezbłędnie! Zazdroszczę Ci.
Btw. Dziękuję za komentarz pod moim rozdziałem. Omal się nie rozpłakałam ze szczęścia gdy przeczytałam, że Ci się spodobało. No dosłownie ... po przeczytaniu twojej opinii chodziłam dumna po całym domu. A radosna byłam jak nie wiem.
A co do błędów. Wytykaj mi je dalej. Może dzięki temu będę kiedyś choć w połowie tak dobra jak Ty.
Serdecznie pozdrawiam i dziękuję Ci za ten rozdział.
[ piórem nabazgrała ]
<i> panna R. </i>
ps. Cieszę się, że podoba Ci się mój styl Css. Napracowałam się nad nim (;
ps2. A problemem nie była czcionka, tylko, że wpisywałam kod a mi wyświetlało, że nieprawidłowy O_o
ps3. I znów tak jest :P
|
|
OFmylog.plponiedziałek, 27.października.2008, 15:07 Adres ukryty
|
|
|
Dziękuję za powiadomienie na początku.
Ja jestem pod wrażeniem tego, jak ty potrafisz jeden rozdział 'zrobić' z jednej sytuacji. Tak genialnie opisujesz wszystko, że... no, nie wiem po prostu. Podoba mi się to.
Rozdział wcale nie był jakiś zły, czy nieidealny. Wręcz przeciwnie - powoli coś się rozjaśnia, akcja się zawiązuje. Mi osobiście przypadł do gustu bardzo i ja bym już chciała następną część przeczytać. ^^
Eh, nie wiem, co napisać. Jestem zmęczona jeszcze po weselu i poprawinach. :/
Wiedz w każdym razie, że mi się podobało i więcej chcę.
Pozdrawiam serdecznie,
Mary
|
|
poniedziałek, 27.października.2008, 20:43 91.110.83.131
|
|
|
Oj, list jest rzeczywiscie pieknie napisany, wyraznie rozni sie stylem od calej reszty opowiadania i przez to jest wiarygodny. Och, och, mi sie tak nigdy nie udaje, nie tylko z listami, ale nawet z dialogami, wszystko jest jednakowe, a bu. A takich rodzicow sie zarzyna.
Oooooojeeeeeej, maly Igorek! Maly Igorek! Ale uroczo ^.^ Karz swojemy Igorkowi myc czesto zeby, bo to co z niego wyroslo, jesli wierzyc filmom to po prostu nie do pomyslenia, musisz zmienic bieg wydarzen! Boze, boze, co z nich <i>wszystkich</i> wyrosnie, tak wlasciwie...
Alez ja kocham malego Antka za cudowne imie, za wrazliwe serduszko i za blond czupryne. Chcialabym go sobie ukrasc. Duzego Antka juz raczej nie.
Tacy nauczyciele sa najlepsi, najwiecej sie od nich uczy i lekcje nigdy nie sa nudne tylko... przerazajace. Ale jednak!
Nie wiem wlasciwie co powiedziec, slicznie, no. I az mi sie zachcialo pozbyc sie Kadysza i zaczac pisac cos potterowskiego, przez ciebie.
|
|
sweet-impactśroda, 29.października.2008, 13:14 Adres ukryty
|
|
|
No co ja mogę powiedzieć, no co? No podobało mi się strasznie! Poczynając od listu, a skończywszy na podejrzeniach Viktora.
Igor Karkarow zaświecił wiedzą, mwahahaha XD Szczerze? Chciałabym zobaczyć go, jak wyglądał w młodości ^^' Byłoby to niewątpliwie historyczne wydarzenie, o! albo Bellatrix, albo LuSSjusza XD Regulusa też *o*
Ogólnie to dzieło, tak, dziełem ów rozdział I nazwać można, a nawet trzeba!, uważam za wciągające i interesujące.
Wybacz, że dzisiaj się tak nie rozpiszę, ale <i>czas</i>... Czas goni nas!
Buziaki :*:*
|
|
OFśroda, 5.listopada.2008, 18:14 Adres ukryty
|
|
|
<b>
Gorąco zapraszam Cię na VI rozdział zamieszczony u mnie.
Serdecznie pozdrawiam.
[ piórem nabazgrała]
<i> panna R.</i> </b>
_________
Treść wytłuszczona kopiowana.
|
|
OFpiątek, 7.listopada.2008, 22:29 Adres ukryty
|
|
|
Witaj!
To ja, Cass z <i>panna-deschanel</i>.
Otóż chciałam Ci powiedzieć, że tamten blog jest już tylko wspomnieniem i przeniosłam się na <I>dance-of-feel</i>. Nowe pomysły i nowe opowiadanie. Właśnie ukazał się pierwszy rozdział.
Wpadniesz?
<I>Cass</i>
*wiadomość kopiowana.
PeeS: Kochana, wybacz, ale nie mam czasu na komentarz - już stosunkowo dawno przeczytałam tę notkę. A poza tym nawaliłam :| ale to przez brak czasu. Myślę że pod koniec weekendu się wyrobię! ;***
|
|
Luna.środa, 29.lutego.2012, 13:00 78.8.119.227
|
|
|
Piszesz jak profesjonalista! pozdrawiam
|
Ishie +
Klaryś =
shablon. Jak zawsze!