Rozdziały

Prolog | I Feniks donosi II Licząc na łut szczęścia III Alea iacta est IV Talavat V Szczęśliwe powroty VI Miłosne uniesienia VII Trochę o czynach i ich konsekwencjach VIII Caradoc Dearborn IX Z małej chmury duży deszcz X Nie igraj z ogniem XI Nie zamykaj oczu XII Rozlane wino |

Muzyka

Prolog

A więc to jest to miejsce, przed którym drżą miliony.
Victor, wiercąc dłońmi uwięzionymi w magicznych pętach, posłusznie podążał za prowadzącym go ponurym, zakapturzonym mężczyzną, dziękując w myślach ślepemu losowi, iż oszczędzono mu towarzystwa straszliwych istot, jakimi bez wątpienia byli dementorowie. Sala, na której się znalazł, była olbrzymia. Olbrzymia i mroczna, otoczona zewsząd nie ścianami, ale trybunami - trybunami tak wysokimi, iż nasz bohater ledwie dostrzegał ich szczyt. Tłum czarodziejów zasiadających na ławach - a było ich stu, jeśli nie więcej - i wszyscy ubrani tak samo: w powłóczyste, fioletowe szaty z wyhaftowaną na piersi złotą nicią literą "W" przyglądał mu się nieprzyjaźnie, żeby nie powiedzieć wrogo. Ich kamienne twarze nie zdradzały śladów współczucia, nie miały w sobie krzty wyrozumiałości ani litości. Dla nich Victor był już stracony. Ich milczenie, ich spojrzenia - to wszystko wywoływało mrowienie na jego na bladej, niezdrowej skórze.
Posadzono go na twardym, niewygodnym krześle pośrodku tego złowieszczego miejsca. Rąk młodzieńca nie uwolniono z więzów, traktowano go, jak gdyby był niebezpiecznym bandytą, mordercą, którego należy się wystrzegać, bezlitosnym złoczyńcą...
- Imię, nazwisko? - zagrzmiał męski głos jednego spośród zebranych. Victor uniósł głowę, wzrokiem poszukując osoby, z której ust mogło paść pytanie. Nie było to trudne.
Bartemiusz Crouch wychylał się z jednej z górnych lóż i wyglądał tak rześko jak chyba jeszcze nigdy wcześniej. Jego skrupulatnie ulizane włosy lśniły w blasku kandelabrów, a młoda twarz nie wykazywała nawet najmniejszych oznak zmęczenia. Miał dużo zapału do swojej pracy.
Ale czy wystarczająco dużo? - Victor uśmiechnął się paskudnie.
- Chikachev - odpowiedział głośno, nie spuszczając wzroku z twarzy szefa Departamentu. Jego ochrypły głos odbił się głuchym, potężnym echem po wysokich ścianach pomieszczenia.
- Victor Chikachev - powtórzył raz jeszcze.
Nie okazywał pokory, uległości, ale nie próbował też stawiać oporu. Młodzieniec wiedział, że nie wyjdzie z tego miejsca wolny. Że już i tak nigdy nie wróci do Rosji. Że widok zza krat Azkabanu będzie ostatnim i jedynym, który ujrzy przed niechybną śmiercią.
Jeśli już miał odejść, chciał odejść z twarzą.
Crouch zaprzestał dalszego przesłuchania, odwracając się ku stojącemu obok mężczyźnie - wysokiemu starcu o długiej, poplątanej brodzie i rogowych okularach na orlim nosie. To musiał być Albus Dumbledore, legenda magicznego świata. Nie trzeba było geniusza, aby go rozpoznał. Jego twarz tak chętnie, tak często uwieczniana na wszystkich portretach, rysunkach i rycinach, na ścianach i w książkach, postać tak wielka, tak światła... Czy i on był po ich stronie?
Victor potrząsnął głową.
Czarodzieje o nieposzlakowanej opinii, psia ich mać. A każde z nich przyglądało mu się teraz niczym atrakcji cyrkowej, niczym rozkosznej małpce w podrzędnym zoo. Victor mógłby się założyć, że przynajmniej połowa z nich bardziej zasługiwała na tytuł oskarżonego niż on sam. Ilu wśród nich było dzisiaj zdrajców? Ilu donosicieli?
Podłe szuje, kanalie. To wy chcecie mnie dzisiaj sądzić?
- Victorze Chikachevie - ozwał się Crouch - rada chce przedstawić ci swoje zarzuty. Uważamy, iż będąc zdrowym na umyśle oraz świadomym swoich czynów, współpracowałeś z Sam-Wiesz-Kim.
Oskarżony kątem oka dostrzegł, jak jeden spośród aurorów siedzących nieopodal przewodniczącego komisji skrzyżował ręce na piersi. Caradoc Dearborn, niebieskooki blondyn o delikatnej, jednak naznaczonej wieloma rysami twarzy - zarówno bliznami mrocznego pochodzenia, jak i zwykłymi, starczymi zmarszczkami. Na jego spierzchniętych ustach igrał wyraz podłej, zawistnej satysfakcji. Victor starał się na niego nie patrzeć.
- Oskarża się ciebie o mordy dokonane na mugolach, rodzinie Marininów oraz charłaku, Sevastianie Sorkinie. Ponadto, uważa się, iż współwinien jesteś licznych tortur oraz zbrodni nienawiści dokonywanych na osobach niemagicznych.
Teatralnie przerwał przemówienie.
- Czy przyznajesz się do zarzucanych ci czynów? - zapytał.
Na znak protestu Victor potrząsnął zamaszyście głową, a jego czarne i lśniące niczym krucze skrzydła włosy rozsypały się w powietrzu.
Tchórze! Oni wszyscy siedzieli w bezpiecznych schronieniach, kiedy ów czarnoksiężnik buszował po świecie. Łatwo jest im sądzić innych - tych, których nikt nie chronił przed niszczycielską mocą Czarnego Pana. Przed Jego siłą. Jego potęgą.
Mężczyzna, który doprowadził Victora przed sąd, zbliżył się doń i jednym, zgrabnym ruchem zerwał rękaw, osłaniający jego lewe ramię. Oczom zgromadzonych ukazał się blady Mroczny Znak, wyhaftowany zręczną igłą na napiętych mięśniach oskarżonego.
Były Śmierciożerca przeklął szpetnie.
- Czy przyznajesz się do zarzucanych ci czynów? - przewodniczący zagrzmiał ponownie.
Victor dźwignął głowę, pozwalając swej długiej grzywie oklapnąć na ciemne, orzechowe oczy.
- Nie - wychrypiał.
Crouch przez chwilę przyglądał się swej ofierze bez zrozumienia, aż w końcu - wymieniwszy porozumiewawcze spojrzenia z Dumbledore'em - zadał kolejne pytanie.
- Co masz więc na swoją obronę?
Odpowiedziało mu parsknięcie.
Na obronę? Obronę przed czym? Przecież wyrok już został wydany.
- Nie ja zabiłem Marininów - odrzekł lodowato. - Nie podniosłem ręki na żadnego z nich. I pewnie wciąż by jeszcze żyli, gdyby tylko mieli więcej rozumu w głowach. Wina nie spoczywa na mnie.
Crouch już otwierał usta, aby odpowiedzieć, ale Caradoc był szybszy. Auror z głośnym hukiem uderzył pięścią w ławę - aż cud, że się nie roztrzaskała.
- Brednie! - ryknął. - A Sorkin? Popełnił samobójstwo?
Victor nie odpowiedział od razu; chciał wcześniej posmakować złości swego najzacieklejszego wroga. Uniósł wzrok, bez strachu spoglądając prosto w oczy blondyna. Teraz już się nie bał. Teraz już było po wszystkim.
- Sorkina zabiłem - przyznał. - Ale nie zrobiłem tego z polecenia Czarnego Pana.
Patrzyli na siebie nawzajem, oboje wściekli, iż ten drugi żyje, iż śmie oddychać tym samym powietrzem. Nienawidzili siebie tak mocno, jak mocno mogą nienawidzić się dwie ludzkie istoty.
- Tylko najwierniejsi słudzy Sam-Wiesz-Kogo nazywali go Czarnym Panem - zauważył jeden z czarodziejów siedzących kilka rzędów niżej. Victor odnalazł go wzrokiem; był to ciemnoskóry jegomość o długim, czarnym wąsie. Młodzieniec skinął w odpowiedzi głową.
- Byłem Śmierciożercą - powiedział spokojnie. - Widzieliście moje ciało, a ja nie wyprę się tego, co oczywiste: byłem Śmierciożercą - powtórzył, smakując każdą sylabę z osobna. Mimo wszystko, brzydził się tego słowa.
Bartemiusz Crouch w zamyśleniu potarł dłonią nieogoloną brodę.
- Z pewnością wiesz o tym, ze jeżeli wydasz nam nazwiska swoich towarzyszy, będziesz mógł liczyć na łagodniejszy wy...
- Nigdy!
Victor - zaciskając zęby - szarpnął dłońmi uwięzionymi w magicznych pętach.
- Nie unoś się tak, Chikachev - upomniał go nieprzyjemny głos, dochodzący z zupełnie innej części sali. Tym razem młodzieniec nie musiał się odwracać, by poznać jego właściciela. To musiał być Alastor Moody.
- Jesteś kundlem zepchniętym w ślepą uliczkę - rzekł z obrzydzeniem. - A od tych nikt nie oczekuje, by zachowywały się honorowo.
- Czy mi się zdaje, czy to kundel, a nie ścigający go hycel powinien szczekać? - zapytał spokojnie więzień, spoglądając na niewidoczny punkt usytuowany wprost przed nim. Moody prychnął i chcąc machnąć lekceważąco dłonią na bezczelnego smarkacza, niechcący potrącił ustawiony obok kielich wody. Próbował go złapać, jednak nie dał rady - naczynie zachybotało się... i spadło z loży.
Kielich ów był prawdziwym dziełem sztuki. Misternie zdobiony, wydmuchany z cieniutkiego, błyszczącego szkła barwionego na jasny, zielonkawy odcień. Kiedy pokonał wysokość, która dzieliła czwartą lożę od posadzki, kiedy zetknął się z drewnianymi panelami... Roztrzaskał się w drobny mak. Tysiące maleńkich kawałeczków szkła rozsypało się pod stopami Victora.
Odchylił głowę do tyłu, przymknąwszy powieki.
To naczynie było... było jak jego życie.
A każda z tych drobin była osobnym wspomnieniem.
- Głosowanie! - krzyknął przewodniczący. - Czy ktoś jest za uwolnieniem?
Victor nawet nie podniósł wzroku. Nie musiał patrzeć. Znał swój wyrok jeszcze zanim usiadł na tym krześle. Nie spodziewał się jednak, że głosowanie rozpoczną tak szybko. Z drugiej jednak strony... Zaczynało się robić nieprzyjemnie. Crouch był nowy na posadzie. Z całą pewnością nie chciał stracić panowania nad sytuacją.
- Winny! - ryknął Crouch. - Zabrać go!
Trudno było się temu wszystkiemu dziwić. Przecież Victor Chikachev faktycznie był Śmierciożercą.
Ale czy to ich upoważniało do uprawiania kabaretu zamiast sądu?
Ten proces wcale nie był prawdziwym procesem. Nikt się go nie pytał, jak doszło do śmierci zamordowanych osób, nikt tak naprawdę nie chciał słuchać jego wyjaśnień. Był tutaj tylko po to, by przyjąć na barki okrutny wyrok. Nosił na skórze Mroczny Znak, a to mówiło wszystko. Ci ludzie po prostu szukali osoby, którą mogli by ukarać zamiast Lorda Voldemorta.
Chciałbym mieć władzę nad czasem, pomyślał, przyglądając się drobinom szkła, migoczącym w blasku świateł. Chciałbym móc cofnąć wskazówki zegara.
A to wszystko zaczęło się tak niewinnie...

Victor doskonale pamiętał swoje pierwsze dni w szkole - pierwsze znajomości, pierwsze strachy, pierwsze konflikty. Jak większość pierwszorocznych był przerażony i przez całą podróż pociągiem - a trwała ona dłużej niż dzień, Victor bowiem mieszkał w samym centrum Petersburga, podczas gdy cel ich wędrówki znajdował się daleko na wschodzie, na mroźnej północy - nie zamienił słowa z ani jednym dzieckiem. Pamiętał, jak bardzo go to męczyło.
Pamiętał też, jak po raz pierwszy ujrzał ponure zamczysko Durmstrang. Nie wyglądało przyjaźnie; przeciwnie - sprawiało wrażenie żywcem wyjętego z tych wszystkich legend o prastarych, wszechpotężnych wampirach. Wzniesiony wysoko w górach, wybudowany z ciemnej cegły, z wieloma, zarówno węższymi i wyższymi, jak i szerszymi i niższymi wieżyczkami, otoczony zewsząd mocnym, grubym murem. Ha! Victor już wtedy wiedział, co będzie go czekało. Konserwatywne przekonania, surowe zasady i mnóstwo, ale to mnóstwo nauki.
Nie pomylił się.

Nie obawiał się momentu, w którym mieli go przydzielić do odpowiedniego domu. Jeszcze zanim się tutaj znalazł, dokładnie wypytał o to rodziców. Miał po prostu czekać, aż ktoś wywoła jego nazwisko, a wówczas z dumą podejść do osoby, która będzie spełniała funkcję Mistrza Ceremonii i podać mu swoją prawą dłoń. Nic więcej.
Tym okazał się nie żaden spośród nauczycieli, ale satyr specjalnie na tę uroczystość sprowadzony z okolicznych lasów - mężczyzna, który zamiast stóp miał rozcapierzone raciczki, z którego ledwie widocznego spod ciemnej szczeciny czoła wyrastały dwa kozie różki i który ubrany był w starodawny, szlachecki kubraczek barwy błękitu nieba. Victor pamiętał, że dotyk satyra był szorstki, nieprzyjemny.
Z początku w Durmstrangu istniały tylko trzy domy, utworzone na chwałę rodzeństwa Talietzinów, którzy założyli szkołę. Ku pamięci barczystego, potężnie zbudowanego Borysa powstał Dom Niedźwiedzia, Casa Ursus Firmus, gdzie liczyć miało się męstwo, siła i odwaga. Kruchej, lecz jakże mądrej Rozie poświęcono Dom Łasicy, Casa Mustela Astutus. Fedorowi nastomiast, najstarszemu z trójki, pośmiertnie podarowano Dom Orła, srogiego króla przestworzy - Casa Aquila Dignus, w którym najważniejsza była duma i godność. Dopiero sto lat później, kiedy rektorem uczelni został wątpliwej reputacji wilkołak, Vlasi Abelev, dodano czwarty dom - Dom Wilka, Casa Lupus Ferocis, którego uczniom zdradzano ponoć najmroczniejsze spośród czarnoksięskich sekretów. W tym samym roku do Durmstrangu wprowadzono całkowity zakaz przyjmowania na naukę dzieci mugoli, uznając ich za niegodne władania sztuką magiczną. Rozporządzenie to zostało odrzucone niemal półtora wieku temu przez czarownicę Anzhelę Trush, która będąc na stanowisku rektorskim, utworzyła piąty spośród domów, dzisiaj najmłodszy - Dom Kozicy, Casa Rupicapra Periculus, za najważniejsze cechy stawiając tam upór i ambicję. To w nim głównie roztaczano opiekę nad dziećmi mugolów. Dzisiaj, kiedy Kozica stała się w Durmstrangu symbolem dążenia do celu i spełniania marzeń, trafiają tam uczniowie z różnym rodowodem. Tych z rodzin pozamagicznych wciąż jest jednak stosunkowo niewielu, przyrównując ową uczelnię do innych szkół świata.
I wciąż żaden z nich nie został spadkobiercą spuścizny Abeleva.
Victor od urodzenia wiedział, że jego miejsce jest u Wilka. Od niego pochodził jego ojciec, dziad i pradziad, a także matka, babka i prababka. Właściwie, to zbadanie jego dłoni było tylko formalnością - przydzielono mu miejsce w dormitorium tegoż domu, kiedy tylko zobaczono jego nazwisko na liście pierwszorocznych.
Opiekunem Domu Wilka był - rzecz jasna - czarodziej prowadzący wykłady dotyczące czarnej magii, Martin Dratschev. Mężczyzna w średnim wieku o długich, kręconych włosach koloru żywego ognia i o maleńkich, rdzawych oczkach. Dobry znajomy ojca Victora, przyjaciel z lat szkolnych. To on zaprowadził jego i kilkunastu innych chłopców - gdyż na roku Victora nie było ani jednej dziewczynki - pod Wilcze Nory, jak później zwali swoje sypialnie. Miejsce to znajdowało się w zachodnich komnatach trzeciego piętra.
Jak dość prędko zauważył, sypialnię dzielił z dwoma największymi imbecylami, jacy kiedykolwiek trafili do domu Abeleva. Często powtarzał, że niebo tylko cudem nie grzmi, słysząc żenujące dowcipy tychże chłopców, a gdyby dodać do siebie ilorazy inteligencji Adriana i Yoshi'ego, a potem jeszcze pomnożyć przez trzy, wynik być może dorównałby średniej krajowej.
Przyjaciół znalazł sobie w Igorze i Antoninie, z którymi usiadł - całkowicie przypadkowo - na trzeciej lekcji alchemii. Ten pierwszy cechował się wysokim wzrostem, a - pomimo młodego wieku - rysy jego twarzy już były bardzo wyostrzone. Miał haczykowaty nos i czarne oczy, które z biegiem lat nabiegły jakimś takim złowrogim chłodem. Antonin miał jasne, złote włosy - to dzięki nim, nim i jego niewinnie okrągłym, granatowym ślepiom, cieszył się później tak wielkim powodzeniem wśród dziewcząt.
Victor od razu poczuł, że ci dwaj byli inni. Chciał ich oswoić. Chciał ich poznać. W konsekwencji polubił ich, a nawet pokochał - i ich serca splotły się magicznymi nićmi wiecznej przyjaźni. Przez następne osiem lat byli już nierozłączni.
Z nauką miewał problemy, zwłaszcza z początku. Victor nie należał do osób cierpliwych ani pracowitych. Nie chciało mu się uczyć.
Jakże wielka była jego radość, kiedy dowiedział się, że na ostatnim roku będzie musiał uczęszczać tylko na te zajęcia, które chciał zdawać na egzaminach końcowych. Wciąż nie wiedział, kim chciałby zostać w przyszłości, wybrał więc te przedmioty, które lubił - tajemniczą czarną magię, potężną alchemię, uroki, gdyż był to jedyny przedmiot, z którym nie miał problemów, prastarą wiedzę dotyczącą run oraz zielarstwo - jako dopełnienie alchemii. Jak wielkie było jego zdumienie, kiedy okazało się, iż tego ostatniego przedmiotu nauczać będzie ów budzący grozę satyr, którego poznał lata temu.

Opowieść, która doprowadziła go przed sąd Wizengamotu rozpoczęła się tam, w Durmstrangu, kiedy to Victor był na ósmym - czyli ostatnim - roku nauki. Jednak nie opływa ona w heroizm czy bohaterstwo. Nie, oto historia o tchórzostwie, zdradzie, o nienawiści. O ludzkich słabościach.

Był mroźny, grudniowy dzień...

Komentarze (27). Dodaj



27 komentarzy
Następne 12 Poprzednie

chikachev OFmylog.plsobota, 27.września.2008, 17:00
Adres ukryty

Tak, wiem Clairey wykorzystuje zdjęcia panny Wilde. ;) Jednak pozwoliłam sobie także je umieścić na szablonie, ponieważ mnie oczarowały.
Bardzo mi miło, że tak mnie pochwaliłaś! Osobiście nie uważam się za jakoś wybitnie zdolną, ale doskonalę się i mogę powiedzieć, że pisanie sprawia mi wielką radość.
Cieszę się, kiedy komuś przypada do gustu moja wątpliwej jakości pisanina. :)
A widzę, że z tymi ciasteczkami to nieźle trafiłam. ^^ Wszyscy je lubią. xD
JA także pozdrawiam gorąco.

<i>Mary</i>

decorum decorumsobota, 27.września.2008, 21:34
Adres ukryty

dziękuję za tak miłe słowa, obiecuję popracować nad interpunkcją, co nie jest wcale takie łatwe, choć naprawdę się staram... pisałam już, jak bardzo się cieszę, że znowu hp-ujesz? Chyba tak... kochanie moje, pisz szybciutko pierwszy rozdział, no!
A co do Reggiego, miło mi, że go lubisz, lub to, jak go wykreowałam, bo samą osobę chyba trudno polubić, przynajmniej ja miałabym duże problemy, bo nie lubię ciamajd. P)

Clem,
znika i zapewnia, że wkrótce coś się pojawi, bo "akcja" faktycznie odrobinę przyspiesza

czwartek, 2.października.2008, 23:28
213.199.253.211

Nowy blog z ocenami, nie ma kolejki więc ocena będzie szybka i bezbolesna, wystarczy sie zgłośić ;)
Zapraszamy.


* Tekst kopiowany.

sweet-impact sweet-impactśroda, 8.października.2008, 00:20
Adres ukryty

Ish! [Lina pisze, pamiętasz? XD]
Czemu nie zostałam powiadomiona o nowym blogu? :( Bu! ide się pochlastać szarym mydłem XD
Oczywiście, przeczytałam calutki rozdział i wiesz ty co?
PODOBA MI SIĘ!
Co mi się podoba? Wszystko. Victor, to, że był Śmierciożercą, trafił przed sąd, uczęszczał do Durmstrangu, szablon - no wszystko.
Nieźle, nie... to złe słowo, oj złe. Genialnie, świetnie [ to i tak zbyt mało ] to wymyśliłaś, Słońce :*
W dodatku ten Twój styl sprawia, że nie mogę się doczekać, co będzie dalej.
Mam nadzieję, że powiadomisz starą, poczciwą Linę o nowym odcinku ^^'
Będę wdzięczna :*

Całusy, kochana i... co tam u ciebie słychać? Nie odzywasz się praktycznie... może ty się na mnie obraziłaś, co? No powiedzże coś, błagam!
Dodaję do siebie :*
A i wracam, piszę, a właściwie to kończe już 1 cześć na bloga, z którego komentuję XD

Do napisania! :*

chikachev OFmylog.plśroda, 8.października.2008, 19:49
Adres ukryty

Dzień dobry, pani! :)
Ja chciałam zaprosić, tak cichutko, na nowy rozdział. :)
Czekam na komentarz niecierpliwie i twoją opinię.

<i>Mary</i>

chikachev OFniedziela, 12.października.2008, 14:39
Adres ukryty

Czy jestem obrażona/oburzona czy co tam jeszcze?
Żartujesz?
Ja jestem... zaszczycona!
Cóż. Zawsze warto poczytać sobie jakąś <i> mądrą krytykę</i> na temat swojego opowiadania.
A poza tym , owym talentem, o którym wspomniałaś, tak mnie podbudowałaś , że puszę się po całym domu jak paw.
Uf. Co ja chciałam. To, że McGonagall tak powiedziała, to nie znaczy ,że ma rację. To panna Blanchett miała rację o Francuzach ale z McGonagall lepiej nie ryzykować.
Cóż, cóż. Trudno nie zakochać się w tym twoim Vicotorze. Oj trudno. Więc Ci się nie dziwię.
A tymczasem. Nie wiem czy Cię to interesuje ...


<b>Kolejny rozdział z życia panny Blanchett.
Rozdział IV: Fatum.

<i> Pozdrawiam.
[piórem nabazgrała]
Panna R. </i></b>
__________
[ treść wytłuszczona- kopiowana. ]

Fama & Sachel Fama & Sachel.mylog.plniedziela, 12.października.2008, 15:33
87.205.191.248

Kici, kici, kici...
Kurczę, JAKA SZKODA,  że mi ukradłaś to opowiadanie. Tak bardzo je chciałem poprowadzić, tak bardzo, bardzo!
Chcieliśmy Ci powiedzieć, że to wreszcie przeczytaliśmy, więc powinnaś być z nas dumna, bo to bolało, a my to mimo bólu zrobiliśmy, no czapki z głów , prosimy.
Gabriel samodzielnie nie zrozumiał wszystkich zdań, co może oznaczać, że miałaś tam parę błędów, ale nie musi, bo Gabriel to tylko Gabriel. ( bez urazy, śnieżynko! ;* ) Gdyby nie to, że to fanfick książki, której nawet nie przeczytaliśmy, i nie mamy zamiaru tego zmieniać,  to może by nam się nawet podobało, i jasne, że podobało, ale nie lubimy pani Rowling i jej twórczości, o czym doskonale wiesz.
Ale... O, kurczę, ale masz fajny CSS! Nie mam pojęcia, kto Ci go mógł napisać, chyba jakiś geniusz, a jak powiesz, że chcesz go zmieniać, to dziś wieczór przyjdę do Ciebie z Silent Hillem, częścią drugą.
Wrzuciłaś ją - notkę - ponad miesiąc temu, tak, wiemy, następną przeczytamy od razu, obiecujemy, ale nie obiecujemy, że to przeżyjemy, a wtedy będziesz płakać, bo nie lubisz kupować prezentów, a nam na grób coś będziesz musiała, ha.
I nie wczuwaj się za bardzo w tego Victora, bo na obrazku jest dużo przystojniejszy od Famy, choć on uważa, że to nieprawda, i naszej biednej, małej fretce może się zrobić przykro, i właśnie mi karze dopisać, że to nie fair, bo on jest wymyślony, a wymyślonemu to on nie ma jak głowy ukręcić, ale że na pewno znajdzie sposób, więc miej się na baczności, i Ty i on, ale on mniej, bo jest głupi, i w sumie, to lepiej, żeby się nie miał, bo będzie go wtedy łatwiej upolować.
Było fajnie, weny życzymy, bo fajnie, że piszesz cokolwiek, bo talentów się nie marnuje. I takie tam. Powodzenia, <i>króliczku</i>. :*

sweet-impact sweet-impactczwartek, 16.października.2008, 00:16
Adres ukryty

Mojaaa

sweet-impact sweet-impactczwartek, 16.października.2008, 00:18
Adres ukryty

Jeszcze raz, bo sie nie dodało >.<

Mojaaa *o*
Ja? Ja uciekłam? No przyznaję - nie było mnie... trochę ^^' nawet bardzo, bardzo trochęęęę XD
I nie dziękuj, nie dziękuj - bo to jak najbardziej zasłużenie ;* i... no, no, no... bo popadniesz w samozachwyt! niah ;d
A co u mnie? Zatrułam się chyba czymś :( albo mam grypę żołądkową... mama mnie dziś ze szkoły odbierała i jestem u uziemiona. Chyba się zaraz pochlastam szarym mydłem - a poza tym, to... nie jest tak źle. Wrócił mi wen, którego tak długo szukałam i coś się tam zaczyta tworzyć ^^ Już niedługo coś dodam ;d proszę o wyrozumiałość i cierpliwość XD
AAAAAAAAAAAAA... i miło mi, że podoba Ci się mój nowy szablon ^^
Mnie też on bardziej leży niż poprzedni ;d lepszy jest i tyyyla XD
To do napisania, kochana *o*

czwartek, 16.października.2008, 23:27
91.110.87.71

Emooo? Ale to sie bardzo dobrze sklada, bo Kadysz jest bardzo emo. Ciezko poznac, bo emoludy nie pisza opowiadan, ale gdyby pisaly, tak by to wlasnie wygladalo. Haha. Chyba gadam glupoty. W kazdym badz razie jestem zakochana w chlopcu na grafice wiec zostanie na troszke. Na troszke, no!
Nie zycz mi weny, kochana, bo tobie jej ewidentnie brakuje - nawet sladu po notce nie ma od miesiaca, wstyd! Wysylam ci teraz troche weny telepatycznie, nie moja (nie posiadam...), kradziona, ale prawie jak nowa! O, prosze, bzzzzz...
Poszlo!

:*

<i>Niewiadoma.</i>

niedziela, 19.października.2008, 20:39
83.24.73.8

W wyniku niespodziewanych wydarzeń Draco Malfoy traci pamięć. W ten sposób staje się innym człowiekiem a niespodziewanie jego obiektem westchnień okazuje się Hermiona Granger, która uratowała mu życie. Korzystając ze swojej chwilowej niedyspozycji chłopak pragnie rozwiązać zagadkę swego pochodzenia, oraz czemu Czarny Pan pragnie Hermiony, która dla wielu jest zwykłą Szlamą. Ale czy na pewno? Jakie tajemnice kryje w sobie rodzina Grangerów? Co łączy z nimi wyklęty ród Hallmere? Czy Harremu uda się uniknąć okrutnego przeznaczenia? A może chcesz dowiedzieć się o początkach miłości Tonks i Remusa? Bądź o niespodziewanym romansie Severusa i Narcyzy? Zaciekawiłam? Zaintrygowałam? Chcesz wiedzieć więcej? Na nowo poznać ich historie? Jeśli na wszystkie pytania odpowiedziałeś tak to zapraszam serdecznie na nową historię. Poznaj zupełnie z nowej strony Harrego, Rona i Hermionę. Zobacz coś czego dotąd nie miałeś okazji poczytać. Zapraszam….

                                                                                                                            Rosmaneczka…..

p.s. jeśli zraził cię ten spam zignoruj go, bądź grzecznie napisz. Mi też jest przykro lecz muszę się jakoś zareklamować. Jeśli twoje opowiadanie akurat mnie zaciekawi z przyjemnością je poczytam. Nikt nie musi być wulgarny. W końcu wiele osób się reklamuje. Szanujmy się w tym małym świecie blogowiczów….

chikachev OFpiątek, 24.października.2008, 19:02
Adres ukryty

Serdecznie zapraszam na kolejny rozdział u mnie.
Rozdział V :<i> Inna</i>

Gorąco pozdrawiam.
[piórem nabazgrała. ]
<i> panna R.</i>

__________
* z uwagi na brak czasu, treść komentarza informacyjnego  kopiowana


a kiedy nowość u Ciebie, co? Nie to, żebym poganiała. Ale z chęcią bym coś poczytała :)

ps. mam straszny problem z <b> Wpisz tekst z obrazka </b>
O_o




Ishie + Klaryś = shablon. Jak zawsze!